poniedziałek, 20 marca 2017

Z miłości do pszczół...



            Dzięki pszczołom mamy 70 % produktów spożywczych na naszych stołach. Jeśli one  zginą, to w ciągu czterech lat, umrą również  ludzie. Marek Dudek z Chotomowa, Prezes Stowarzyszenia Nasze Pszczoły,  poświęcił tym wyjątkowym owadom swoje życie. Własną miłość pragnie wpoić młodym ludziom, a jednocześnie próbuje reaktywować dawne pszczelarstwo mazowieckie.      


- Ile czasu żyje pszczoła?
- W lecie do sześciu tygodni, pokolenie zimowe żyje do pół roku, trutnie do trzech miesięcy, a królowa do pięciu lat. To oczywiście ogólny model, ponieważ temat jest tak duży, że można poświęcić mu całą broszurę. 
- Jak daleko sięga historia pszczelarstwa na ziemiach Jabłonny i Legionowa?
- Pierwsze zapiski podają datę 1369. Wtedy to pszczelarze dostarczyli do biskupstwa w Płocku kilkanaście donic miodu. To już 700 lat udokumentowanego pszczelarstwa na tych terenach.
- Czym różniło się dawne pszczelarstwo od obecnego?
- Na początku istniały barcie dziane, czyli drążone w drzewach, które na wysokości piersi miały metr średnicy. Barcie umieszczało się od 8 do 22 metrów nad poziomem ziemi. Takie były wtedy bory i drzewa. Zagrożenie dla barci stanowiły niedźwiedzie, dlatego bartnicy musieli stosować zabezpieczenia np. w postaci kolców, przypominających te na dzisiejszych bronach polowych. Każdy bartnik posiadał swój znak bartny, który przechodził z pokolenia na pokolenie. Około XV w. zakazano dziania nowych barci, ponieważ było już znacznie mniej drzew; dodatkowo występowało zagrożenie pożarowe. Pierwsze ule ogrodowe, czyli takie jakie znamy po dziś dzień, pojawiły się dopiero w 1850r.   
- Myśli Pan o przywróceniu technik dawnego pszczelarstwa mazowieckiego…
- Dziś nie ma już drzew o takich średnicach pnia i podobnej wysokości, ale można próbować tworzyć barcie w klocach drewna. Wprawdzie to wymaga kilku tygodni pracy, lecz warto próbować, ponieważ miód pozyskany w ten sposób ma całkiem inny smak. Szczególnie na Kurpiach, ukierunkowują się na taki rodzaj pszczelarstwa. Obecnie szukam środków na rozwój projektu.
- W ubiegłym roku, stworzył Pan pasiekę edukacyjno-szkoleniową w Chotomowie. Do kogo adresowany jest ten projekt?  
- Ogród miododajny i pasieka są to projekty Stowarzyszenia Sympatyków Pszczelarstwa Nasze Pszczoły. Działanie kierujemy szczególnie do dzieci z klas III i IV, ale nie tylko. Warsztaty prowadzimy także w przedszkolach i za słuchaczami uniwersytetu trzeciego wieku. Inicjatywa już cieszy się dużym powodzeniem. Działka z pasieką, sąsiaduje bezpośrednio z lasem oraz ze Szkołą Podstawową w Chotomowie. Pasieka ma uczyć początkujących pszczelarzy wszystkiego, co niezbędne do założenia własnego ula w przydomowym ogródku. Natomiast u dzieci i młodzieży ma kształtować odpowiedzialność za środowisko, w którym żyjemy.
- Jakie ma Pan najbliższe plany edukacyjne?


- 21 marca br, chcę zaprezentować warsztaty pszczelarstwa w Niepublicznej Szkole Podstawowej im. Jana Pawła II w Legionowie. Przewiduję 3 bloki tematyczne po 45 minut. To będzie nietypowe spotkanie, jak na dzisiejsze warunki, bez komputera i rzutnika. Podczas tych warsztatów, dzieci będą mogły m.in. poznać szczegółową hierarchię panującą w ulu, zrozumieć relacje panujące pomiędzy pszczołami, odegrać w drobiazgowy i przemyślany sposób scenki rodzajowe na podstawie życia pszczół, nauczyć się sadzić kwiaty i skosztować naszych pysznych miodów. 


Tekst napisany na zamówienie "Gazety Polskiej Codziennie" - "Dodatek Mazowiecki", z dn. 18-19/03/2017. 

niedziela, 26 lutego 2017

Wyrzuć nowe, kup nowsze


Język ekonomii, stał się uniwersalnym językiem mówienia o wszystkim.  Opisuje klarownie, bez niuansów naszą relację ze światem materialnym i niematerialnym. Każde działanie ma więc „opłacać się”, „przynosić zysk”, „dać nam korzyść”.  Na takim gruncie narodziła się w ubiegłym roku kampania reklamowa jednej z sieci handlowych, pod hasłem: „Wyrzuć stare, kup nowe”.

I co w tym złego? Teoretycznie nic. Chyba, że „stare”, służy nam zaledwie od kilku miesięcy i robi to całkiem dobrze, a my już zachłannie rozglądamy się za udoskonalonym modelem. Współczesny człowiek coraz częściej pielęgnuje w sobie bezrefleksyjne przekonanie, że najnowsze jest znacznie lepsze niż nowe. Kampanie reklamowe i sami sprzedawcy w centrach handlowych zarzucają klienta wabiącymi sloganami: „opłaci się”, „zaoszczędzi czas i energię elektryczną”. Buduje to w nas mimowolnie postawę ciągłego przeliczania.

                                               Niezdrowy apetyt
Historia reklamy w Polsce, sięga XV wieku, ale dopiero w 1926r. uchwalono pierwszy akt regulujący działalność reklamową. W latach ’30 XX w. pojawiła się w Polsce reklama prasowa i kinowa. Sposób jej wyrazu, estetyka wizualna i językowa, oczywiście bardzo odbiegał od dzisiejszych standardów. Ale cel pozostał jeden – wszelkimi akceptowalnymi sposobami zachęcić konsumenta do zakupu. To nadrzędne posłannictwo reklamy nie uległo zmianie przez wieki. Ewoluowały za to sposoby prezentacji, narodziły się nowe miejsca, w których chcąc nie chcąc spotykamy reklamę. Zjawisko, które może budzić pewne kontrowersje to fakt, że reklama coraz częściej generuje w sposób sztuczny nie tylko nasze pragnienia i potrzeby, ale nakreśla nam „jedyny słuszny” styl życia. Z jej przesłania wyłania się następujące credo: „Chcesz być modny, zdrowy, zawsze uśmiechnięty – stosuj się do komunikatów reklamowych”. Niestety za takim przekazem nie kryje się żadna filozofia, ani faktyczna chęć podniesienia jakości życia, z wyjątkiem pobudzenia w nas niezdrowego apetytu na zakupy. A im więcej konsumujemy, tym szybciej skłaniamy producentów do doskonalenia technologii, motywujemy ich do kolejnych odkryć i wprowadzania na rynek nowych artykułów.

Bubel się opłaci
Kiedyś miarą jakości danej firmy, była trwałość jej produktów. Im dłużej funkcjonował zegarek, radioodbiornik, czy zwykły czajnik, tym lepiej świadczyło to o wykonawcy. Ten swoją rzetelnością, budował własną markę. Kilka razy w ostatnich latach zdarzyło mi się rozmawiać z osobami zajmującymi się naprawami różnych sprzętów: od pralek, po komputery. Wszyscy zgodnie przyznali, że obecnie umyślnie produkuje się rzeczy słabej jakości.
Współcześnie jedynie bardzo drogi sprzęt zanosimy do serwisu. W samych, coraz mniej licznych punktach naprawy, usłyszymy zazwyczaj, że szkoda czasu na reperację suszarki, lub czajnika elektrycznego. Niejednokrotnie brak też części zamiennych i oczywiście taki wysiłek zwyczajnie się nie opłaca, skoro można kupić nowe… Zatem i ludzkie sentymenty wobec tak określonych reguł konsumpcji, muszą niejednokrotnie powędrować wraz z zepsutą suszarką do kosza.      


- Dziś liczą się wyłącznie rosnące słupki sprzedaży i wdrażanie nowych technologii - zauważa pan Piotr (imię na prośbę rozmówcy zostało zmienione), pracownik salonu popularnej sieci RTV/AGD - Sprzęt psuje się średnio dwa do trzech miesięcy po upływie terminu gwarancji – potwierdza pan Piotr – Pół biedy jeśli znajdzie się w Polsce części. Ale zazwyczaj jest kłopot i najłatwiej wtedy kupić nowe. Zwłaszcza, że ceny ciągle idą w dół, a mamy teraz korzystne możliwości zakupów na raty. Po 1989r. chyba wszyscy zachłysnęli się możliwościami rynku. Osoby urodzone po tej dacie mają całkiem inne podejście. Dla mojego nastoletniego siostrzeńca roczny smartfon to już zabytek. Musi kupić nowy, żeby nie było towarzyskiego obciachu. Zresztą sprzęt po paru miesiącach jest już porysowany i popękany.

                                               Gdy liczy się coś więcej…
Pan Adam zajmuje się sprzedażą antyków przez internet. Jego ojciec prowadził kiedyś antykwariat w Warszawie.
- No, może to nie są takie całkiem antyki z definicji, bardziej starocie, vintage, często zwykły PRL – wyjaśnia – Zwłaszcza na przedmioty z tego ostatniego okresu, jest całkiem spore zapotrzebowanie, coraz więcej też wypływa ich na aukcje internetowe. Są to głównie zabawki, sprzęt gospodarstwa domowego, oświetlenie, ozdoby choinkowe, a nawet opakowania. Dużo ludzi zbiera takie rzeczy, ale wiele osób chce po prostu przywołać lata dzieciństwa, czy młodości. To jest etap, który każdy człowiek wspomina z sentymentem. Ponadto wbrew temu, co się kiedyś mówiło, wiele przedmiotów codziennego użytku z tamtego okresu, było solidnie zrobionych. Ponieważ prowadzę sprzedaż internetową, trudno mi powiedzieć, w jakim wieku są moi klienci, ale przypuszczam, że powyżej 40. roku życia. To jest ten czas, gdy zaczyna liczyć się coś więcej niż pogoń za nowym. Do głosu dochodzą też osobiste emocje i chęć nabycia czegoś oryginalnego, z jakąś historią.     
Do takich zakupów trzeba dojrzeć, albo mieć jakiś cel: kolekcję, potrzebę ochrony środowiska – na pewno są to zakupy wymagające od nas wiedzy, świadomości. Przy kupowaniu nowinek technicznych, cały wysiłek myślowy wykonuje za klienta sprzedawca w firmowym salonie, albo reklama w promocyjnej gazetce. Starocie reklamy nie potrzebują.   

                                                           Spodnie Jana
Aktualnie widać dwa ścierające się trendy, które ogarniają coraz szersze przestrzenie codziennego życia w społeczeństwach rozwiniętych, w tym także w Polsce: modę na minimalizm i masowo produkowane nowinki, oraz powrót do sprawdzonych rozwiązań. W przypadku aranżacji wnętrz, czy projektowania odzieży, ważną rolę zaczyna odgrywać recykling, popularne stają się kursy renowacji. Jednocześnie kryzys ostatnich lat, uzmysłowił ludziom, że stan posiadania, przerósł ich faktyczne potrzeby.
Pamiętam jak na początku lat ’90 ubiegłego wieku, norweski przyjaciel mojej rodziny, z dumą pokazał mi spodnie, które nosił już od 20. lat. Jako ówczesna nastolatka, dopiero zaczynałam odkrywać świat poza „żelazną kurtyną” i nie mogłam zrozumieć, czemu tak majętny człowiek naprawia starą odzież, skoro stać go na nową. Ale on pamiętał kryzys lat powojennych i wyniesiony z tamtych czasów, szacunek do przedmiotów. Nie przekonał mnie wtedy argumentacją, że cierpliwie konserwując jedno, może zaoszczędzić pieniądze na drugie. A przy okazji im mniej wyrzuca, tym bardziej dba o środowisko. Do takich spostrzeżeń, musiałam dorosnąć sama.   


Tekst napisany dla "Gazety Polskiej Codziennie" (nr 1645) z dn. 09.02.2017. 

czwartek, 16 lutego 2017

Śmierdząca HIPOKRYZJA


Eureka! Odkrycie roku! Oto mamy groźny SMOG nad Polską. Media prześcigają się w zatrważających statystykach, strzelają dramatycznymi danymi. Najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu, a jeśli już - to w masce. Popyt matką podaży, więc radio donosi uczynnie, że masek nie ma już w hurtowniach... Co wobec tego? Zorganizujmy sąsiedzkie warsztaty i uszyjmy sobie sami... Na bilboardach zamiast wypromowanych gwiazdeczek seriali o niczym, coraz częściej rozpycha się głos prozdrowotnych kampanii społecznych: "Wymień piec", "Nie truj innych", "Widzisz - reaguj". Plakaty groteskowych postaci w gaz - maskach pojawiają się na słupach, w autobusach i sklepach. Na ulicach ludzie z twarzami schowanymi w chustach i szalach. Krótko mówiąc: Apokalipsa!
A ja ze zdumienia przecieram oczy. Za Legionowem mieszkam od kilku lat. To, co mnie uderzyło w nozdrza, już podczas pierwszej zimy po przeprowadzce, to... smród. Obrzydliwy, gęsty fetor przypominający trochę ognisko, a trochę spaliny z jakimś chemicznym dodatkiem. Najgorsze były mgliste, bezwietrzne dni, gdy to wszystko stało kilka metrów nad ziemią, uwięzione jak pod kopułą. Niczym w horrorze, przenikało przez szpary w oknach i drzwiach. Bardzo szybko nasiliły mi się problemy zdrowotne, alergia dokuczała jak nigdy wcześniej. Szczęśliwie pracowałam wtedy w stolicy. Z radością nie tylko odwiedzałam stare kąty, ale też paradoksalnie... dotleniałam się. Musiała być naprawdę wyjątkowo paskudna aura, żeby smog mi dokuczył, ale szczerze mówiąc nie pamiętam w Warszawie takiego smrodu, jaki przez pół roku atakował mnie w Legionowie. Gdy tylko autobus wjeżdżał do centrum miasta (blokowiska otaczają tutaj małe domki jednorodzinne ze wszystkich możliwych epok), za szybami robiło się szaro, a ludzie wewnątrz pojazdu zaczynali kasłać. Raz, na samym początku, zapomniałam zdjąć na noc z balkonu pranie. Rano każda rzecz śmierdziała tak, jakby przeleżała ten czas na stacji benzynowej...
Po co o tym piszę? Bo ówczesne władze miały to w dupie. Cuchnący problem (nie tylko) Mazowsza, nie istniał w społecznej, a tym bardziej w medialnej świadomości. A to nagle, proszę jak miło: ktoś poczuł i zauważył nareszcie po latach...
Do uzasadnionej wściekłości, doprowadza mnie dodatkowo sprawa oczywista. Oprócz kampanii nawołujących do wymiany pieców i nie palenia śmieciami - jak czuć, osiągającej na razie mizerne efekty - powinien zostać dołączony bezwzględny zakaz wycinek drzew w miastach. Tymczasem nowa Ustawa Krajobrazowa, zamiast oczekiwanej pomocy właścicielom prywatnych gruntów, tylko rozbudziła niezdrowe apetyty na drewno, nie korników bynajmniej...
Każdego dnia zmniejszają się zielone płuca miast, a wraz z nimi - pojemność naszych własnych.  

poniedziałek, 6 lutego 2017

Więdnący zwyczaj


Dziś będzie przekornie... bardziej romantycznie, niż ekologicznie. Przed Walentynkami - w sam raz.


Nie tylko na pogrzebach gwiazd, rodziny zmarłych coraz częściej proszą uczestników uroczystości o nie kupowanie kwiatów. W zamian, podają numer konta fundacji, hospicjum, albo schroniska dla bezdomnych zwierząt. Piękne, wyparte przez praktyczne – ulotne zastąpione trwałym...          

Ze  świadectw historycznych, dowiadujemy się, że już Napoleon Bonaparte obdarowywał swoją żonę Josephine de Beauharnais bukiecikami fiołków. Sam zwyczaj wręczania kwiatów, upowszechnił się w epoce wiktoriańskiej, jako najbardziej akceptowalny sposób wyrażania uczuć. Ponieważ kwiaty były nośnikiem konkretnych treści, przywiązywano dużą wagę do ich koloru, wielkości oraz kompozycji wiązanki. W rytuale wręczania kwiatów damie, nie było miejsca na najmniejszy przypadek. Nawet sposób wręczenia miał określone znaczenie, zatem niezbędne stało się wydanie pierwszych podręczników opisujących sztukę tworzenia bukietów.       

                                   Sushi zamiast kwiatów
W kulturze polskiej jeszcze do niedawna kwiaty zajmowały szczególną rolę. Nie dość, że były wszechobecne w poezji i sztuce, to jeszcze umilały naszą codzienność, podkreślały wyjątkowość okazji. Także w trudnych okresach dziejowych, nie mogło ich zabraknąć na ślubach, pogrzebach, imieninach, czy zwykłych randkach. Względy piękna i etykiety nie pozwalały zamienić ulotnego, naturalnego uroku ciętych kwiatów, na prezenty pragmatyczne, czy tym bardziej inne formy, np. datki na cele dobroczynne. I choć bez wątpienia, czymś pozytywnym społecznie jest moda na wspomaganie schronisk, hospicjów, rehabilitacji niepełnosprawnych dzieci, to jednak żal, że w każdą dziedzinę współczesnego życia, wkradają się nieuchronne zmiany. Motywem niektórych z nich jest zwykła kalkulacja – uważamy, że bardziej opłaca się przynieść nowożeńcom kupon totolotka, a dziewczynę zaprosić na sushi, niż zainwestować w nietrwały bukiet. Zyskamy też we własnych oczach, pomagając innym. Jednakże pomoc jednym, wyklucza w tym przypadku wsparcie drugich. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, by uzmysłowić sobie, ile kwiaciarń znikło w ostatnich latach z pejzażu naszych osiedli, dzielnic i miast. Zmienia się też podejście Polaków do niektórych świąt, nierozerwalnie związanych z kwiatowymi prezentami. Dzień Kobiet, niesprawiedliwie obśmiewany i traktowany jako relikt minionej epoki, rzadko już motywuje panów do zakupu kwiatów. Coraz częściej, kreuje się też modę na nie obchodzenie imienin.
                                  
Znikające kwiaciarnie
Kwiaciarnia u zbiegu ulic Kruczej i Al. Jerozolimskich, była we wszystkich swych odsłonach, ikoną warszawskiego Śródmieścia. Wysmakowane dekoracje na wystawach przyciągały wzrok. Same z siebie stanowiły ozdobę tego fragmentu stolicy. Od czasów dzieciństwa bardzo chętnie kupowałam tam kwiaty cięte, doniczkowe i drobne upominki. Poczułam osobisty żal, gdy na jej miejscu pojawiła się parę lat temu kolejna apteka. Niedawno znikła mała kwiaciarnia z mojego osiedla, jedyna w tej okolicy. W niewielkim pawilonie zasłonięto okna i wstawiono automaty do gier…
Pani Anna, z zawodu florystka, prowadziła kwiaciarnię blisko dwie dekady. Dziś na miejscu salonu kwiatowego, znajduje się pizzeria.
- Teraz oddycham z ulgą – stwierdza poważnie – Gdy patrzę na moich znajomych z branży, mogę im tylko współczuć. Z roku na rok ciężej walczą o utrzymanie się na rynku. Poszerzałam zakres działalności, ale i tak było coraz gorzej. Na przykład w grudniu sprzedawałam ozdoby choinkowe i upominki, ale później takie rzeczy pojawiły się w supermarketach. Tandetne, lecz tańsze, więc mój asortyment nie miał dużych szans na sprzedaż. Pewne dni dużego zbytu takie jak Dzień Babci, Dzień Matki, czy Dzień Nauczyciela, również przynosiły coraz mniejszy zysk. Dzieciak z kieszonkowego kupi jeden kwiatek, dorosły wiązankę w dużym sklepie znanej sieci. Dziesięć sztuk małych róż, za 10 złotych. Cena skusi każdego, choć towar często nieświeży. Po co więc iść do kwiaciarni, skoro można kupić bukiet razem z mrożonką na obiad i zgrzewką piwa?   


                                               Ponadczasowe róże i tulipany
Warszawska kwiaciarnia pani Agnieszki jest miejscem wyjątkowym, całkiem innym od typowych salonów kwiatowych. Usytuowana w zacisznej uliczce starego Śródmieścia, ma bajkową atmosferę. Fantastyczny wystój wnętrza, prawie jak teatralna scenografia, wzbudza zgodny zachwyt wszystkich klientów. Wyjątkowe są też bukiety, które komponuje pani Agnieszka, z naturalnymi dodatkami w postaci szyszek, czy owoców róży. Artystyczna oprawa sklepu oraz dodatkowe atrakcje takie jak upominki, bibeloty i oryginalna biżuteria hand – made, nie chronią salonu kwiatowego przed kłopotami finansowymi.
- Można odnieść wrażenie, że ludzie już niczego nie obchodzą: żadnych świąt, imienin, dni. Wolą wydać 50 zł na pizzę, niż na bukiet dla ukochanej osoby. Zmienia się też popularność imion. W zapomnienie odchodzą imiona typu: Jadwiga, Teresa, Bożena, bo starzeją się i odchodzą osoby, które je noszą. Aktualne są imiona dzisiejszych czterdziestolatków, gdyż ludzie ci są czynni zawodowo. Popularność zyskują: Oliwia, Patrycja, Kamila, Nina – wylicza pani Agnieszka – Mały bukiet kosztuje 20 – 30 zł, natomiast duży, to koszt rzędu 50 – 60 zł. Dokładnie tyle samo, płaciło się kiedyś za mały.
            Zmieniły się też niektóre upodobania kwiatowe. Nie ma już popytu na kwiaty egzotyczne w cenie 40 - 50 zł za sztukę, takie jak: strelicje, protee, banksje, czy anturium. Nowym trendom i obyczajom, oparły się róże oraz tulipany.         
    
                                               Czekoladki na Dzień Nauczyciela
            Pani Jadwiga, emerytowana nauczycielka, z nostalgią wspomina lata swojej aktywności zawodowej.
- Bywało, że w Dniu Nauczyciela przyjeżdżał po mnie syn, by pomóc mi zabrać wszystkie kwiaty. Rano i po powrocie do domu, witał mnie zapach. Czułam się, jak w rajskim ogrodzie. Pamiętam, raz dostałam rajstopy od uczennicy, której tata pracował za granicą. To były zupełnie inne czasy. Teraz moje młodsze koleżanki, otrzymują głównie bombonierki. Czasem uczniowie składają się na jeden prezent w imieniu całej klasy. W ten sposób, znajoma dostała nowy laptop. No, owszem, bardzo pożyteczny prezent! Ale widzi pani, kwiaty są takie piękne. Ile utworów poświęcono im w epoce baroku? A czy ktoś napisze wiersz o laptopie?...     


Tekst ukazał się w "GPC", nr 1599 z 15.12. 2016. 

wtorek, 10 stycznia 2017

Jest dylemat…


Listopadowe, sobotnie popołudnie. Słońce szybko znika za drzewami. Las wypełnia szarość. A jednak kilka metrów przed szlabanem, u wylotu drogi pożarowej coś bieli się niepokojąco pośród mchu i igliwia. Papiery, czy torby foliowe? Nie. To kupka martwych gołębi…
Wysłałam ostatni tekst i z ulgą wyłączyłam komputer. Koniec pracy! Wyjrzałam za okno i skonstatowałam, że jest jeszcze dość widno na spacer po lesie. Celowo wyjęłam z torby aparat fotograficzny. Chciałam zwyczajnie odpocząć bez poczucia, że jestem w stanie ciągłej gotowości, oczekiwania. Bo niby co może się wydarzyć podczas krótkiego marszu dla rozprostowania kości?  
Makabryczny widok sprawił, że zastygłam - czegoś podobnego nie widziałam nigdy wcześniej. Sześć białych gołębi, w tym jeden z czarnym deseniem na skrzydłach i jeden z brązowym, leżało na stosie w niewielkim zagłębieniu terenu. Ptaki pozbawiono głów. Te rzucono obok okaleczonych ciał. Krew ledwo zakrzepła. Prawdziwa rzeź niewiniątek… Wystukałam w komórce numer do Straży Miejskiej. Opisałam zdarzenie, podałam adres najbliższego budynku i po krótkim westchnieniu… usłyszałam, że mogę zgłosić to na Policję, bo Straż Miejska nie prowadzi dochodzeń. O ile to możliwe, skamieniałam jeszcze bardziej. Po pierwsze, dlaczego to ja mam dokonać zgłoszenia? Czemu nie zrobi tego automatycznie Straż Miejska? A po drugie, przypomniałam sobie perypetie moich przyjaciół – świadków różnych zdarzeń. Policja wzywała ich kilkakrotnie w celu składania zeznań, zajmując czas i powodując mimowolny stres. Czy mam siłę przechodzić przez podobne doświadczenia?       
Ogarnęła mnie fala bezsilności. Przy okazji uświadomiłam sobie też, jak niewiele wiem, na temat zachowania się wobec podobnych zdarzeń i jak bardzo potrzebna jest szersza edukacja społeczeństwa.
 Noc zapadała szybko, a wraz z nią narastała moja niechęć do dzwonienia na Policję. Lecz konflikt sumienia powodował dyskomfort, choć przecież nie ja zabiłam i nie ja w letni sposób zareagowałam na zgłoszenie. A jednak, czułam się w jakiś sposób winna. Rano, w tym samym miejscu, leżało już tylko kilka białych piórek. Chciałoby się powiedzieć: zniknął dowód rzeczowy, nie ma dylematu.   


 Tekst ukazał się w bieżącym numerze miesięcznika "Przyroda Polska", Nr 1 Styczeń 2017 (944), dodatek Biuletyn eko-edukacyjny. 

piątek, 30 grudnia 2016

Korzenna sztuka smaku


Adwentowe oczekiwanie i to bardziej świeckie, wypełnione sprzątaniem, kupowaniem prezentów, myślami o rodzinie bliższej, dalszej, nieobecnych. A pomiędzy tymi dwoma biegunami rozciąga się przestrzeń sztuki kulinarnej. Zanim doświadczymy rozkoszy podniebienia, przez wiele dni będzie otaczała nas ulotna paleta intensywnych aromatów.    

Pamiętam, że tak było co roku już w połowie grudnia. Kiedy wracałam ze szkoły i wbiegałam na klatkę schodową niedużej, secesyjnej kamienicy w Warszawie, co dzień kolejny zapach płynął szparami w drzwiach z innego lokalu. Zaczynało się zawsze od bigosu, który gotowała nasza dozorczyni. Krótko po nim, już na półpiętrze uderzał mnie aromat kompotu śliwkowego mojej mamy, za którym z zamkniętymi oczami mogłam trafić przed własne drzwi. Za jej fantastycznym piernikiem na bazie powideł śliwkowych, do dziś ogromnie tęsknię… Dzień, dwa później, pachniało nawet na strychu – z mieszkania każdej sąsiadki dochodziła inna, apetyczna woń.
  
„Pierny” znaczy pieprzny
Nazwa „piernik”, zaczęła być używana na przełomie XV i XVI w, a pochodzi od przymiotnika „pierny”, czyli pieprzny, ostry.
Znawcy historii kulinariów, szukają początków piernika już w starożytności. Podobno pradziadkiem tego aromatycznego ciasta był miodownik z pieprzem, o czym wspomina jedna z rzymskich książek kucharskich autorstwa Apicjusza. Ale czasy się zmieniają, smaki też i miodownik na długie wieki odszedł w zapomnienie… Słodkie ciasto, odkryli na nowo średniowieczni benedyktyni, którzy odświeżyli starożytne receptury. Niebagatelny udział, miały w tym wyprawy krzyżowe – ich efektem były m.in. duże ilości przypraw, sprowadzane do Europy. Wraz z rozwojem miast, zaczynają pojawiać się wyspecjalizowane cechy piekarskie, które korzystają z doświadczenia zakonników. Można powiedzieć, że od tej chwili, piernik zostaje skazany na kulinarny sukces.
Pierwotnie, korzenne ciasto, nie miało być tylko smakołykiem. Gdy z zamorskich krain przywożono cynamon, imbir, goździki, kardamon, gałkę muszkatołową, anyż i pieprz, czyli cały aromatyczny zestaw dziś kojarzący się nieodłącznie z piernikiem, przyprawy te były narażone na wilgoć i często pleśniały. Ktoś pomysłowy, upiekł ciastka wzbogacone konserwującymi właściwościami miodu. W ten sposób powstały pierwsze twarde pierniki, które nie znalazły wtedy wielu amatorów bezpośredniej konsumpcji – używano ich głównie jako przyprawy do mięs.

 Korzenna historia Europy
Nazwa „piernikarz”, pojawiła się po raz pierwszy w 1564r. Ze świadectw historycznych, można dowiedzieć się, że dochody piernikarzy, znacznie przewyższały zarobki innych ciastkarzy. Kunsztowne były też drewniane formy, w których wyciskano tzw. pierniki figuralne. Pierniczki w XIV - wiecznych Niemczech miały formy zaprojektowane przez piekarzy artystów. Nadawano im kształty postaci królów, rycerzy, czy motywów religijnych. Z XV - wiecznych źródeł dowiadujemy się, że zakonnice z klasztoru w szwedzkiej Vadstenie, jadły pierniki dla celów zdrowotnych.    
Dziś Szwedzi zajadają się głównie cienkimi, imbirowymi pierniczkami pepparkakor, do których zamiast miodu, dodają syropu klonowego, albo buraczanego. Przechowywane w metalowej puszcze, z biegiem czasu, stają się coraz bardziej kruche. Także i w moim domu przez kilka lat, piekło się te mało skomplikowane ciasteczka, dopóki nie zafascynowało nas coś innego. Kolejne, naprawdę proste w wykonaniu pierniczki, to niemieckie lebkuchen. Miękkie, gotowe niemal od razu do spożycia, są przygotowywane w okresie Bożego Narodzenia od czasów średniowiecza. W ich charakterystycznym smaku, dominuje cytrusowy aromat, dzięki dodatkowi aż ¾ szklanki kandyzowanej skórki pomarańczowej i cytrynowej. Równie wygodne z tego samego powodu, że można upiec je dzień przed Wigilią są charakterystyczne holenderskie piernikowe kuleczki kruidnoten z dodatkiem kakao.       

                                   Strucle z makiem, makowce, makowniki
Zawsze żałowałam, że nie było u nas w domu tradycji robienia strucli makowej. Ten kulinarny brak, rekompensowała mi przez dwie dekady, mama mojej przyjaciółki z dzieciństwa. Słodki zapach witał mnie już w progu. A na kuchennym stole leżały rzędy złocistych, wonnych, makowców, od  których musiałyśmy odganiać koty. Wilgotne rodzynki, soczyste orzechy i jedwabista masa makowa, owinięta pulchnym biszkoptem, to smak, oraz doznanie, do których wracam myślami z nostalgią…
Mak, w tradycji chrześcijańskiej był rośliną symbolizującą urodzaj i płodność, a także spokojny sen. Gdy cierpliwie dotrzemy do świadectw dokumentujących wierzenia ludowe, odkryjemy, że mak spożywany w Wigilię Bożego Narodzenia, miał zapewnić szczęście, natomiast panny tarły mak, aby rychło wyjść za mąż
Pochodzący z Węgier makowiec, to jedno z najbardziej rozpoznawalnych dań wigilijnych w kuchni polskiej. Spotykam się z opiniami, że jest ikoną kulinarną naszej części Europy. Szkoda zatem, że coraz częściej decydujemy się na szybką podróbkę złapaną w promocji organizowanej przez popularne sieci handlowe, zamiast samodzielnie poświęcić kilka godzin na próbę własnego wypieku.
Bardziej wykwintną wersją makowego ciasta, ale i mniej popularną jest tort. Alternatywę dla makowca, zwłaszcza we wschodniej części Polski stanowi bardzo słodka kutia.       

                                               Pepparkakor – prosty przepis
Być może znowu zrobię w tym roku kruche, delikatne pepparkakor, ponieważ stęskniłam się za ich korzennym smakiem. Składniki:
150g syropu klonowego, lub syropu z buraków
110g masła
100g cukru (najlepiej brązowego)
375g mąki
1/2 łyżeczki cynamonu 
1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki mielonych goździków
1/4 łyżeczki soli
1 duże jajko
            W garnuszku podgrzewam syrop, masło i cukier. Mieszam do czasu aż kryształki całkowicie się rozpuszczą. Zdejmuję z ognia i odstawiam, by ostygło. Do miski, lub dużego garnka, wsypuję mąkę, proszek do pieczenia, przyprawy i sól. Zazwyczaj nie chce mi się przesiewać całości. W środku robię wgłębienie i dodaję jajko razem z ostudzoną melasą. Zagniatam ręcznie, choć ciasto jest mocno klejące i formuję je w kulę (można oprószyć odrobiną mąki). Tak przygotowane chowam do lodówki na 2 godz. Następnie dzielę je na kawałki i w miarę cienko rozwałkowuję. Wycinam za pomocą foremek i wkładam do piekarnika rozgrzanego do temperatury 175 st. C. Piekę ok. 10 minut, do czasu aż brzegi zaczną się rumienić. Smacznego!


Tekst napisany na zamówienie "GPC" nr 1603, 20.12.2016

poniedziałek, 12 grudnia 2016

TESTAMENT GŁUPOTY


Do znudzenia, z uporem idealisty, poruszam wciąż te same tematy...
Tekst opublikowany w dwutygodniku "Las Polski" 19/2016 1 - 15 października.



Pojedyncze buty, stanowią nagminny widok. Puszki i butelki tym bardziej. Trochę trudniej o zepsuty telewizor, czy monitor, ale to też już widziałam. Lodówka porzucona na brzegu lasu, obala powszechny stereotyp o Polakach. Ten, który ją tam przytaszczył z pewnością nie był człowiekiem leniwym!
Katalog superlatyw, to nasza wizytówka. Przypisujemy sobie wiele wartościowych cech i na dobrą sprawę, nie rozmijają się one z prawdą. Mamy więc świetną kuchnię, a w niej kilka specjałów znanych w Europie. Szczycimy się bogatą historią i drugą na świecie Konstytucją. Jesteśmy skłonni do zrywów i choć już nie tak empatyczni jak kiedyś, nadal potrafimy wyciągnąć pomocną dłoń do potrzebujących. Jednakże pośród tej reklamy zapomnieliśmy o jednym – o naszej skłonności do śmiecenia, która nijak nie licuje z wielowiekową kulturą Słowian i wpisaną weń rolą lasu.
            Już 20 minut pośród zieleni, wystarczy by zdjąć z nas brzemię codziennego stresu. Idę więc wyciszyć emocje i zaledwie po kilku minutach rozsypany stos spleśniałego pieczywa sprawia, że coś wewnątrz mnie zaczyna się żarzyć. No, bo co ma to niby zjeść? Ptak samobójca, czy zdesperowany dzik? Wszak wciąż mówi się o tym i pisze, aby nie karmić zwierząt pieczywem, a tym bardziej zepsutym! Widać komuś zrobiło się wstyd, gdy ujrzał ile jedzenia zmarnował… Może chciał w ten sposób, w swoim mniemaniu oczyścić sumienie, skarmiając niejadalnym dziką zwierzynę, a las przy okazji traktując jak śmietnik? Wziąłby się lepiej za zbieranie tego, co wyrzucili inni w ramach zadośćuczynienia wobec swego marnotrawstwa. Robię zdjęcie i idę dalej. Znalezione podczas spacerów wątpliwe „eksponaty” z każdej dziedziny życia człowieka, natchnęły mnie kilka lat temu do założenia bloga. Niestety, ani kampanie społeczne, ani ustawa śmieciowa niczego nie zmieniły. A akcja Sprzątanie Świata ominęła las, do którego chodzę niemal codziennie więc wszystko wskazuje na to, że nadal będzie dostarczał mi nowych wątków…
 Nieco dalej na drodze coś lśni kolorowo. Nie, to żadne skarby sprzed wieków , ale jak najbardziej współczesne pozostałości po konsumpcyjnej wizycie istot rozumnych. Butelki rozbite na dziesiątki kawałków, to chyba najczęstsza i najgroźniejsza odmiana śmieci, prawdziwa plaga nie tylko polskich lasów, ale i brzegów Wisły. Jak łatwo przebić podeszwę buta, że o psiej łapie nie wspomnę! Mój antystresowy spacer odniósł przeciwny skutek - coś wewnątrz buntuje się i bucha żywym ogniem. Bo nie ma szans na usunięcie tej stłuczki w całości ze środowiska. Szkło „przeżyje” tego, który za nic miał przyrodę. Pozostanie jak testament głupoty dla jego wnuków i to w tym wszystkim jest najsmutniejsze.