Pokazywanie postów oznaczonych etykietą profilaktyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą profilaktyka. Pokaż wszystkie posty
piątek, 15 lutego 2019
Miały zostać zabite
Co myślę o fundacjach prozwierzęcych i tzw." adopcjach", już wiecie. Kilka lat temu, mimo szczerych chęci i prób zrozumienia zjawiska - fanatyczni pracownicy tych hojnie dotowanych przez zarządy miast instytucji, nie dali mi się polubić. Pewnie nie płaczą z tego powodu (ja też), ale niestety, nie udało im się również przekonać mnie, że faktycznie działają dla dobra zwierząt. A zwłaszcza, że zależy im na tym, by doświadczony, spragniony zwierzaka człowiek dał serce i dom, czworonogowi po przejściach.
Pisałam o tym. m.in. TUTAJ:
https://simran4.blogspot.com/2016/05/o-co-tu-tak-naprawde-chodzi-o-tym-jak.html#comment-form
Co gorsza, niektórzy tzw. "miłośnicy", sami fundują psu/kotu dodatkowe cierpienia, postawą daleką od empatii i szacunku do zwierząt.
Cóż, kilka lat minęło, ale nic się nie zmieniło...
Pod koniec grudnia, jeden z moich znajomych, znalazł w internecie tę oto śliczną, sunię:
Choć spojrzenie ma tak wymowne i dojrzałe, to zaledwie roczna małolata ;-)
Czy zginęła, czy jakiś bezdusznik ją wyrzucił - nie wiadomo. Została znaleziona i szybko zaadoptowana. Znajomi, doświadczeni psiarze, ocenili jednak, że młoda, albo niedawno miała dzieciaki, albo dopiero będzie matką. Badanie USG, wykazało, że faktycznie, ciąża jest, sztuk 4, stan dość zaawansowany. Zadzwonili do poprzednich, tymczasowych opiekunów suni z tą informacją.
Pracowniczka fundacji wykrzyknęła oburzona, że przecież trzeba zrobić zabieg! Nie szkodzi, że ciąża nie jest najmłodsza.
- Można to zrobić dzień przed porodem - stwierdziła KOBIETA.
Znajomy, zbulwersowany (do tej pory na szczęście nie miał do czynienia z podobnymi instytucjami, więc nie wiedział jakie reprezentują morale), oznajmił, że przecież suka nie wybaczy im tego czynu do końca życia. Do KOBIETY nie trafiały argumenty, że pieski będą miały nowe domy, a dla tych którym się nie poszczęści, też znajdzie się u nich miejsce.
- Przez pana pieski, inne z fundacji nie znajdą domów.
Znajomy wykazał sytuacyjną cierpliwość. Ja, jako kobieta zapytałabym tę osobę, czy zdobyłaby się na aborcję tydzień przed porodem, czy podobne działania zaleciłaby córce/siostrze, etc. Gdyby taki morderczy pogląd przedstawił mężczyzna, byłabym w stanie to jakoś zrozumieć.
Hipokryzja tej pani ma wiele twarzy...
Reasumując:
1.Gdyby fundacje faktycznie chciały mieć pod swoją opieką mniej zwierząt, uelastyczniłyby te fanatyczne reguły. Pozwoliłyby nowemu właścicielowi zdecydować samodzielnie, czy sterylizuje/kastruje własnego podopiecznego. Z wieloletniego doświadczenia powiem, że większość ludzi nawet bez totalitarnych nakazów woli pozbawić swoje czworonogi zdolności rozrodczych i nie martwić się w przyszłości szukaniem nowych domów dla ich potomstwa.
2. Bulwersujący jest też przymus brania zwierząt z fundacji i zakaz posiadania urodzonych we własnym domu. Obawiam się, że nawet Orwell by na to nie wpadł...
3. Fundacje pseudo - prozwierzęce nie miałyby racji bytu, gdyby władze miast przekazywały pieniądze na utrzymanie bezdomych czworonogów, (na karmę i opieką weterynaryjną), bezpośrednio - pełnosprawnym seniorom, czy ludziom samotnym, którzy chcieliby zaopiekować się bezpańskim psem lub kotem. Wielu emerytów marzy o posiadaniu zwierzaka, ale zwyczajnie ich na to nie stać. Niestety, wciąż jeszcze to nie jednostki, ale sprytne instytucje korzystają z naszych podatków.
Młoda sunia miała to szczęście, że trafiła na dobrych Ludzi, szanujących uczucia i potrzeby zwierząt; dających im prawo do życia. Ludzi, którzy Ziemi nie traktują jak prywatny folwark.
Ostatecznie, w połowie stycznia, urodziła 3. dorodnych chłopaków i 3 urocze dziewuchy ;-)
A przecież w imię czyjegoś kaprysu, miały zostać zlikwidowane, jak chwast na grządce, czy kornik w naszym ulubionym meblu... I nie sadysta zabiłby szczenięta, ale ktoś, kto podszywa się pod miłośnika zwierząt. To właśnie w tej historii jest NAJGORSZE.
niedziela, 25 września 2016
ŚWIADOMĄ KUCHNIĄ W RAKA – część 3
Związek chorób nowotworowych z popularną żywnością to wciąż temat tabu,
mimo prowadzonych od lat statystyk. Przemysł spożywczy i farmaceutyczny rządzi
się swoją komercyjną logiką. Dlatego, dopóki nie zmieni się społeczne myślenie,
pacjent sam musi pogłębiać wiedzę na temat tego co je i jak to wpływa na jego
organizm.
Znany
seler, zwykła pietruszka…
Niektóre rodzaje pokarmów,
stanowią pożywienie nie tylko dla naszych organizmów, ale i dla nowotworów -
takie przykłady podawałam, w poprzednich dwóch częściach artykułu. Inne
natomiast, zawierają w sobie cenne związki antyrakowe o udowodnionym działaniu.
Część z nich omówiłam w poprzednim odcinku. Czemu więc nie możemy wyegzekwować
powyższej wiedzy od tych, którzy walczą o nasze zdrowie, czyli od lekarzy?
Sprzedaż produktów żywnościowych
o udokumentowanym działaniu prozdrowotnym, nie
zrównoważy kosztów wstępnej inwestycji włożonych w proces badawczy, więc
współczesna kultura medyczna, nauczyła się bagatelizować rolę zdrowego
żywienia w walkach z chorobami, nie
tylko nowotworowymi i preferować wyłącznie rozwiązania farmakologiczne. Dlatego
badania profesora Richarda Believau, od lat współpracującego z największymi
firmami farmaceutycznymi, niosą nadzieję na zmiany w podejściu do problemu. Dzięki
swoim doświadczeniom doktor wykazał, że apigenina, intensywnie występująca w
pietruszce i selerze, znacznie osłabiła proces tworzenia nowych naczyń
krwionośnych, potrzebnych guzowi rakowemu do rozwoju, w bardzo podobnym stopniu
jak jeden z zatwierdzonych leków onkologicznych.
Kurkuma
z historią
W Azji, już przed dwoma tysiącami
lat, odkryto silne działanie przeciwzapalne dobrze nam znanej kurkumy,
stanowiącej główny składnik popularnej przyprawy curry. Badania laboratoryjne
dowiodły, że zawarty w tym artykule spożywczym kurkumin ogranicza wzrost wielu
rodzajów raka, m.in.: wątroby, żołądka, jajników, okrężnicy, a także białaczki.
Dodatkowo, stymuluje komórki rakowe do obumierania. Nic dziwnego, że mieszkańcy
Indii, choć często w większym stopniu niż obywatele Zachodu narażeni na
działanie karcynogenów (czyli zewnętrznych czynników rakotwórczych), chorują
pięć razy rzadziej na raka piersi i dziesięć razy rzadziej na raka nerek. W
2005r. prof. Bharat Aggarwal jako pierwszy udowodnił, że kurkumin działa
przeciwko nowotworowi we wnętrzu komórek. Niestety, jeśli kurkuminu nie połączy
się razem z papryką i czarnym pieprzem (a w takiej postaci znamy go z mieszanki
curry), jest bardzo źle przyswajany przez układ trawienny, co odkryli tajwańscy
naukowcy. Warto także dodać do tych przypraw oliwy z oliwek, rzepaku, lub
siemienia. W ten sposób uzyskujemy gotowy sos do surówek, czy aromatyczny dodatek
do zup o sprawdzonym działaniu leczniczym. Jak widać starożytna kuchnia
indyjska, wyprzedziła współczesną naukę.
Zielona herbata – nie tylko napój
Należy też wspomnieć o innej
przyprawie, działającej jak silny środek przeciwzapalny i antyoksydant. Imbir,
bo o nim mowa, również zwalcza niektóre komórki rakowe, a dodatkowo ogranicza
powstawanie nowych naczyń krwionośnych. Napar z tej rośliny, zalecany jest dla
osób w trakcie leczenia onkologicznego, ponieważ pomaga pozbyć się nudności po
chemioterapii i radioterapii. Oprócz zmielonego dodanego do duszonych, lub
gotowanych jarzyn, można również pić go jako napój. Pokrojony w plasterki imbir,
moczymy we wrzątku od 10 do 15 minut.
EGCG, jest jednym z
najsilniejszych związków spożywczych przeciwdziałających powstawaniu nowych
naczyń krwionośnych, zasilających komórki nowotworowe, jednakże w procesie
fermentacji potrzebnym do wytworzenia czarnej herbaty, ulega zniszczeniu. Na
szczęście występuje w dużych ilościach w herbacie, która pozostała zielona.
Doktor Believau i jego zespół, przebadali w laboratorium medycyny molekularnej
w Montrealu skutki oddziaływania EGCG wyizolowanego z zielonej herbaty, na
kilka szczepów komórek nowotworowych. Dowiedli w ten sposób, że można znacznie
spowolnić rozwój białaczki, raka jamy ustnej, piersi, prostaty i skóry. Po
wypiciu dwóch – trzech filiżanek zielonej herbaty, krew jest wystarczająco
zasilona w EGCG. Dziwi więc brak tego napoju w szkolnych i szpitalnych
stołówkach…
Gorzka czekolada i zapomniane owoce
Tabliczka gorzkiej czekolady
(zawierająca ponad 70% kakao) ma prawie tyle samo związków spowalniających
wzrost komórek rakowych i ograniczających rozwój naczyń krwionośnych wokół
guzów, co prawidłowo zaparzona filiżanka zielonej herbaty. Indeks glikemiczny
jest znacznie mniejszy niż w przypadku konsumpcji białego chleba. Zaleca się
spożywanie 20 gramów
gorzkiej czekolady dziennie, za to zdecydowanie należy unikać czekolady
mlecznej, ponieważ mieszanie produktów mlecznych i kakao, niweczy korzystne
działanie jego molekuł.
Pęd codzienności i uwikłanie w
mechanizmy komercyjne współczesnego świata, spychają nas na margines rozsądku.
Zapominamy o tym, co sprawdzone w kwestii zdrowia – wyśmiewamy bezrefleksyjnie
wszystkie metody profilaktyczne i lecznicze, stosowane przez nasze prababcie. A jednak – truskawki, maliny, jagody, jeżyny
i żurawina, nie tylko wpływają korzystnie na cerę i ogólną kondycję. Zawarte w
nich czynniki, stymulują m.in.: mechanizmy eliminacji substancji
karcynogennych.
Cóż, przemysłowe lobby wciąż
wygrywają z przyszłościowym myśleniem i zdrowym rozsądkiem w kwestii… zdrowia.
Oby jak najkrócej!
Tekst napisany na zamówienie "Gazety Polskiej Codziennie" (24-25/09/2016)
wtorek, 13 września 2016
ŚWIADOMĄ KUCHNIĄ W RAKA - część 2
Badania produktów żywnościowych, spowalniających rozwój raka, pod
względem skali, nigdy nie dorównają badaniom leków. Zatwierdzenie leku
antynowotworowego w drodze doświadczeń, kosztuje do miliarda dolarów. Tyle, ile
wynosi zaledwie roczny zysk ze sprzedaży jednego z wielu specyfików, należący
do firmy będącej właścicielem patentu.
Ale tego, co dała nam natura, nie można opatentować, dlatego sprzedaż nie
zrównoważy kosztów wstępnej inwestycji.
Kilka dni temu, wysłuchałam
audycji, w której zaproszony gość, profesor onkologii, przez 50 minut
przedstawiał statystyki chorób nowotworowych i omawiał metody terapii. Dużą
część poświęcił podawaniu kuriozalnych przykładów pseudo – metod, proponowanych
przez szarlatanów. Niektórzy hochsztaplerzy zostali zdemaskowani nawet 30 lat
temu. Szkoda, że tego czasu antenowego, profesor nie przeznaczył na omówienie
choćby elementarnych produktów, które należałoby zredukować w codziennej diecie
i tych, które warto do niej wprowadzić, aby poprawić jakość własnego zdrowia.
Tematowi żywienia w chorobach nowotworowych, doktor poświęcił zaledwie 2
minuty, zapytany o to przez prowadzącego. Niestety, nie wymienił nawet jednego
składnika z nazwy…
W poprzedniej części skoncentrowałam
się na modyfikacjach naszego jadłospisu profilaktycznie i w chorobach
nowotworowych, pod kątem redukcji szkodliwych produktów. Przypomnę, że tym, co
należy zdecydowanie ograniczyć są biała mąka, cukier, nasycone tłuszcze
roślinne typu trans (występujące m.in. w rogalikach), żywność przetworzona z
syropem glukozowo – fruktozowym i dodatkami: E – 330 (kwasek cytrynowy), oraz E
– 621 (glutaminian sodu). Co w takim razie pozostało nam do jedzenia? Wbrew
pozorom, całkiem dużo.
Pomiędzy młotem, a kowadłem
Szkodliwe tłuszcze możemy
zastąpić oliwą z oliwek, ewentualnie olejem rzepakowym, olejem z siemienia, lub
masłem organicznym. Chleb wieloziarnisty, dziś już powszechnie dostępny w
większości sklepów, to obowiązkowa porcja zdrowia dla pacjentów, którzy nie
mają przeciwwskazań do jego spożywania. Trochę trudniej kupić pieczywo na
tradycyjnym zakwasie, ale to także się zmienia. Jest ono zdrowsze od wypiekanego
na drożdżach, które silnie podnoszą poziom cukru we krwi. Z tego samego powodu,
starajmy się biały ryż, zastąpić ryżem brązowym. Ponadto posiada on
wielokrotnie więcej witamin, składników mineralnych i błonnika. Dla przykładu,
zawiera o 219% magnezu więcej, niż popularny ryż biały. Ale brązowy ryż ma
krótszy okres przydatności do spożycia, więc cóż - z ekonomicznego punktu widzenia
jest mniej opłacalny, ponieważ może leżeć krócej na sklepowych półkach. Mięso i
jaja nie powinny być głównymi składnikami posiłku, lecz dodatkami. W raporcie
Światowego Funduszu Badań nad Rakiem z 2007r. zaleca się spożywanie najwyżej 500 gramów czerwonego
mięsa na tydzień. Oczywiście trudno osobie leczącej się onkologicznie, dla
której sama choroba jest dostatecznym szokiem, a terapia wyczerpująca, z dnia
na dzień przeprowadzić żywieniową rewolucję. Często, dostępne dziś metody
leczenia, szybciej pozbawiają pacjenta sił niż sam rak, choć pamiętajmy, że
skutki choroby nowotworowej to przede wszystkim postępujące wyniszczenie
organizmu, spowodowane niedożywieniem. Dlatego tak ważna jest odpowiednia
dieta, którą należałoby konsultować ze specjalistą. Niestety tego rodzaju
pomoc, o czym przekonałam się po raz kolejny rozmawiając z osobami leczącymi
się onkologicznie, rzadko można wyegzekwować od prowadzącego nas lekarza. W
dużej mierze wpływa na to mechanizm działania współczesnego rynku. Zarówno
lekarz, jak i pacjent stoją pomiędzy przysłowiowym młotem, a kowadłem. Ów „młot”,
to przemysł farmaceutyczny, działający zgodnie ze swoją bezrefleksyjną logiką,
oferujący wyłącznie rozwiązania farmakologiczne. „Kowadło” to przemysł
spożywczy, dbający o to, aby jak najmniej mówić i pisać o związkach chorób ze
spożywaną żywnością. A, że myślenie przyszłościowe wyszło dziś z mody i obie te
siły ekonomiczne pragną, by wszystko pozostało po staremu, pacjent sam musi
gromadzić informacje na temat tego, co je i jak to wpływa na jego organizm.
Udowodnione działanie warzyw
Oprócz pokarmów wymienionych
powyżej, dieta w chorobach onkologicznych, powinna przede wszystkim składać się
z warzyw. Ograniczę się do tych powszechnie występujących w Polsce takich jak, bogate
w karotenoidy: pomidory, marchew, dynia, cukinia, ziemniaki i buraki. Dla
przykładu, w 2006r., w Stanach Zjednoczonych, opublikowano wyniki badań na
grupie kontrolnej mężczyzn chorujących na raka. Udowodniono, że likopen zawarty w ugotowanych na wolnym ogniu
pomidorach z dodatkiem oliwy, przedłużył życie pacjentom spożywającym taki
posiłek minimum 2 razy w tygodniu. W czasie sześcioletniej obserwacji kobiet chorujących
na raka piersi okazało się, że te które jadły pokarmy bogate w karotenoidy,
żyły dłużej, od grupy jedzącej mniejsze ilości tych składników.
Dowiedzione działanie silnych
związków o działaniu antyrakowym, m.in.: blokującym tworzenie sieci naczyń
krwionośnych zasilających nowotwór złośliwy, mają różne rodzaje kapusty, w tym
brukselska, brokuły, kalafior. Aby nie zabijać cennych związków, nie gotujemy
kapusty i brokułów, ale dusimy krótko pod przykryciem lub smażymy, mieszając z
niewielką ilością oliwy z oliwek.
Nie zapominajmy też o głęboko zakorzenionych
w kuchni polskiej czosnku, cebuli i porze. Można je delikatnie podsmażyć i
dodać do duszonych warzyw, albo położyć na kanapkę. Jeśli pacjenci nie mają
indywidualnych przeciwwskazań, warto spożywać je na surowo jako dodatek do
chleba, czy surówki.
To zaledwie część pokarmów o
udowodnionym działaniu zarówno wspomagającym, jak i profilaktycznym w chorobach
nowotworowych.
Tekst w wersji skróconej ukazał się 8 września br. w "Gazecie Polskiej Codziennie".
niedziela, 7 sierpnia 2016
ŚWIADOMĄ KUCHNIĄ W RAKA
Wzrostu liczby
zachorowań na raka, nie można interpretować wyłącznie, jako efektu starzenia
się populacji. Od 1970 r. szczególnie silnie wzrasta m.in.: częstotliwość występowania
chorób nowotworowych wśród dzieci i młodzieży.
Wygrane lata
Choć istnieją rodzaje raka, które atakują nas coraz
rzadziej, ogólna tendencja zapadalności na nowotwory ma już rozmach epidemii. W
USA, w okresie od 1975 do 1994 r. częstotliwość występowania raka wśród kobiet
poniżej czterdziestego piątego roku życia wzrastała o 1,6% rocznie, a wśród
mężczyzn 1,8%. W niektórych krajach europejskich, zachorowalność na nowotwory
wzrosła o 60% w ciągu ostatnich 20. lat.
W zaistniałej sytuacji ochrona naszych organizmów przed
toksynami, zarówno wtedy gdy jesteśmy zdrowi, jak również w czasie, gdy choroba
nas dotknęła, powinna stać się priorytetem. Dziś coraz więcej specjalistów z
kręgów medycyny i pokrewnych nauk, nie jest w stanie bagatelizować
spostrzeżenia, że substancje toksyczne występujące w środowisku i naszej kuchni,
odgrywają rolę w powstawaniu komórek rakowych w organizmie, a następnie ich
przekształcaniu się w guzy o charakterze złośliwym.
Każdy pacjent, u którego wykryto raka pragnie wiedzieć, czy
mógł mu zapobiec i co musi zrobić, żeby utrudnić chorobie jej powrót, a być
może całkowicie go wyeliminować. Nadal nie istnieje cudowny specyfik, ale bez
wątpienia świadomą kuchnią, można sobie pomóc.
Kilka lat temu, w moim najbliższym otoczeniu nie było
miesiąca, w którym nie dowiadywałabym się o chorobie kogoś z kręgu przyjaciół i
znajomych. Gaśli ludzie w różnym wieku, trudno więc było nie odnieść wrażenia,
że rak choć nieproszony, pojawia się coraz częściej. Gdy ostatecznie choroba z
bezwzględnym rozmachem wkroczyła również do mojego domu, szef przysłał nam
książkę pt.: „Antyrak. Nowy styl życia”. Autor David Servan – Schreiber, był lekarzem
neuropsychiatrą, profesorem psychiatrii klinicznej. Jako 31 – latek, dowiedział
się, że zachorował na… guza mózgu. Przeszedł 2 operacje i według rokowań miał
żyć maksimum 6 lat. Stosując zasady żywieniowe zawarte w swojej publikacji, przeżył
20 lat. Zmarł 13 miesięcy po wykryciu nawrotu choroby. Z jego doświadczeń
zrodziła się niezmiernie ważna publikacja, prezentująca nową koncepcję walki z
nowotworami, łączącą tradycyjne terapie z odpowiednio dobranymi dietami. W
sumie doktor będący jednocześnie pacjentem, wydał 3 książki.
Słodka droga do choroby
Niestety nie można stwierdzić z całą pewnością, że jakiś
element naszego stylu życia, czy wykonywanego zawodu, prowadzi do powstania
konkretnej odmiany raka. Ale to, co nie podlega dyskusji to fakt, że od lat
czterdziestych XX wieku, obserwujemy systematyczny wzrost zachorowań na
nowotwory. Zrozumiemy ten proces, gdy przyjrzymy się zmianom, które zaszły w
krajach zachodnich po II wojnie światowej.
Po pierwsze: w naszej diecie zwiększyła się ilość
oczyszczonego cukru. A przecież ludzkie geny rozwijały się w środowisku, w
którym rocznie na osobę przypadały maksymalnie 2 kg cukru na miodzie. W 1820r,
było to 5 kg ,
za to w roku 2000 aż 70 kg !
Po drugie: nastąpiły znaczne zmiany w uprawie roślin i
hodowli zwierząt, które przekształciły skład chemiczny konsumowanej przez nas
żywności.
Po trzecie: mamy bezpośredni kontakt z ogromną liczbą
produktów chemicznych, które nie istniały przed 1940 rokiem.
Niemiecki biolog Otto Heinrich Warburg zdobył Nagrodę Nobla
w dziedzinie medycyny za odkrycie, że metabolizm guzów złośliwych jest w dużej
mierze uzależniony od spożycia glukozy (czyli odmiany strawionego cukru w
organizmie).
Inną plagą dietetyczną menu mieszkańców krajów rozwiniętych,
zapoczątkowaną w II poł. XX w. stał się uzyskiwany z kukurydzy syrop z dużą
ilością fruktozy (czyli cukru owocowego). Syrop glukozowo – fruktozowy jest
wszechobecny w m.in.: gotowych sokach, dżemach, jogurtach owocowych. Nie
poddający się działaniu insuliny, staje się toksyczny. Wiele prowadzonych od
lat badań wskazuje na to, że rozwój epidemii raka, związany jest z eksplozją
spożycia cukru, a mimo tego możemy go znaleźć w znacznej większości produktów,
które codzienne wkładamy do sklepowych koszyków.
Konieczna korekta
56% spożywanych przez nas kalorii pochodzi z 3-ech źródeł,
które nie istniały w czasach, gdy tworzyły się ludzkie geny. Wspomnianego już
oczyszczonego cukru; białej mąki (biały chleb, makarony, biały ryż, itp.);
olejów roślinnych (sojowego, słonecznikowego, kukurydzianego, tłuszczów
nienasyconych). Źródła te nie zawierają żadnych białek, witamin, minerałów ani
kwasów tłuszczowych z rodziny omega-3 niezbędnych do funkcjonowania organizmu
człowieka. Za to w sposób bezpośredni, przyczyniają się do rozwoju raka. We
wszystkich medycznych publikacjach, zarówno tych dotyczących profilaktyki
antynowotworowej, jak i tych skierowanych do osób po operacjach onkologicznych znajdziemy
tę samą uniwersalną wskazówkę, mówiącą o znacznym ograniczeniu spożycia cukru i
białej mąki. W trakcie choroby lub po niej, należy zrezygnować z żywności
przetworzonej, doprawionej glutaminianem sodu (E – 621) i kwaskiem cytrynowym
(E – 330). Osobom, które jeszcze nie zachorowały, taka korekta jadłospisu też
wyjdzie na zdrowie, choć świadome zakupy w supermarkecie będą nas kosztowały
znacznie więcej czasu.
Smutną prawdą jest to, że nie każdy lekarz onkolog, daje chorym
żywieniowe wskazówki. A nawet jeśli już to zrobi, my sami mamy duży problem z
wprowadzaniem zmian. Nie tylko w tak elementarną dziedzinę, jak nasz codzienny
jadłospis...
(tekst napisany na zamówienie Gazety Polskiej Codziennie, nr z dn.: 02. 08 2016)
wtorek, 31 maja 2016
O co tu tak naprawdę chodzi??? (O tym, jak autorytety namawiają do morderstwa)
Bardzo niechętnie wracam do tematu z połowy kwietnia... Blokowały mnie dwie rzeczy: raz - chciałam dać szansę rehabilitacji organizacjom prozwierzęcym, zanim napiszę odpowiedzialnie coś ostrego; dwa - musiałam ochłonąć po czymś, co zaraz tu zrelacjonuję...
O motywach rozdzielania zwierząt wedle własnego widzimisię, myślałam bardzo długo. A także o celu istnienia rzeczonych organizacji, które wolą trzymać u siebie miesiącami/latami zwierzęta, niż dać je prawdziwemu miłośnikowi, z kilkudziesięcioletnim stażem opieki nad czworonogami. W ten sposób w imię przerośniętego ego pozbawiają dane stworzenie domu i serca człowieka, który sprawdził się w roli opiekuna wielokrotnie. I to za własne pieniądze. Żadna gmina nie sponsorowała mu worków z karmą przez 15 lat!...
Nikt mi nie zwróci tych wyjazdów, na które nie pojechałam, bo nie miałam z kim zostawić zwierząt!
Dla Osób, które nie czytały mojego poprzedniego posta krótkie wyjaśnienie: organizacje odmówiły mi powierzenia młodego kota, ponieważ nie chcę go sterylizować (moje koty nie wychodzą z domu, zatem nie ma mowy o nieplanowanym przychówku!). Gdy nie podziałała na mnie propaganda, straszenie, że kot umrze bez tego zabiegu (moja najdłużej żyjąca kotka bez sterylizacji, opuściła świat jako 19 - latka), organizacje ustami swoich pracowników kategorycznie i nieodwołalnie zdefiniowały własne stanowisko: wobec takiego światopoglądu nie dostanę od nich czworonoga. A mój światopogląd to jedynie kwestia sumienia: sterylizacja jest dla mnie okaleczeniem zwierzęcia. Powinna być dla właścicieli WYBOREM, a nie TOTALITARNYM PRZYMUSEM. Zastanawiałam się, czy ten betonowy upór kosztem zwierzęcia, wynika tylko z rozrostu ego ustawodawców w takich instytucjach, czy może stoją za nim inne, bardziej policzalne przesłanki? Cennik z gabinetów weterynaryjnych wygląda następująco:
kastracja kocura: 100 - 300 zł
sterylizacja kotki: 170 - 500 zł
Oczywiście, to nowy opiekun w przypadku adopcji niedojrzałego płciowo zwierzęcia, musi z własnej kieszeni pokryć koszt tej siekanki, gdy jego wybraniec osiągnie "fizyczną pełnoletność". Jeśli tego nie zrobi i zwierz nadal będzie cieszył się pełnią władz rozrodczych, nieważne jaki raj ma w danym domu. Nie ważne, że pokochał właściciela i jest kochany. Przyjdą na kontrolę wysłannicy z danej organizacji i skonfiskują stworzenie. Nikt nie będzie wnikał w Wasze więzi i emocje, bo one w takiej sytuacji się nie liczą!
W przypadku osobników dojrzałych płciowo, przebywających w schroniskach i fundacjach, koszty zabiegu pokrywają instytucje dotowane na ogół przez gminy. Jak może się skończyć taka sytuacja dla zwierzęcia, opisałam w poście - tekście opublikowanym swego czasu na zamówienie lokalnej prasy, pt.: "Perełka miała pecha" (na blogu: 12 listopada 2014).
Zdarzenie, które mnie zbulwersowało jeszcze bardziej niż wspomniana biurokracja (?), upór (?), to interaktywna audycja radiowa sprzed kilku tygodni. Prowadzi ją regularnie pewna znana doktor weterynarii. Nie słuchałam jej już bardzo długi czas z przyczyn, które kiedyś opisywałam na tym blogu i nie będę się powtarzać. Traf chciał, że palec o pewnej godzinie omsknął się i wcisnął guziczek radioodbiornika. Zaczęło się sielsko od zachwytów nad wiosną i budzącą się przyrodą. Ze wstępu przebijała miłość prowadzącej do całego świata. Aż nagle zadzwoniła słuchaczka.
- Pani doktor dokarmiam koty na moim osiedlu. Przychodził tam kocur, który później okazał się kotką. I ta kotka jest teraz w ciąży - zrelacjonowała pospiesznie - Co ja ... powinnam zrobić?... - niepewnie sformułowała pytanie.
Pani doktor wpadła jej w słowo:
- Jak to? Zwabić, złapać i zanieść na zabieg.
Słuchaczce zadrżał głos, gdy odparła:
- Ale to ... To jest bardzo zaawansowana ciąża...
- Tym bardziej trzeba się pospieszyć. Nie wolno pozwolić im się urodzić!
- Tttak.. - wydukała zgaszona karmicielka.
Zanim kopniakiem wyłączyłam stojący na podłodze Bogu ducha winny odbiornik, skamieniałam. Byłam pewna, że usłyszę apel pani doktor dotyczący adopcji istniejących już kociąt, a prośba o profilaktyczną sterylizację będzie dotyczyła szczęśliwej kociej matki. Tymczasem, usłyszałam jak ktoś, kto jest branżowym autorytetem w pewnych kręgach, miłośnik zwierząt, namawia karmicielkę do skrzywdzenia swojej podopiecznej! To tak, jakby kobiecie w 7. miesiącu ciąży, zaserwować aborcję...
W jakiej sytuacji pani doktor stawia tę dobrą kobietę - w roli kata, który podstępem ma zwabić ciężarną matkę? Co na tym zyska zwierzę, które zaufało człowiekowi? Być może nie przeżyje tego wypatroszenia - wybaczcie dosłowny kolokwializm. Na pewno nigdy już nie odzyska psychicznej stabilności. Z pewnością też do końca swoich dni, będzie żałowało swojej przyjaźni z CZŁOWIEKIEM...
Mam nadzieję, że kotka nie dała się złapać. Chcę wierzyć, że ta historia ma swój happy end i ludzkie okrucieństwo (bo aż trudno uwierzyć, że to tylko głupota, gdy mówimy o lekarzu weterynarii) przykryte płaszczykiem chorej w nadmiarze ideologii, nie zniszczyło tym razem niewinnych istnień.
(Zdjęcie z kociakami, których na szczęście nikt nie zamordował, zaczerpnęłam z sieci. Dziękuję! Powyżej moja Dywa, wychowana przeze mnie od 5 tyg. życia.)
środa, 13 kwietnia 2016
Hipokryzja - cecha wyłącznie ludzka. Dlaczego nie zasłużyłam na kota?
Winę za wszystko ponosi... moje sumienie. Zła kobieta ze mnie. Nie chcę myśleć tak jak reszta. Pragnęłam tylko zrobić tzw.: dobry uczynek. Ale nie pozwolono mi! I nie liczy się w tej przepychance fakt, że mam do zaoferowania naprawdę dużo. Walutą w temacie ani nie jest moje serce, ani doświadczenie, ani metraż. A przecież 10 - 15 lat temu, brałyśmy z działek bezdomne koty i zapewniałyśmy im opiekę pod własnym dachem. Miejscowi karmiciele byli nam wdzięczni, ale najbardziej wdzięczne były same koty. Działo się to w czasach, gdy opiekę nad wolno żyjącymi czworonogami, sprawowali samorodni miłośnicy, "wolni strzelcy", kiedy nie było jeszcze monopolu organizacji pro - zwierzęcych. Gdy można było wziąć zwierza żyjącego pod chmurką i dać mu na kilkanaście lat dobry dom, bez lęku, że ktoś będzie ingerował w sposób opieki, że ktoś w ogóle będzie cię zdalnie oceniał i jak władca absolutny wydawał werdykt - zasłużyłaś/eś na zwierzę, czy nie?
Owszem, nasłuchałam się opowieści o tym, że tzw.: "adopcja kota" jest niemal tak samo trudna jak adopcja dziecka; nasłuchałam się o kontrolach i o odbieraniu zwierząt tym, którzy np.: nie chcieli wykastrować swoich podopiecznych. Ale postanowiłam przekonać się o powyższym sama, tym bardziej, że moje stado w ostatnich latach przerzedziło się i dojrzałam do jego uzupełnienia.
Zaczęłam od przejrzenia internetowych stron w stylu: Oddam kota. Wiele się zmieniło od czasu, w którym wzięłam Dywkę.
Wtedy dużo prywatnych osób redukowało w ten sposób nadmiar własnych kociąt. Dziś takie ogłoszenia to wyjątki, a zamieszczone rano, już wieczorem są nieaktualne. Kocięta z prywatnych domów, rozchodzą się jak przysłowiowe gorące bułeczki. Czemu? Bo jest ich coraz mniej. Sterylizacja wszystkich zwierząt, nawet tych niewychodzących - robi swoje. Do tego, w świecie, w którym jednostka ludzka cieszy się coraz mniejszą swobodą i poczuciem prywatności, chcemy móc stanowić w pełni indywidualnie o swoim psie, czy kocie.
Za to na każdym portalu ogłoszeniowym, mamy niezliczoną ilość ofert lansowanych przez fundacje pro - zwierzęce. Do wyboru, do koloru. Ładne zdjęcia, długie życiorysy, nic tylko brać i tulić te biedactwa. Jest wszak jeden warunek - podpisanie umowy adopcyjnej.
Moje serce poruszyła 7 - miesięczna koteczka. Drobna, biała istota, dopiero wkraczająca w życie wśród tfu - tfu... ludzi. Gdyby błąkała się po moim osiedlu, wzięłabym ją zaraz. Ale ktoś mnie ubiegł i trafiła do jednej z fundacji. Teoretycznie mogę ją wziąć, ale pod warunkiem, że ją wysterylizuję, co dla mnie jest równoznaczne z przedmiotowym traktowaniem zwierzęcia i jego okaleczeniem.
Tajemnicą poliszynela jest sterylizacyjny biznes - cenniki z gabinetów weterynarzy, podam w następnym poście. I gwarantuję, że będzie to najmniej bulwersujący akapit kolejnego wpisu w tym temacie.
Tymczasem kto ma siłę, niechaj przeczyta poniższą korespondencję, która degraduje mnie jako opiekuna kota...
Witam,
dlaczego nie mogę podarować kotu domu na najbliższych 15 - 20 lat bez warunku sterylizacji?
Pozdrawiam,
Katarzyna
dlaczego nie mogę podarować kotu domu na najbliższych 15 - 20 lat bez warunku sterylizacji?
Pozdrawiam,
Katarzyna
Szanowna Pani długo można by pisać dlaczego zabieg jest
konieczny. Kotka nie dożyje podanego przez Panią wieku nie poddana
sterylizacji.
Podsyłam też linki do artykułów aby mogła Pani sobie poczytać.
https://www.zwierzakowo.pl/portal/kastracja-i-sterylizacja-kotow/
http://www.koty.pl/porady/art249,dlaczego-sterylizacja-kotow-jest-tak-wazna.html
Pozdrawiamy,
Podsyłam też linki do artykułów aby mogła Pani sobie poczytać.
https://www.zwierzakowo.pl/portal/kastracja-i-sterylizacja-kotow/
http://www.koty.pl/porady/art249,dlaczego-sterylizacja-kotow-jest-tak-wazna.html
Pozdrawiamy,
Szanowna Pani,
Mam prawie (…) lat, koty(kocice) w moim domu były od urodzenia. Żyły bez sterylizacji 19 i pół roku, 18 lat, 17, 15, 14, kocur kastrat 11.
Więc proszę mnie nie pouczać. Ja tylko ze względu na duże mieszkanie, dom od zawsze nie wychodzący i puste w stadku miejsce po kocurze, rozważam zakup kota, albo pomoc takiemu po przejściach.
Więc tylko od Państwa zależy, czy chodzi o autentyczną pomoc zwierzęciu, które będzie miało u mnie jak w kocim raju, czy o przepisy i zmuszanie do rzeczy niezgodnych z sumieniem kogoś, kto bierze na siebie obowiązek i koszty na rzeczonych kilkanaście lat.
Z poważaniem,
Katarzyna
Mam prawie (…) lat, koty(kocice) w moim domu były od urodzenia. Żyły bez sterylizacji 19 i pół roku, 18 lat, 17, 15, 14, kocur kastrat 11.
Więc proszę mnie nie pouczać. Ja tylko ze względu na duże mieszkanie, dom od zawsze nie wychodzący i puste w stadku miejsce po kocurze, rozważam zakup kota, albo pomoc takiemu po przejściach.
Więc tylko od Państwa zależy, czy chodzi o autentyczną pomoc zwierzęciu, które będzie miało u mnie jak w kocim raju, czy o przepisy i zmuszanie do rzeczy niezgodnych z sumieniem kogoś, kto bierze na siebie obowiązek i koszty na rzeczonych kilkanaście lat.
Z poważaniem,
Katarzyna
Szanowna Pani ponieważ
mamy wybór, wybieramy nie oddawać pod opiekę kotów ludziom, którzy nie
rozumieją zagrożenia. Pozdrawiamy serdecznie i życzymy miłego dnia.
Szanowna Pani, jakie zagrożenie???!
Chyba, że zagrożeniem jest po prostu to, że ośmieliłam się mieć inne zdanie...
Powołałam się na odpowiedzialny wiek, dobre warunki mieszkaniowe i doświadczenie w opiece nad kotami.
Nigdy żaden kot u mnie nie cierpiał, co mogą poświadczyć znajomi i sąsiedzi.
Szkoda, że to dla Pani nic nie znaczy. Chodzi więc nie o dobro kota, a o Państwa ustalenia.
Trudno, nie pcham się tam, gdzie za inne zdanie jestem dyskwalifikowana.
Także życzę miłego dnia.
Chyba, że zagrożeniem jest po prostu to, że ośmieliłam się mieć inne zdanie...
Powołałam się na odpowiedzialny wiek, dobre warunki mieszkaniowe i doświadczenie w opiece nad kotami.
Nigdy żaden kot u mnie nie cierpiał, co mogą poświadczyć znajomi i sąsiedzi.
Szkoda, że to dla Pani nic nie znaczy. Chodzi więc nie o dobro kota, a o Państwa ustalenia.
Trudno, nie pcham się tam, gdzie za inne zdanie jestem dyskwalifikowana.
Także życzę miłego dnia.
Szanowna Pani to nie
światopogląd to statystyki weterynaryjne i lata doświadczenia. Nie wiem też
dlaczego zakłada Pani, że rozmawia z osobą młodszą od siebie.
Mam szczerą nadzieję, że chociaż poczyta Pani o zagrożeniach braku sterylizacji, a także zagrożeniach z wieloletniego stosowania antykoncepcji hormonalnej u kotów, jakie są jej skutki, do czego mogą prowadzić. Niestety doświadczenie niejednokrotnie pokazało, że ludzie mądrzeją dopiero jak kot zachoruje. Jeśli żadnemu z Pani kotów nic nie dolega to ma Pani ogromne szczęście a właściwie Pani koty. Nie wątpię, że kocha Pani swoje koty, ale miłość powinna być odpowiedzialna. Żadna organizacja pro- zwierzęca nie powierzy Pani pod opieką kota- bowiem sterylizacja to warunek konieczny i to nie jest fanaberia tylko realna troska o zwierzę.
Zachęcam jeszcze raz do pogłębienia wiedzy w tym zakresie.
Mam szczerą nadzieję, że chociaż poczyta Pani o zagrożeniach braku sterylizacji, a także zagrożeniach z wieloletniego stosowania antykoncepcji hormonalnej u kotów, jakie są jej skutki, do czego mogą prowadzić. Niestety doświadczenie niejednokrotnie pokazało, że ludzie mądrzeją dopiero jak kot zachoruje. Jeśli żadnemu z Pani kotów nic nie dolega to ma Pani ogromne szczęście a właściwie Pani koty. Nie wątpię, że kocha Pani swoje koty, ale miłość powinna być odpowiedzialna. Żadna organizacja pro- zwierzęca nie powierzy Pani pod opieką kota- bowiem sterylizacja to warunek konieczny i to nie jest fanaberia tylko realna troska o zwierzę.
Zachęcam jeszcze raz do pogłębienia wiedzy w tym zakresie.
- Szanowna Pani,
Na zakończenie chciałam tylko powiedzieć, że jest mi zwyczajnie, po ludzku przykro w zetknięciu z tak nieprzejednaną postawą wobec gorącego miłośnika zwierząt. Moja miłość jest jak najbardziej odpowiedzialna, bo nawet te stare i niepełnosprawne, nawet kłopotliwe - miały i mają u mnie swoje dożywocie. A, że sterylizację u domowych, niewychodzących kotów uważam za okaleczenie i tu moje sumienie się buntuje, zostałam zaklasyfikowana jako osoba nieodpowiedzialna.
Artykuły promujące sterylizację czytałam. Nie przekonują mnie, bowiem sterylizowane koty moich znajomych też chorują, też przedwcześnie umierają. Cierpią na coraz więcej chorób cywilizacyjnych, podobnie jak ludzie. Wystarczy sięgnąć po ikoniczną książkę z lat'70. XX wieku Aleksandry Konarskiej - Szubskiej, pt.: "Koty". Tam jest mowa o 20. latach, do których swobodnie powinien dotrwać kot (nie było wtedy jeszcze sterylizacyjnej mody). Współczesne publikacje na w.w. temat piszą zazwyczaj o 12 - 15 latach. To dlatego założyłam, że jest Pani młodsza niż ja.
Nie będę więcej prosić organizacji pro - zwierzęcych o kota. Z pewnością podobne postawy przysparzają klientów hodowlom.
A takiej troski o zwierzę, jaką przejawiam ja, życzę każdemu człowiekowi...
Nie mam żalu do tej organizacji. W świecie, w którym jest tyle manipulacji, propagandy, zmian obyczajowych, chęci zysku na wszystkim i wspomnianej w tytule hipokryzji, można się tylko głęboko smucić. My, ludzie, powariowaliśmy instytucjonalizując każdą dziedzinę życia. Czy dzięki temu, funkcjonuje się nam łatwiej?
Na fotografiach, kolejno od góry: Padlinka, Ość, Tuman; Recydywa; Hołota.
niedziela, 15 listopada 2015
WALNĄĆ profilaktycznie
Nawet najbardziej bezstronny sędzia sportowy uzna, że w starciu z
człowiekiem, większość owadów ma nikłe szanse przeżycia. Gdy coś nam zabrzęczy
w ciszy pokoju, w ruch idą kapcie, gazety, a czasem i cięższa amunicja.
Niemal codzienne opady deszczu,
nikomu nie wychodzą na zdrowie. Jednak to, co dla ludzi stanowi zaledwie
niedogodność, z którą radzą sobie za pomocą parasola, dla owadów jest prawdziwą
katastrofą. Dlatego chętniej niż w pogodne dni, szukają schronienia pod naszymi
dachami. Uchylone okna, zapraszają z iście polską gościnnością wszelkie
fruwające, chodzące, obyte z obecnością człowieka i te najbardziej płochliwe małe
stworzenia – krótko mówiąc, całą robaczywą społeczność żyjącą tuż obok. I tu
pojawia się problem dla obu stron. Z wyjątkiem bohaterek opowieści o wampirach,
nikt nie lubi być gryziony. Nic więc dziwnego, że wciąż drzemie w nas
atawistyczny lęk przed kąśliwym komarem i natrętną muchą. Lecz, czy wszystko co
spaceruje po ścianie, albo krąży pod kloszem lampki nocnej, to od razu straszliwy
krwiopijca, lub roznosicielka bakterii? Świat owadów jest zdecydowanie
bogatszy, choć większość z nas potrafi wymienić maksimum kilkanaście gatunków
tych zwierząt. Oczywiście, nikomu przy zdrowych zmysłach, nie przyszłoby do
głowy morderstwo motyla, czy biedronki, chociaż te ostatnie też potrafią
dokuczyć. Ale zwykła ćma ze swoim niepozornym pięknem, którego często nie mamy
czasu, lub też zwyczajnie nie chcemy dostrzec, musi niejednokrotnie liczyć na
nasze ułaskawienie. Bo wystarczy tylko szklanka i kartka. Jasne, że trudniej
przykryć owada naczyniem, wsunąć pod spód kawałek papieru i wynieść taką
kapsułę ratunkową na zewnątrz. Łatwiej profilaktycznie walnąć robala tym, co ręka
pochwyci. Lecz może się wtedy okazać, że zgładziliśmy zupełnie niepotrzebnie
pożytecznego złotooka, albo zamiast osy, czy znienawidzonej muchy – młodą
pszczołę. A nawet takiej musze, spróbujmy po prostu otworzyć okno. Niech sobie
wraca tam, skąd przyszła. Ostatecznie wpadła tylko na chwilę i nie po to, by
nas zjeść.
PS. Bez względu na to, co się u mnie dzieje, od tego bloga trudno zrobić sobie choćby dwutygodniowy urlop ;-) Wygrzebałam ten stary felieton z mroków mego kompa po wczorajszej sytuacji w pracowni ceramicznej... Tam, w pudełku, pośród koronkowych szablonów znalazłam małego pająka. Z góry uznałam, że większe szanse na przeżycie tej ciepłej jesieni ma na zewnątrz, niż w sali pośród ludzi. Ogłosiłam znalezisko, parę pań pisnęło i odsunęło się jak przed tarantulą, a jedna "wspaniałomyślnie" chciała dokonać egzekucji.
- Myślałam, że się boicie - odparła, widząc mój protest.
- Być może - przyznałam - Ale to jeszcze nie powód by mordować żywą istotę.
Pająk ostatecznie wylądował na trawniku pod drzewem.
środa, 12 listopada 2014
Perełka miała pecha
Było o kontrowersyjnej pomocy bezdomnym kotom, zatem dziś, dla równowagi, poruszę psi temat i jeszcze raz zadam pytanie - czy przypadkiem profilaktyka nie powinna mieć jakichś rozsądnych ograniczeń?
Nie będę wchodzić w szczegóły działalności Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Józefowie, bo nie jest to moją rolą i brak mi jednoznacznych danych. Zetknęłam się i z najwyższymi i z najniższymi ocenami dla tej placówki. Historia dotyczy konkretnego pieska. Sięgam zatem po stary tekst napisany dla lokalnego tygodnika, tak ku refleksji...
Oprócz przeprowadzania stałego i okresowego wyłapywania bezpańskich
zwierząt, a także zapewnienia im godziwych warunków bytowania, obowiązkiem Schroniska
jest oddawanie zwierząt ich opiekunom. Nasuwa się wobec tego pytanie, dlaczego
suczka pani Małgorzaty Czajkowskiej, pozostała w Schronisku w Józefowie mimo
rozpoznania jej przez właścicielkę?
ODNALEZIONA
Dwa małe kundelki, Perełka i Luka
zaginęły w połowie maja 2013r. na terenie Legionowa. Jak poinformowała redakcję
ich właścicielka, wybiegły z posesji i nie wróciły. Coś je wystraszyło, czy
może ktoś sobie „pożyczył” pieski, nie wiadomo. Prowadzone na własną rękę
poszukiwania nie przyniosły rezultatów. Dopiero dn. 3.06, p. Małgorzata znalazła
ogłoszenie na Facebooku, zamieszczone przez Schronisko Dla Bezdomnych Zwierząt
w Józefowie: „Do adopcji. Malutka Gabi szuka domu. Jej siostra została
potrącona przez samochód, zginęła”. Kobieta przybita wiadomością o śmierci
drugiego pieska, zadzwoniła do schroniska. Przedstawiła się jako właścicielka i
poprosiła o wycofanie informacji o adopcji, ponieważ zależy jej na odzyskaniu
zwierzęcia. Podczas rozmowy z Kierownik, p. Bożeną Rajczak, dowiedziała się, że
suczka musi zostać zaczipowana i wysterylizowana, a p. Małgorzata będzie
musiała pokryć koszty tych zabiegów (200 – 300 zł). Właścicielka zasugerowała,
że zna lekarza, który psa zaczipuje za darmo. Na sterylizację się nie zgadza
ponieważ pragnie by jej pupilka w przyszłości mogła cieszyć się młodymi. Każdy,
kto wychował swojego psa, czy kota od urodzenia wie, że w takim układzie,
nawiązuje się jedyna w swoim rodzaju więź pomiędzy człowiekiem, a zwierzęciem.
Dlatego trudno uznać prośbę właścicielki za zbyt wyrafinowaną. Niestety rozmowa
nie doprowadziła do porozumienia stron.
BEZ
HAPPY ENDU
Nazajutrz, p. Małgorzata już o
godz. 9.10, stawiła się przed bramą Schroniska, choć placówka funkcjonuje od 12.
Niespełna godzinę później pojawiła się pracowniczka, która wpuściła na teren
zainteresowaną. Zaprosiła ją do biura, w którym znajdowały się 3 psy. Jednym z
nich, była zaginiona Perełka. Suczka na widok swojej pani zaczęła skakać,
piszczeć, lizać ją po rękach i twarzy. Nie istniały najmniejsze wątpliwości, że
pies należy do osoby, która po niego przyjechała. I tu historia powinna mieć
swój finał. Ale tak się nie stało. Wezwana przez pracowniczkę, p. Rajczak,
zdecydowała, że nie wyda psa, dopóki nie zostanie wysterylizowany. Termin
zabiegu został ustalony na następny dzień. Właścicielka błagała, apelowała do
sumienia obu pań, że nie chce narażać suczki na kolejne cierpienia i nie
zostawi jej poza domem ani chwili dłużej. W poczuciu bezradności usiadła na
krześle i stwierdziła, że bez psa się nie ruszy. Wtedy obie panie, chwyciły
podekscytowaną suczkę i zamknęły ją na klucz w sąsiednim pomieszczeniu. Perełka
zaczęła rozpaczać - skamlała i drapała pazurkami drzwi. Kto wie, może jeszcze
są tego ślady? Z relacji poszkodowanej wynika, że p. Rajczak, wezwała policję i
zarzuciła kobiecie wtargnięcie na teren budynku. Właścicielce psa puściły
nerwy, wyszła z pomieszczenia i rozpłakała się. Zadzwoniła do bratowej. Kobieta
przyjechała wraz z mężem. Na miejscu zdarzenia pojawiła się też policja, za to
odjechała p. Rajczak. Policjant był pierwszą osobą, która zapytała p.
Małgorzatę, czy posiada jakiś dokument psa. Nie miała. Zdenerwowała się po raz
kolejny, bo jak twierdzi, dotychczas odbiór psa utrudniano jej z innego powodu.
Pouczona przez policjanta, wróciła do domu z zamiarem odebrania Perełki
następnego dnia i zapłacenia za zabiegi, na które nie wyraziła zgody. Dopiero
po tym, mogła prawnie zaadoptować swojego psa. Lecz i tu nie kończy się ta
ponura opowieść. Nazajutrz, p. Małgorzata, zadzwoniła do p. Rajczak z pytaniem,
kiedy może odebrać suczkę. Usłyszała: „Perełka nie żyje. Jej serce było słabe i
nie wytrzymało zabiegu”. W dniu 7. 06. br. podczas identyfikacji zwierzęcia, p.
Czajkowska rozpoznała swojego pieska.
KTO ZAWINIŁ?
Kontekst tej sprawy jest pełen
sprzeczności i niejasności, ale w jednym środowisko miłośników zwierząt i
urzędników wypowiada się zgodnie – suczka po odnalezieniu przez właścicielkę,
powinna natychmiast zostać jej zwrócona. Dziwi też odkrycie, że zwierzęciu,
które nie odbyło do końca okresu kwarantanny (14 dni), a do tego ugryzło dwie
osoby, o czym poinformowała sama p. Rajczak, szuka się nowego domu. Według osób
zapobiegających bezdomności zwierząt, opiekunka przy odbiorze psa, powinna podpisać
umowę, w której zobowiązałaby się do poddania go sterylizacji. Z drugiej
strony, nie istnieje żaden urzędowy nakaz, zmuszający jednostkę do takiego
działania.
- Jest to tylko dobra wola właściciela, nie usankcjonowana
prawem – wyjaśnia Katarzyna Biernacka Prezes Stowarzyszenia Empatia.
Dr Ewa Kunaszyk, starszy inspektor weterynaryjny, informuje
mnie: „Od 06. 2012, decyzją WSA w Warszawie, p. Bożenę Rajczak, obowiązuje
zakaz przyjmowania zwierząt do swojego Schroniska”. Nie jest też tajemnicą, że
Józefów nie ma zawartej umowy z Legionowem. Nie sposób uzyskać jednorodnych
informacji na temat p. Rajczak. Byli współpracownicy, rozmawiali ze mną
chętnie, pod warunkiem, że pozostaną anonimowi. Od jednej rozmówczyni
dowiedziałam się, że to nie pierwsza taka sytuacja. Kierownik schroniska w
Józefowie słynie jako osoba, która zawsze stawia na swoim. Inna rozmówczyni
dzień przed ukończeniem tekstu, również poprosiła o nie zamieszczanie jej
nazwiska ani krytycznych uwag. Dodaje za to, że zwierzęta p. Bożeny są zawsze
zadbane, a ona sama podzieli się karmą z każdym właścicielem czworonoga, który
podjedzie do niej w godzinach posiłku. P. Rajczak, w rozmowie telefonicznej
oświadczyła z goryczą: - Czuję się jakbym dostała w twarz. Dwa tygodnie
dokarmiałam te suczki na terenie zamkniętej jednostki wojskowej, gdzie ktoś je podrzucił.
Gdyby p. Czajkowska okazała mi dowód, oddałabym jej psa.
W tej
historii jest jeden fakt nie budzący wątpliwości - nie żyje młode zwierzę. Trwa
sekcja, która wyjaśni przyczynę. Dn. 20. 06., Policja wszczęła dochodzenie. Pytanie:
Czy musiało do tego dojść?
niedziela, 9 listopada 2014
Koci kaci i podwójne standardy.
W tym poście poruszę kilka kontrowersyjnych wątków, ale szczegółowo nakreślę tylko jeden, który kontrowersji wzbudzać nie powinien. Jeśli chcemy pomagać przyrodzie (choć bez wątpienia ona naszej pomocy by nie potrzebowała, gdybyśmy najpierw nie zaburzyli jej naturalnego rytmu), róbmy to w taki sposób, by przy okazji nie krzywdzić...
Ucho kota to fenomen, którego człowiek może mu jedynie pozazdrościć. Poruszane przez 30 mięśni (podczas gdy u nas tylko przez 6) pozwala zwierzęciu natychmiast wychwycić dźwięki. Ponadto kot nie ma problemów z wyróżnieniem interesującego go dźwięku spośród szumu innych. Potrafi także określić cel z dokładnością do 75%. Jak widać, niepotrzebny mu GPS. Można powiedzieć, że koci słuch jest tak perfekcyjny, jak psi węch. Ten mały myśliwy, jest w stanie usłyszeć mysz z odległości kilkudziesięciu metrów. Ruchome uszy kota, pozwalają mu na obracanie ich i rejestrowanie źródła dźwięku, jak najdokładniejszy radar. Nie raz pewnie zauważyliśmy, że nasz kot ma jedno ucho niekierowane w innym kierunku niż drugie. I co tu wiele mówić - nawet jeśli małżowina uszna jest tylko tubą przekazującą dźwięki głębiej, na błonę bębenkową, to po to natura dała kotu spiczaste uszy, żeby z takimi chodził po świecie.
Ale człowiek, jak to człowiek. Ledwo przestał męczyć rasowe szczenięta, przycinając im ogony i uszy według wymyślonego przez się wzorca, żeby pod innym pretekstem okaleczać koty. Bodaj by jemu uszy odpadły!
O co konkretnie mi chodzi? O pseudo pomoc tzw.: "kotom wolno żyjącym". Acz i ten termin nieco zmienił swoje znaczenie, bo nasza świadomość na szczęście ewoluuje. Ewoluuje i rzeczywistość. Kiedyś kot wolno żyjący, siedział zapchlony w piwnicy i mógł liczyć jedynie na miłosierdzie dozorcy, który nie zamknął okienka i nie wyrzucił miseczki, postawionej przez litościwą staruszkę lub dziecko o wrażliwym sercu. Dziś mamy rzesze wolontariuszy, fundacje, nie zrzeszonych miłośników, którzy dokarmiają na potęgę koty wszelkiej maści. Dużo wyższa świadomość społeczna i sankcje prawne, skutecznie odstraszają tych, którzy zwierząt nie tolerują i im zagrażają. A więc dziś "kot wolno żyjący" to, zwierzę, które nie ma przypisanego na stałe dachu nad głową, ale jest zazwyczaj "zaopiekowane" przez stałego karmiciela.
Liczne kampanie na rzecz sterylizacji, mają na celu ograniczenie ilości takich kotów. Cel szczytny, choć nie przeginałabym z nadgorliwością w jego egzekwowaniu. Pewna ilość kotów wolno żyjących JEST nam niezbędna, aby zwłaszcza w miastach, gdzie funkcjonuje dużo lokali gastronomicznych, nie zeżarły nas, kolokwialnie rzecz ujmując, szczury. Ale oczywiście, nie musicie się zgadzać z moim twierdzeniem...
Dodam tylko, że gdy kilka lat temu, co rano szłam spacerkiem na Uniwersytet, nie było dnia, bym na warszawskiej Chmielnej, czy Nowym Świecie, nie spotkała przemykającego po trotuarze szczura. Sąsiadka widziała szczura wspinającego się po murze, dozorca narzekał na szczury rozjechane przez samochody, które musiał wymiatać. Powinnam dodać, że kotów wolno żyjących w tej okolicy od lat już nie ma?
OK, kwestia to sporna. Każdy ma swój rozum, więc własne wnioski wyciągnie. Wierzę, że wyjściowo intencje były szlachetne i rozsądne, a jednorazowa operacja tańsza dla miasta, niż systematyczne podawanie pewnej grupie kotów tabletek antykoncepcyjnych. Ale nie znajduję żadnego usprawiedliwienia na przedstawione poniżej okaleczanie zwierząt:
Obcinanie kawałka ucha (od 1/4 do 1/3) w zależności od fantazji weterynarza, żeby zaznaczyć kota po zabiegu, jest sankcjonowanym prawem sadyzmem w wykonaniu ludzi, którzy powinni leczyć, a nie męczyć. Przecież większość tych kotów ma swoich stałych opiekunów; to oni pomogli je wyłapać na potrzeby interwencji weterynaryjnej i wiedzą, że zwierzę jest już pozbawione zdolności reprodukcyjnych.
Swego czasu usiłowałam, poruszyć sumienia organizacji mieniących się zaangażowanymi w los zwierząt, ale u nikogo nie znalazłam zrozumienia. Solidarna zmowa mody i propagandy. Czy naprawdę pro publico bono?
Dowiedziałam się jedynie, że gdybym ja złapała na podwórku kota i obcięła mu czubek ucha, odpowiadałabym za znęcanie się nad zwierzętami. Jak widać i w tej kwestii funkcjonują w Polsce podwójne standardy.
(wszystkie przedstawione powyżej koty, miały swoich wieloletnich opiekunów)
Pytałam, czemu na przykład nie są robione takim zwierzętom tatuaże? Usłyszałam, że to zbyt mało widoczny komunikat. Hmm. To może wypalajmy zwierzakom piętno na środku grzbietu? Będzie widać z daleka ;-) Ale to już oczywiście moja bezsilna ironia w reakcji na hipokryzję...
PS. Nie rozumiem już za Chiny, przymuszania stałych opiekunów kotów, (także tych niewychodzących) do sterylizacji swoich podopiecznych. Przoduje w agresywnej kampanii pewna pani doktor w pewnych mediach, (nie będę robiła reklamy, bo nie warto), która zwyczajnie wrzeszczy na dzwoniących słuchaczy i żąda, by ludzie, którzy wypieszczonym pupilom poświęcają kilkanaście lat własnego życia, (że o nakładach finansowych nie wspomnę oraz narażaniu się na traumę po odejściu czworonożnego przyjaciela), sterylizowali bezwzględnie każdego kota/kotkę. Kilka razy byłam świadkiem, jak ktoś się na antenie niemal rozpłakał po takim ataku. Wybaczcie, ale taka ingerencja w czyjąś prywatność, to wielkie nadużycie. Przykre, bo to zadeklarowana "miłośniczka zwierząt". Ale niech nie wciska ludziom kitu, że pozbawienie zwierzęcia zdolności reprodukcyjnych i narażenie go na ból, to dla kota taka frajda. Dochodzi do tego zaburzenie gospodarki hormonalnej i problemy z otyłością (wzmożony apetyt zwierzaka), na czym korzystają WYŁĄCZNIE koncerny produkujące karmę. Bo niestety zdarza się, że zwierzęta po sterylizacji też umierają na choroby nowotworowe...
Ktoś, kto nie posiadał nigdy szczeniąt, czy kociąt urodzonych we własnym domu, może się nabierze, że z pupilem przygarniętym ze schroniska będzie miał podobny kontakt. Na tej samej zasadzie, rozejrzyjmy się po świecie i zamiast nerwowo starać się o własnego potomka, rozwiążmy adopcyjnie problem milionów dzieci żyjących bez rodziców, na garnuszku państw. Ale to już wkładanie kija w mrowisko i inny temat, poza zakresem tego bloga. ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







