niedziela, 14 maja 2017

Szczury duże jak koty



Nie tylko mieszkańcy i najemcy lokali usytuowanych przy ekskluzywnym Trakcie Królewskim, borykają się ze szczurami miejskimi. Problem gryzoni, które potrafią osiągać wielkość młodego kota, dotyczy całego Śródmieścia. Warszawskie Biuro Ochrony Środowiska, nie koordynuje działań w zakresie deratyzacji.

Ulica Sienna, znajdująca się w starej części stolicy, jest kolejnym przykładem na to, do jakiego stopnia miasto nie radzi sobie ze szczurzym problemem. Samoistnemu rozmnażaniu się gryzoni sprzyja specyfika tego zakątka Warszawy: dużo starych kamienic i okolicznych pustostanów, a do tego lokale gastronomiczne. Wszystko to stanowi wymarzone warunki do egzystencji niechcianych czworonogów. Szczury biegają nie tylko po podwórkach w okolicach śmietników, ale są gośćmi na zapleczach tamtejszych sklepów. Wystarczy jeden gryzoń, aby wyrządzić straty w wysokości przynajmniej kilkudziesięciu złotych.  Najemcy lokali przyznają, że szczury gryzą towar, potrafią uszkodzić kilkanaście rzeczy na raz, a do tego brudzą. Trutki pozostają najskuteczniejszym rozwiązaniem, ale eliminacja szkodników nie odbywa się całkiem bezproblemowo. Jedna z osób, wynajmujących od kilku lat lokal użytkowy przy Siennej, zauważa:
-  Często upłynie wiele dni, zanim wreszcie poodsuwam wszystkie meble i po przykrym zapachu, znajdę martwe zwierzę. Największy szczur miał 40 cm, nie licząc długości ogona.
Biuro Ochrony Środowiska nie posiada danych, dotyczących liczby szczurów na terenie m.st. Warszawy. Jednocześnie informuje, że zgodnie z paragrafem 22 ust. 1 pkt 2 o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi z dn. 5 grudnia 2008 r. właściciel, posiadacz lub zarządzający nieruchomością są zobowiązani do utrzymania jej w należytym stanie higieniczno-sanitarnym w celu zapobiegania zakażeniom i chorobom zakaźnym. W szczególności powinien zwalczać gryzonie, insekty i szkodniki. Dlatego też deratyzacja leży w gestii administratora terenu.
W przypadku wielu posesji warszawskiego Śródmieścia, których stan prawny nie został uregulowany, administratorzy, nie poczuwają się do odpowiedzialności. W takiej sytuacji zawsze warto skierować zgłoszenie do Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, która może nałożyć karę w postaci mandatu. W praktyce, często potrzebna jest wielokrotna interwencja, aby zmotywować do utrzymania porządku nieodpowiedzialnego administratora.   


„Gazeta Polska Codzienne”, Czwartek 04/05/2017, (1714) – „Dodatek Mazowiecki”

piątek, 12 maja 2017

Warszawskie Dni Recyklingu



Serdecznie zapraszamy wszystkich mieszkańców stolicy do udziału w Warszawskich Dniach Recyklingu, które odbędą się w sobotę, 13 maja br., w godzinach 10.00-14.00.
W każdej Dzielnicy (lokalizacje zamieszczono poniżej) mieszkańcy otrzymają sadzonki roślin (krzewów, kwiatów, ziół) w zamian za przyniesione odpady: „elektrośmieci”, plastik, metal, papier, szkło, baterie.
Przelicznik kuponów na sadzonki:
1 KUPON  = 1 sadzonka zioła;
2 KUPONY = 1 sadzonka kwiatu lub byliny;
3 KUPONY = 1 sadzonka krzewu.

 
Lokalizacje Wydarzenia w Dzielnicach:
- Bemowo - przed Urzędem Dzielnicy, ul. Powstańców Śląskich 70;
- Białołęka - przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Modlińska 197;
- Bielany - Park Olszyna, ul. Gąbińska (przy studni wody oligoceńskiej);
- Mokotów - zatoka parkingowa przy ul. Piaseczyńskiej/Idzikowskiego, koło Parku Arkadia;
- Ochota - targowisko „Zieleniak”, ul. Grójecka 97;
- Praga - Południe - parking przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Grochowska 274;
- Praga - Północ - parking przy Urzędzie Dzielnicy, ul. ks. J. Kłopotowskiego 15;
- Rembertów - parking przy Urzędzie Dzielnicy, al. Gen. A Chruściela 28 (od strony ul. Konwisarskiej);
- Śródmieście - parking przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Nowogrodzka 43;
- Targówek - parking przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Kondratowicza 20;
- Ursus - parking przy Urzędzie Dzielnicy, Pl. Czerwca 1976 r. nr 1;
- Ursynów - parking przy Urzędzie Dzielnicy, al. K.E.N. 61;
- Wawer - parking przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Żegańska 1;
- Wesoła - przy Urzędzie Dzielnicy, ul. 1 Praskiego Pułku 33;
- Wilanów - przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Klimczaka 2;
- Włochy -  parking przy Urzędzie Dzielnicy, al. Krakowska 257;
- Wola  - parking przy Urzędzie Dzielnicy, Al. Solidarności 90;
- Żoliborz - parking przy Urzędzie Dzielnicy (od strony ul. Słowackiego 6/8).

 
  1. Wymiana odpadów na sadzonki roślin następuje poprzez:
a)    przeliczenie na kupony liczby lub masy odpadów dostarczonych przez mieszkańców m.st. Warszawy w trakcie WDR, zgodnie z postanowieniami pkt. 5 oraz
b)    zamianę otrzymanych kuponów na sadzonki roślin, zgodnie z postanowieniami pkt. 7.
  1. Przelicznik odpadów na kupony:
SZKŁO OPAKOWANIOWE
10 sztuk  = 1 KUPON

PLASTIK/METAL
 10 sztuk  = 1 KUPON

PAPIER
1 pudełko = 1 KUPON
Wymiary pudełka:
szer. 30 cm x dł. 45 cm x wys. 25 cm
zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny
Mały sprzęt (np. suszarka, mikser) = 1 KUPON
Średni sprzęt (np. mikrofala, telewizor, odkurzacz, komputer) = 2 KUPONY
Duży sprzęt (np. lodówka, pralka) = 3 KUPONY
Za kable kupony nie będą przyznawane

BATERIE
20 szt. = 1 KUPON

Niewymienione w Regulaminie odpady nie podlegają wymianie na kupony
  1. Jedna osoba może otrzymać maksymalnie 7 kuponów.
  2. Przelicznik kuponów na sadzonki roślin:
1 KUPON  = 1 sadzonka zioła;
2 KUPONY = 1 sadzonka kwiatu lub byliny;

3 KUPONY = 1 sadzonka krzewu.

sobota, 22 kwietnia 2017

Dzień Ziemi


W Dniu Ziemi, chciałabym z uporem straceńca, życzyć najbardziej ekspansywnemu gatunkowi planety (CZŁOWIEKOWI): więcej pokory, przebłysków rozumu, krztyny empatii i zwolnienia tempa w wyścigu ku autodestrukcji.
A samej Ziemi?
Przetrwania.
Z człowiekiem, lub bez NIEGO...








poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Szczury – nowa wizytówka stolicy


Zaplecze najdroższej ulicy w Warszawie. Ściany budynków pomazane sprayami. Wzdłuż trawnika rząd kilkunastu śmietników, stojących w śmierdzących kałużach. To jednak nie odstręczający fetor jest największym problemem, ale stada dobrze odżywionych szczurów. Kiedy władze stolicy wreszcie zauważą zagrożenie?


Już nie gołębie, ale szczury, mają szansę stać się wizytówką Warszawy. Wiosną od zmierzchu do świtu, a latem przez całą dobę, przemykają podwórkami, nie niepokojone przez nikogo. Są na tyle ośmielone, że turyści i stali bywalcy śródmiejskich knajp, robią sobie wśród nich zdjęcia. Ekspansji szczurów, sprzyjają stosy śmieci wyrzucane przez lokale gastronomiczne oraz brak zorganizowanej walki z problemem. Dodatkowo ze Śródmieścia poznikały niemal wszystkie koty, w ramach prowadzonej przez władze miasta akcji mającej na celu zmniejszenie bezdomności zwierząt. Te nieliczne, które pozostały na wolności, nie mają już zdolności reprodukcyjnych, więc szczury mogą czuć się zupełnie bezpiecznie.     
Pod rządami Hanny Gronkiewicz - Waltz, najbardziej reprezentacyjna ulica stolicy -  Nowy Świat - przerodziła się w zagłębie rozrywki. Na jej zapleczu tak, jak w przypadku odcinka pod numerem 27, gdzie dodatkowo lokale gastronomiczne znajdują się wewnątrz podwórek, kończy się drogi blichtr. Smród, owady i szczury, to codzienność nie tylko tego fragmentu miasta. Zdeterminowani najemcy lokali zwrócili się w ubiegłym roku z prośbą o wyznaczenie miejsca i wyrażenie zgody na budowę altany śmietnikowej do Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami w Dzielnicy Śródmieście. Niestety, otrzymali odmowę ze względu na fakt, że dany teren jest własnością Skarbu Państwa. Natomiast Biuro Mienia i Skarbu Państwa Urzędu m.st. Warszawy, poinformowało, iż zajmie stanowisko w sprawie, dopiero po wyjaśnieniu stanu formalno-prawnego nieruchomości. Wygląda więc na to, że póki co szczury mogą spać spokojnie, a goście oraz pracownicy lokali, dalej będą oglądać śmietniki i oddychać powietrzem, które z pewnością nie dodaje zdrowia.  
- Prawdopodobnie, gdzieś na tym trawniku szczury mają swoje gniazdo – usłyszałam w jednej z knajpek – Wychodzą pod wieczór, nie boją się ludzi. Jest ich pełno przy śmietnikach.
- Łażą stadami po całym podwórku – usłyszałam w drugim miejscu.
            Nowy Świat 27, to tylko wierzchołek szczurzego problemu stolicy.   

"Gazeta Polska Codziennie", 10/04/2017 (1696) - "Dodatek Mazowiecki" 





niedziela, 2 kwietnia 2017

Przeszkadzało?


Wątpię. Łąki w Jabłonnie, z jednej strony pochłonęło ekspansywnie rozrastające się osiedle, z drugiej, zarastają je drzewa i krzewy. A jednak od przeszło 5. lat, mimo licznych zmian, to nadal moje ulubione miejsce spacerów i wypraw fotograficznych, gdy chcę uchwycić inny plener niż leśny. Mam też swoje zakątki i przyrodnicze obiekty do szybkiej fotografii. A raczej... miałam!


Groteskowe, że spośród tylu innych samosiejek o cienkich gałęziach, postanowiono zniszczyć akurat tę, którą najczęściej wykorzystywałam do lalkowych sesji o każdej praktycznie porze roku. Drzewo miało już pączki i budziło się do życia, ale od czasu wprowadzenia nowego prawa krajobrazowego, paradoksalnie zapanowało totalne bezprawie, niepojęta żądza cięcia wszystkiego, co ma gałęzie. I tak, nie obowiązuje ani zdrowy rozsądek, ani okres lęgowy ptaków. Piły w moich okolicach, chodzą permanentnie, zmieniając śliczne posesje w gołoborza, albo przydomowy las kikutów... Człowiek, kontra zieleń. Skoro nie mogę tego zmienić, staram się choć nie patrzeć. Głupota i agresja względem przyrody - w najgorszym wydaniu...    






poniedziałek, 20 marca 2017

Z miłości do pszczół...



            Dzięki pszczołom mamy 70 % produktów spożywczych na naszych stołach. Jeśli one  zginą, to w ciągu czterech lat, umrą również  ludzie. Marek Dudek z Chotomowa, Prezes Stowarzyszenia Nasze Pszczoły,  poświęcił tym wyjątkowym owadom swoje życie. Własną miłość pragnie wpoić młodym ludziom, a jednocześnie próbuje reaktywować dawne pszczelarstwo mazowieckie.      


- Ile czasu żyje pszczoła?
- W lecie do sześciu tygodni, pokolenie zimowe żyje do pół roku, trutnie do trzech miesięcy, a królowa do pięciu lat. To oczywiście ogólny model, ponieważ temat jest tak duży, że można poświęcić mu całą broszurę. 
- Jak daleko sięga historia pszczelarstwa na ziemiach Jabłonny i Legionowa?
- Pierwsze zapiski podają datę 1369. Wtedy to pszczelarze dostarczyli do biskupstwa w Płocku kilkanaście donic miodu. To już 700 lat udokumentowanego pszczelarstwa na tych terenach.
- Czym różniło się dawne pszczelarstwo od obecnego?
- Na początku istniały barcie dziane, czyli drążone w drzewach, które na wysokości piersi miały metr średnicy. Barcie umieszczało się od 8 do 22 metrów nad poziomem ziemi. Takie były wtedy bory i drzewa. Zagrożenie dla barci stanowiły niedźwiedzie, dlatego bartnicy musieli stosować zabezpieczenia np. w postaci kolców, przypominających te na dzisiejszych bronach polowych. Każdy bartnik posiadał swój znak bartny, który przechodził z pokolenia na pokolenie. Około XV w. zakazano dziania nowych barci, ponieważ było już znacznie mniej drzew; dodatkowo występowało zagrożenie pożarowe. Pierwsze ule ogrodowe, czyli takie jakie znamy po dziś dzień, pojawiły się dopiero w 1850r.   
- Myśli Pan o przywróceniu technik dawnego pszczelarstwa mazowieckiego…
- Dziś nie ma już drzew o takich średnicach pnia i podobnej wysokości, ale można próbować tworzyć barcie w klocach drewna. Wprawdzie to wymaga kilku tygodni pracy, lecz warto próbować, ponieważ miód pozyskany w ten sposób ma całkiem inny smak. Szczególnie na Kurpiach, ukierunkowują się na taki rodzaj pszczelarstwa. Obecnie szukam środków na rozwój projektu.
- W ubiegłym roku, stworzył Pan pasiekę edukacyjno-szkoleniową w Chotomowie. Do kogo adresowany jest ten projekt?  
- Ogród miododajny i pasieka są to projekty Stowarzyszenia Sympatyków Pszczelarstwa Nasze Pszczoły. Działanie kierujemy szczególnie do dzieci z klas III i IV, ale nie tylko. Warsztaty prowadzimy także w przedszkolach i za słuchaczami uniwersytetu trzeciego wieku. Inicjatywa już cieszy się dużym powodzeniem. Działka z pasieką, sąsiaduje bezpośrednio z lasem oraz ze Szkołą Podstawową w Chotomowie. Pasieka ma uczyć początkujących pszczelarzy wszystkiego, co niezbędne do założenia własnego ula w przydomowym ogródku. Natomiast u dzieci i młodzieży ma kształtować odpowiedzialność za środowisko, w którym żyjemy.
- Jakie ma Pan najbliższe plany edukacyjne?


- 21 marca br, chcę zaprezentować warsztaty pszczelarstwa w Niepublicznej Szkole Podstawowej im. Jana Pawła II w Legionowie. Przewiduję 3 bloki tematyczne po 45 minut. To będzie nietypowe spotkanie, jak na dzisiejsze warunki, bez komputera i rzutnika. Podczas tych warsztatów, dzieci będą mogły m.in. poznać szczegółową hierarchię panującą w ulu, zrozumieć relacje panujące pomiędzy pszczołami, odegrać w drobiazgowy i przemyślany sposób scenki rodzajowe na podstawie życia pszczół, nauczyć się sadzić kwiaty i skosztować naszych pysznych miodów. 


Tekst napisany na zamówienie "Gazety Polskiej Codziennie" - "Dodatek Mazowiecki", z dn. 18-19/03/2017. 

niedziela, 26 lutego 2017

Wyrzuć nowe, kup nowsze


Język ekonomii, stał się uniwersalnym językiem mówienia o wszystkim.  Opisuje klarownie, bez niuansów naszą relację ze światem materialnym i niematerialnym. Każde działanie ma więc „opłacać się”, „przynosić zysk”, „dać nam korzyść”.  Na takim gruncie narodziła się w ubiegłym roku kampania reklamowa jednej z sieci handlowych, pod hasłem: „Wyrzuć stare, kup nowe”.

I co w tym złego? Teoretycznie nic. Chyba, że „stare”, służy nam zaledwie od kilku miesięcy i robi to całkiem dobrze, a my już zachłannie rozglądamy się za udoskonalonym modelem. Współczesny człowiek coraz częściej pielęgnuje w sobie bezrefleksyjne przekonanie, że najnowsze jest znacznie lepsze niż nowe. Kampanie reklamowe i sami sprzedawcy w centrach handlowych zarzucają klienta wabiącymi sloganami: „opłaci się”, „zaoszczędzi czas i energię elektryczną”. Buduje to w nas mimowolnie postawę ciągłego przeliczania.

                                               Niezdrowy apetyt
Historia reklamy w Polsce, sięga XV wieku, ale dopiero w 1926r. uchwalono pierwszy akt regulujący działalność reklamową. W latach ’30 XX w. pojawiła się w Polsce reklama prasowa i kinowa. Sposób jej wyrazu, estetyka wizualna i językowa, oczywiście bardzo odbiegał od dzisiejszych standardów. Ale cel pozostał jeden – wszelkimi akceptowalnymi sposobami zachęcić konsumenta do zakupu. To nadrzędne posłannictwo reklamy nie uległo zmianie przez wieki. Ewoluowały za to sposoby prezentacji, narodziły się nowe miejsca, w których chcąc nie chcąc spotykamy reklamę. Zjawisko, które może budzić pewne kontrowersje to fakt, że reklama coraz częściej generuje w sposób sztuczny nie tylko nasze pragnienia i potrzeby, ale nakreśla nam „jedyny słuszny” styl życia. Z jej przesłania wyłania się następujące credo: „Chcesz być modny, zdrowy, zawsze uśmiechnięty – stosuj się do komunikatów reklamowych”. Niestety za takim przekazem nie kryje się żadna filozofia, ani faktyczna chęć podniesienia jakości życia, z wyjątkiem pobudzenia w nas niezdrowego apetytu na zakupy. A im więcej konsumujemy, tym szybciej skłaniamy producentów do doskonalenia technologii, motywujemy ich do kolejnych odkryć i wprowadzania na rynek nowych artykułów.

Bubel się opłaci
Kiedyś miarą jakości danej firmy, była trwałość jej produktów. Im dłużej funkcjonował zegarek, radioodbiornik, czy zwykły czajnik, tym lepiej świadczyło to o wykonawcy. Ten swoją rzetelnością, budował własną markę. Kilka razy w ostatnich latach zdarzyło mi się rozmawiać z osobami zajmującymi się naprawami różnych sprzętów: od pralek, po komputery. Wszyscy zgodnie przyznali, że obecnie umyślnie produkuje się rzeczy słabej jakości.
Współcześnie jedynie bardzo drogi sprzęt zanosimy do serwisu. W samych, coraz mniej licznych punktach naprawy, usłyszymy zazwyczaj, że szkoda czasu na reperację suszarki, lub czajnika elektrycznego. Niejednokrotnie brak też części zamiennych i oczywiście taki wysiłek zwyczajnie się nie opłaca, skoro można kupić nowe… Zatem i ludzkie sentymenty wobec tak określonych reguł konsumpcji, muszą niejednokrotnie powędrować wraz z zepsutą suszarką do kosza.      


- Dziś liczą się wyłącznie rosnące słupki sprzedaży i wdrażanie nowych technologii - zauważa pan Piotr (imię na prośbę rozmówcy zostało zmienione), pracownik salonu popularnej sieci RTV/AGD - Sprzęt psuje się średnio dwa do trzech miesięcy po upływie terminu gwarancji – potwierdza pan Piotr – Pół biedy jeśli znajdzie się w Polsce części. Ale zazwyczaj jest kłopot i najłatwiej wtedy kupić nowe. Zwłaszcza, że ceny ciągle idą w dół, a mamy teraz korzystne możliwości zakupów na raty. Po 1989r. chyba wszyscy zachłysnęli się możliwościami rynku. Osoby urodzone po tej dacie mają całkiem inne podejście. Dla mojego nastoletniego siostrzeńca roczny smartfon to już zabytek. Musi kupić nowy, żeby nie było towarzyskiego obciachu. Zresztą sprzęt po paru miesiącach jest już porysowany i popękany.

                                               Gdy liczy się coś więcej…
Pan Adam zajmuje się sprzedażą antyków przez internet. Jego ojciec prowadził kiedyś antykwariat w Warszawie.
- No, może to nie są takie całkiem antyki z definicji, bardziej starocie, vintage, często zwykły PRL – wyjaśnia – Zwłaszcza na przedmioty z tego ostatniego okresu, jest całkiem spore zapotrzebowanie, coraz więcej też wypływa ich na aukcje internetowe. Są to głównie zabawki, sprzęt gospodarstwa domowego, oświetlenie, ozdoby choinkowe, a nawet opakowania. Dużo ludzi zbiera takie rzeczy, ale wiele osób chce po prostu przywołać lata dzieciństwa, czy młodości. To jest etap, który każdy człowiek wspomina z sentymentem. Ponadto wbrew temu, co się kiedyś mówiło, wiele przedmiotów codziennego użytku z tamtego okresu, było solidnie zrobionych. Ponieważ prowadzę sprzedaż internetową, trudno mi powiedzieć, w jakim wieku są moi klienci, ale przypuszczam, że powyżej 40. roku życia. To jest ten czas, gdy zaczyna liczyć się coś więcej niż pogoń za nowym. Do głosu dochodzą też osobiste emocje i chęć nabycia czegoś oryginalnego, z jakąś historią.     
Do takich zakupów trzeba dojrzeć, albo mieć jakiś cel: kolekcję, potrzebę ochrony środowiska – na pewno są to zakupy wymagające od nas wiedzy, świadomości. Przy kupowaniu nowinek technicznych, cały wysiłek myślowy wykonuje za klienta sprzedawca w firmowym salonie, albo reklama w promocyjnej gazetce. Starocie reklamy nie potrzebują.   

                                                           Spodnie Jana
Aktualnie widać dwa ścierające się trendy, które ogarniają coraz szersze przestrzenie codziennego życia w społeczeństwach rozwiniętych, w tym także w Polsce: modę na minimalizm i masowo produkowane nowinki, oraz powrót do sprawdzonych rozwiązań. W przypadku aranżacji wnętrz, czy projektowania odzieży, ważną rolę zaczyna odgrywać recykling, popularne stają się kursy renowacji. Jednocześnie kryzys ostatnich lat, uzmysłowił ludziom, że stan posiadania, przerósł ich faktyczne potrzeby.
Pamiętam jak na początku lat ’90 ubiegłego wieku, norweski przyjaciel mojej rodziny, z dumą pokazał mi spodnie, które nosił już od 20. lat. Jako ówczesna nastolatka, dopiero zaczynałam odkrywać świat poza „żelazną kurtyną” i nie mogłam zrozumieć, czemu tak majętny człowiek naprawia starą odzież, skoro stać go na nową. Ale on pamiętał kryzys lat powojennych i wyniesiony z tamtych czasów, szacunek do przedmiotów. Nie przekonał mnie wtedy argumentacją, że cierpliwie konserwując jedno, może zaoszczędzić pieniądze na drugie. A przy okazji im mniej wyrzuca, tym bardziej dba o środowisko. Do takich spostrzeżeń, musiałam dorosnąć sama.   


Tekst napisany dla "Gazety Polskiej Codziennie" (nr 1645) z dn. 09.02.2017. 

czwartek, 16 lutego 2017

Śmierdząca HIPOKRYZJA


Eureka! Odkrycie roku! Oto mamy groźny SMOG nad Polską. Media prześcigają się w zatrważających statystykach, strzelają dramatycznymi danymi. Najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu, a jeśli już - to w masce. Popyt matką podaży, więc radio donosi uczynnie, że masek nie ma już w hurtowniach... Co wobec tego? Zorganizujmy sąsiedzkie warsztaty i uszyjmy sobie sami... Na bilboardach zamiast wypromowanych gwiazdeczek seriali o niczym, coraz częściej rozpycha się głos prozdrowotnych kampanii społecznych: "Wymień piec", "Nie truj innych", "Widzisz - reaguj". Plakaty groteskowych postaci w gaz - maskach pojawiają się na słupach, w autobusach i sklepach. Na ulicach ludzie z twarzami schowanymi w chustach i szalach. Krótko mówiąc: Apokalipsa!
A ja ze zdumienia przecieram oczy. Za Legionowem mieszkam od kilku lat. To, co mnie uderzyło w nozdrza, już podczas pierwszej zimy po przeprowadzce, to... smród. Obrzydliwy, gęsty fetor przypominający trochę ognisko, a trochę spaliny z jakimś chemicznym dodatkiem. Najgorsze były mgliste, bezwietrzne dni, gdy to wszystko stało kilka metrów nad ziemią, uwięzione jak pod kopułą. Niczym w horrorze, przenikało przez szpary w oknach i drzwiach. Bardzo szybko nasiliły mi się problemy zdrowotne, alergia dokuczała jak nigdy wcześniej. Szczęśliwie pracowałam wtedy w stolicy. Z radością nie tylko odwiedzałam stare kąty, ale też paradoksalnie... dotleniałam się. Musiała być naprawdę wyjątkowo paskudna aura, żeby smog mi dokuczył, ale szczerze mówiąc nie pamiętam w Warszawie takiego smrodu, jaki przez pół roku atakował mnie w Legionowie. Gdy tylko autobus wjeżdżał do centrum miasta (blokowiska otaczają tutaj małe domki jednorodzinne ze wszystkich możliwych epok), za szybami robiło się szaro, a ludzie wewnątrz pojazdu zaczynali kasłać. Raz, na samym początku, zapomniałam zdjąć na noc z balkonu pranie. Rano każda rzecz śmierdziała tak, jakby przeleżała ten czas na stacji benzynowej...
Po co o tym piszę? Bo ówczesne władze miały to w dupie. Cuchnący problem (nie tylko) Mazowsza, nie istniał w społecznej, a tym bardziej w medialnej świadomości. A to nagle, proszę jak miło: ktoś poczuł i zauważył nareszcie po latach...
Do uzasadnionej wściekłości, doprowadza mnie dodatkowo sprawa oczywista. Oprócz kampanii nawołujących do wymiany pieców i nie palenia śmieciami - jak czuć, osiągającej na razie mizerne efekty - powinien zostać dołączony bezwzględny zakaz wycinek drzew w miastach. Tymczasem nowa Ustawa Krajobrazowa, zamiast oczekiwanej pomocy właścicielom prywatnych gruntów, tylko rozbudziła niezdrowe apetyty na drewno, nie korników bynajmniej...
Każdego dnia zmniejszają się zielone płuca miast, a wraz z nimi - pojemność naszych własnych.  

poniedziałek, 6 lutego 2017

Więdnący zwyczaj


Dziś będzie przekornie... bardziej romantycznie, niż ekologicznie. Przed Walentynkami - w sam raz.


Nie tylko na pogrzebach gwiazd, rodziny zmarłych coraz częściej proszą uczestników uroczystości o nie kupowanie kwiatów. W zamian, podają numer konta fundacji, hospicjum, albo schroniska dla bezdomnych zwierząt. Piękne, wyparte przez praktyczne – ulotne zastąpione trwałym...          

Ze  świadectw historycznych, dowiadujemy się, że już Napoleon Bonaparte obdarowywał swoją żonę Josephine de Beauharnais bukiecikami fiołków. Sam zwyczaj wręczania kwiatów, upowszechnił się w epoce wiktoriańskiej, jako najbardziej akceptowalny sposób wyrażania uczuć. Ponieważ kwiaty były nośnikiem konkretnych treści, przywiązywano dużą wagę do ich koloru, wielkości oraz kompozycji wiązanki. W rytuale wręczania kwiatów damie, nie było miejsca na najmniejszy przypadek. Nawet sposób wręczenia miał określone znaczenie, zatem niezbędne stało się wydanie pierwszych podręczników opisujących sztukę tworzenia bukietów.       

                                   Sushi zamiast kwiatów
W kulturze polskiej jeszcze do niedawna kwiaty zajmowały szczególną rolę. Nie dość, że były wszechobecne w poezji i sztuce, to jeszcze umilały naszą codzienność, podkreślały wyjątkowość okazji. Także w trudnych okresach dziejowych, nie mogło ich zabraknąć na ślubach, pogrzebach, imieninach, czy zwykłych randkach. Względy piękna i etykiety nie pozwalały zamienić ulotnego, naturalnego uroku ciętych kwiatów, na prezenty pragmatyczne, czy tym bardziej inne formy, np. datki na cele dobroczynne. I choć bez wątpienia, czymś pozytywnym społecznie jest moda na wspomaganie schronisk, hospicjów, rehabilitacji niepełnosprawnych dzieci, to jednak żal, że w każdą dziedzinę współczesnego życia, wkradają się nieuchronne zmiany. Motywem niektórych z nich jest zwykła kalkulacja – uważamy, że bardziej opłaca się przynieść nowożeńcom kupon totolotka, a dziewczynę zaprosić na sushi, niż zainwestować w nietrwały bukiet. Zyskamy też we własnych oczach, pomagając innym. Jednakże pomoc jednym, wyklucza w tym przypadku wsparcie drugich. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, by uzmysłowić sobie, ile kwiaciarń znikło w ostatnich latach z pejzażu naszych osiedli, dzielnic i miast. Zmienia się też podejście Polaków do niektórych świąt, nierozerwalnie związanych z kwiatowymi prezentami. Dzień Kobiet, niesprawiedliwie obśmiewany i traktowany jako relikt minionej epoki, rzadko już motywuje panów do zakupu kwiatów. Coraz częściej, kreuje się też modę na nie obchodzenie imienin.
                                  
Znikające kwiaciarnie
Kwiaciarnia u zbiegu ulic Kruczej i Al. Jerozolimskich, była we wszystkich swych odsłonach, ikoną warszawskiego Śródmieścia. Wysmakowane dekoracje na wystawach przyciągały wzrok. Same z siebie stanowiły ozdobę tego fragmentu stolicy. Od czasów dzieciństwa bardzo chętnie kupowałam tam kwiaty cięte, doniczkowe i drobne upominki. Poczułam osobisty żal, gdy na jej miejscu pojawiła się parę lat temu kolejna apteka. Niedawno znikła mała kwiaciarnia z mojego osiedla, jedyna w tej okolicy. W niewielkim pawilonie zasłonięto okna i wstawiono automaty do gier…
Pani Anna, z zawodu florystka, prowadziła kwiaciarnię blisko dwie dekady. Dziś na miejscu salonu kwiatowego, znajduje się pizzeria.
- Teraz oddycham z ulgą – stwierdza poważnie – Gdy patrzę na moich znajomych z branży, mogę im tylko współczuć. Z roku na rok ciężej walczą o utrzymanie się na rynku. Poszerzałam zakres działalności, ale i tak było coraz gorzej. Na przykład w grudniu sprzedawałam ozdoby choinkowe i upominki, ale później takie rzeczy pojawiły się w supermarketach. Tandetne, lecz tańsze, więc mój asortyment nie miał dużych szans na sprzedaż. Pewne dni dużego zbytu takie jak Dzień Babci, Dzień Matki, czy Dzień Nauczyciela, również przynosiły coraz mniejszy zysk. Dzieciak z kieszonkowego kupi jeden kwiatek, dorosły wiązankę w dużym sklepie znanej sieci. Dziesięć sztuk małych róż, za 10 złotych. Cena skusi każdego, choć towar często nieświeży. Po co więc iść do kwiaciarni, skoro można kupić bukiet razem z mrożonką na obiad i zgrzewką piwa?   


                                               Ponadczasowe róże i tulipany
Warszawska kwiaciarnia pani Agnieszki jest miejscem wyjątkowym, całkiem innym od typowych salonów kwiatowych. Usytuowana w zacisznej uliczce starego Śródmieścia, ma bajkową atmosferę. Fantastyczny wystój wnętrza, prawie jak teatralna scenografia, wzbudza zgodny zachwyt wszystkich klientów. Wyjątkowe są też bukiety, które komponuje pani Agnieszka, z naturalnymi dodatkami w postaci szyszek, czy owoców róży. Artystyczna oprawa sklepu oraz dodatkowe atrakcje takie jak upominki, bibeloty i oryginalna biżuteria hand – made, nie chronią salonu kwiatowego przed kłopotami finansowymi.
- Można odnieść wrażenie, że ludzie już niczego nie obchodzą: żadnych świąt, imienin, dni. Wolą wydać 50 zł na pizzę, niż na bukiet dla ukochanej osoby. Zmienia się też popularność imion. W zapomnienie odchodzą imiona typu: Jadwiga, Teresa, Bożena, bo starzeją się i odchodzą osoby, które je noszą. Aktualne są imiona dzisiejszych czterdziestolatków, gdyż ludzie ci są czynni zawodowo. Popularność zyskują: Oliwia, Patrycja, Kamila, Nina – wylicza pani Agnieszka – Mały bukiet kosztuje 20 – 30 zł, natomiast duży, to koszt rzędu 50 – 60 zł. Dokładnie tyle samo, płaciło się kiedyś za mały.
            Zmieniły się też niektóre upodobania kwiatowe. Nie ma już popytu na kwiaty egzotyczne w cenie 40 - 50 zł za sztukę, takie jak: strelicje, protee, banksje, czy anturium. Nowym trendom i obyczajom, oparły się róże oraz tulipany.         
    
                                               Czekoladki na Dzień Nauczyciela
            Pani Jadwiga, emerytowana nauczycielka, z nostalgią wspomina lata swojej aktywności zawodowej.
- Bywało, że w Dniu Nauczyciela przyjeżdżał po mnie syn, by pomóc mi zabrać wszystkie kwiaty. Rano i po powrocie do domu, witał mnie zapach. Czułam się, jak w rajskim ogrodzie. Pamiętam, raz dostałam rajstopy od uczennicy, której tata pracował za granicą. To były zupełnie inne czasy. Teraz moje młodsze koleżanki, otrzymują głównie bombonierki. Czasem uczniowie składają się na jeden prezent w imieniu całej klasy. W ten sposób, znajoma dostała nowy laptop. No, owszem, bardzo pożyteczny prezent! Ale widzi pani, kwiaty są takie piękne. Ile utworów poświęcono im w epoce baroku? A czy ktoś napisze wiersz o laptopie?...     


Tekst ukazał się w "GPC", nr 1599 z 15.12. 2016. 

wtorek, 10 stycznia 2017

Jest dylemat…


Listopadowe, sobotnie popołudnie. Słońce szybko znika za drzewami. Las wypełnia szarość. A jednak kilka metrów przed szlabanem, u wylotu drogi pożarowej coś bieli się niepokojąco pośród mchu i igliwia. Papiery, czy torby foliowe? Nie. To kupka martwych gołębi…
Wysłałam ostatni tekst i z ulgą wyłączyłam komputer. Koniec pracy! Wyjrzałam za okno i skonstatowałam, że jest jeszcze dość widno na spacer po lesie. Celowo wyjęłam z torby aparat fotograficzny. Chciałam zwyczajnie odpocząć bez poczucia, że jestem w stanie ciągłej gotowości, oczekiwania. Bo niby co może się wydarzyć podczas krótkiego marszu dla rozprostowania kości?  
Makabryczny widok sprawił, że zastygłam - czegoś podobnego nie widziałam nigdy wcześniej. Sześć białych gołębi, w tym jeden z czarnym deseniem na skrzydłach i jeden z brązowym, leżało na stosie w niewielkim zagłębieniu terenu. Ptaki pozbawiono głów. Te rzucono obok okaleczonych ciał. Krew ledwo zakrzepła. Prawdziwa rzeź niewiniątek… Wystukałam w komórce numer do Straży Miejskiej. Opisałam zdarzenie, podałam adres najbliższego budynku i po krótkim westchnieniu… usłyszałam, że mogę zgłosić to na Policję, bo Straż Miejska nie prowadzi dochodzeń. O ile to możliwe, skamieniałam jeszcze bardziej. Po pierwsze, dlaczego to ja mam dokonać zgłoszenia? Czemu nie zrobi tego automatycznie Straż Miejska? A po drugie, przypomniałam sobie perypetie moich przyjaciół – świadków różnych zdarzeń. Policja wzywała ich kilkakrotnie w celu składania zeznań, zajmując czas i powodując mimowolny stres. Czy mam siłę przechodzić przez podobne doświadczenia?       
Ogarnęła mnie fala bezsilności. Przy okazji uświadomiłam sobie też, jak niewiele wiem, na temat zachowania się wobec podobnych zdarzeń i jak bardzo potrzebna jest szersza edukacja społeczeństwa.
 Noc zapadała szybko, a wraz z nią narastała moja niechęć do dzwonienia na Policję. Lecz konflikt sumienia powodował dyskomfort, choć przecież nie ja zabiłam i nie ja w letni sposób zareagowałam na zgłoszenie. A jednak, czułam się w jakiś sposób winna. Rano, w tym samym miejscu, leżało już tylko kilka białych piórek. Chciałoby się powiedzieć: zniknął dowód rzeczowy, nie ma dylematu.   


 Tekst ukazał się w bieżącym numerze miesięcznika "Przyroda Polska", Nr 1 Styczeń 2017 (944), dodatek Biuletyn eko-edukacyjny.