niedziela, 23 lipca 2017

Ludzki, nieludzki CZŁOWIEK


Naszym podstawowym obowiązkiem w stosunku do naszych młodszych braci jest niekrzywdzenie ich, jednak poprzestanie na tym to nie wszystko. Mamy ważniejszą misję – służyć im pomocą, kiedykolwiek będą jej potrzebować – uważał św. Franciszek z Asyżu. Współczesność pokazuje, że mimo 20–lecia istnienia Ustawy o Ochronie Zwierząt, nadal daleko nam do moralnego ideału.  
            „Brakuje ciepła sierści, gdzie lubiłem składać dotyk. Ktoś potruł wszystkie koty. Wszystkie koty” – zaśpiewał Swiernalis na swojej płycie wydanej w 2016 roku. Jako osoba dokarmiająca bezdomne czworonogi i szukająca dla nich domów, od lat szkoły podstawowej, dobrze pamiętam takie traumatyczne doświadczenia z własnego dzieciństwa. Niestety. Mimo wzrostu wrażliwości na potrzeby zwierząt i niespotykanej wcześniej popularności czworonogów pod naszymi dachami, wciąż nie brak działań sadystycznych wymierzonych przeciw najsłabszym.


                                               Anonimowi dobroczyńcy                
Od lat karmi koty na warszawskim Bemowie. Prosi mnie, by nie podawać żadnych danych, aby posługiwać się ogólnikami nie pozwalającymi na identyfikację. Boi się nie tyle o siebie, co o zwierzęta. Dosyć już wycierpiały. Po co ktoś ma zrobić im większą krzywdę? To nie pierwsza, empatyczna osoba, działająca na rzecz dobra, która prosi o anonimowość. Znamienne, że ukrywają się ci, których działania w przestrzeni miejskiej powinny być powodem do dumy. Jednostki szkodliwe, zdeprawowane, nie żywią żadnych obaw. Nikt nie złapał ich za rękę, więc czują się bezpiecznie w obszarze swojej dzielnicy, przynajmniej dopóki nie zrobi się głośno wokół jakiegoś szokującego wydarzenia.
- Kira bała wyjątkową, bardzo mądrą kotką – opowiada karmicielka z Bemowa – Przy misce w piwnicy, układała upolowane gryzonie, jakby chciała się odwdzięczyć za otrzymany posiłek. Ktoś, domyślam się nawet kto, złamał jej kark. Sparaliżowało ją w ciągu doby.  Lekarz stwierdził, że został przerwany rdzeń kręgowy i zasugerował eutanazję. Miałam wątpliwości, czy dobrze zrobiliśmy zgadzając się na ten krok, bo może rdzeń jednak nie był przerwany, może paraliż by ustąpił, gdyby tylko zeszła opuchlizna? Ale operacja na kręgosłupie kosztuje 2 tys. zł. Nie było mnie stać na taki wydatek. Ostatecznie mąż zrobił sekcję. Powiedział, że rdzeń jednak był przerwany. Kilka miesięcy wcześniej, prawdopodobnie ta sama osoba otruła kocura, którego dokarmiałam. 


                                               Wszystko nam już przeszkadza
Czy to postęp techniczny wygenerował regres moralny, czy złożyły się na niego inne czynniki? Często własną frustracją usprawiedliwiamy zło, zapominając, że zawsze istnieje wybór. Moja rozmówczyni zauważa:
- Koty nadal wzbudzają wiele kontrowersji. Zarzuca im się, że śmierdzą. Z tego względu na naszym osiedlu pozamykano piwniczne okienka.
Bemowo, podobnie jak większość warszawskich dzielnic, coraz gorzej radzi sobie z problemem szczurów. Gryzonie dość łatwo dostają się do mieszkań poprzez sieć kanalizacyjną. W godzinach nocnych, nawet mieszkańcy wyższych pięter w blokach, spotykają szczury biegające po łazienkach. Problem, niegdyś marginalny, dziś zaczyna się upowszechniać mimo rozkładanych trutek. Według informacji uzyskanej od warszawskiej Straży Miejskiej w 2017 r. wpłynęło około 50. zgłoszeń z różnych miejsc w stolicy, dotyczących pojawienia się szczurów.  
Mieszkanka Mokotowa, która również prosi, by nie podawać żadnych danych, wspomina:
- Dwadzieścia lat karmiłam ptaki i koty w mojej dzielnicy. Nie wyobraża sobie pani, ile razy zostałam sponiewierana z tego powodu, jakbym robiła nie wiadomo jak złe rzeczy. Ostatecznie administratorka osiedla poprosiła mnie, abym zaprzestała karmienia ptaków, bo lokatorzy się skarżą. Dwa ostatnie koty, którymi się opiekowałam, zostały otrute w ubiegłym roku. Ale nie było dowodu, że otruł je drugi człowiek. Z ludźmi zrobiło coś strasznego. Wszystko nam już przeszkadza, dla niczego nie mamy szacunku. Ja naprawdę nie wiem, z czego to się bierze.   


                                    Człowiek zszedł na psy?
Pani Annie jeszcze dziś łamie się głos, gdy wspomina cierpienie, jakie stało się udziałem jej suczki:
- Trucizna była tak silna, że uratowaliśmy ją dosłownie w ostatniej chwili. Ale nigdy już nie wróciła do dawnej formy. Od tamtej pory zaczęła poważnie chorować. Odeszła od nas trzy miesiące temu, a mogła żyć jeszcze długie lata. Mam do siebie żal, że spuszczałam ją ze smyczy. Wśród moich dalszych znajomych był inny wypadek. Pies zjadł gwóźdź, prawdopodobnie w podrzuconej na osiedlu karmie. Ledwo przeżył. Nie znoszę powiedzenia mówiącego, że „ktoś zszedł na psy”. Ludzie od psów mogliby nauczyć się wielu pięknych cech: wierności, przyjaźni, oddania…
            Katarzyna Dobrowolska z Referatu Prasowego Straży Miejskiej m.st. Warszawy: - W 2016 r. Straż Miejska nie odnotowała zdarzeń dotyczących zwierząt domowych w związku z podrzucaniem karmy z gwoździami, szkłem, itp. na terenie stolicy. W przypadku otrzymania zgłoszenia dotyczącego znęcania się nad zwierzętami - znęcanie się nad zwierzętami jest przestępstwem - strażnicy miejscy z Ekopatrolu (Referatu ds. Ekologicznych) lub właściwego terytorialnie oddziału terenowego, po potwierdzeniu zgłoszenia natychmiast przekazują taką informację policji.
Mimo tego, dręczyciele zwierząt w praktyce są niemal bezkarni, a ta bezkarność tylko zachęca ich do dalszej agresji. Autentyczne wyrzuty sumienia mają ci, którzy nie upilnowali swoich czworonożnych podopiecznych… Tymczasem w maju, pojawiły się prasowe informacje na temat podrzuconych na trawnikach trutek w takich dzielnicach stolicy jak: Mokotów, Śródmieście, Żoliborz i Ursynów – nieopodal Metra Stokłosy. Mieszkańcy ostrzegają na portalach społecznościowych: „Uważajcie na swoje psy”.  
                                                                      

PS.
Późne, weekendowe popołudnie. Z okna autobusu dostrzegam przy wąskiej ruchliwej ulicy, maleńkie kocię skulone pod murem cmentarza. Zmiana planów. Wysiadam na najbliższym przystanku i biegnę w tamto miejsce. Wciąż siedzi, śmiertelnie wystraszony. Stoję i dywaguję, jak go złapać, gdy mam tylko płócienną torbę. I co dalej skoro w domu są inne koty, w tym kotka w ciąży? Powinien obejrzeć go lekarz. Za mną sunie sznur samochodów. Nagle jeden z nich zatrzymuje się. Przez okno mężczyzna pyta o co chodzi. Wyjaśniam. Wychodzi z bluzą w ręku, nie patrząc, że z tyłu rośnie korek. Przykrywa kocię, chwyta i wrzuca do samochodu. Zanim zamknie okno, podaję mu adres najbliższego weterynarza i zapisuję jego numer telefonu. Nazajutrz dowiaduję się, że po licznych perypetiach, kotek trafił pod opiekę Straży Miejskiej. Przepraszam za kłopot, dziękuję za dobre serce. Mężczyzna odpowiada, że to przecież nic takiego - już nie raz pomógł zwierzęciu i cieszy się, że to akurat będzie dobrze wspominać ludzi.             


 (Fotografie z lat: 2008 - 2016) 
Tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" pod zmienionym tytułem; nr 1764 - 03. 07. 2017 

poniedziałek, 17 lipca 2017

Były sobie KACZORY trzy...


Po tych wszystkich funeralnych i etycznych tematach, jakimi zarzucałam Was ostatnio, proponuję tym razem w ramach złapania oddechu, 100% lekkiej rozrywki. Sesja fotograficzna pochodzi z kwietnia 2009 r.












sobota, 8 lipca 2017

CMENTARZ DLA ZWIERZĄT POTRZEBNY OD ZARAZ


Kot, pies, to już nie tylko pupil, ale przyjaciel i członek rodziny. Dlatego wielu z nas staje przed osobistym dramatem, kiedy po kilkunastu latach musi pożegnać swojego towarzysza. Coraz mniej osób decyduje się na utylizację ciała.     

Im trudniej przychodzi nam komunikacja z drugim człowiekiem, tym łatwiej zgadzamy się na posiadanie czworonożnego towarzysza. Wita rano, cieszy się gdy wracamy z pracy, okazuje czułość i bezinteresowne przywiązanie. Gdy nadchodzi czas rozstania, pojawia się problem, gdzie pochować nasze zwierzę. Posiadacze ogrodu lub działki, rozwiązują tę sytuację we własnym zakresie, ale nie każdy ma takie możliwości. Wtedy pozostaje wyprawa do lasu i nielegalny pochówek pupila.
Jak informuje Katarzyna Dobrowolska ze Straży Miejskiej m. st.Warszawy: Wywożenie truchła zwierzęcia do lasu, to działanie zabronione – zgodnie z art. 154 Kodeksu wykroczeń (§  2. Tej samej karze podlega, kto wyrzuca na nienależący do niego grunt polny kamienie, śmieci, padlinę lub inne nieczystości.) oraz zgodnie z art. 162 Kodeksu Wykroczeń (§  1. Kto w lasach zanieczyszcza glebę lub wodę albo wyrzuca do lasu kamienie, śmieci, złom, padlinę lub inne nieczystości, albo w inny sposób zaśmieca las, podlega karze grzywny albo karze nagany). W przypadku, gdy strażnicy otrzymają zgłoszenie o zwierzęcym truchle znajdującym się w miejskiej przestrzeni, informują o tym fakcie zarządzającego terenem, który podejmuje odpowiednie działania zmierzające do uprzątnięcia miejsca, np. kontaktuje się z firmą, która zajmuje się utylizacją.
Co roku liczba zwierząt w naszych rodzinach rośnie, co powinno dać do myślenia nie tylko władzom stolicy i zmotywować do wyznaczenia miejsca, w którym mieszkańcy mogliby legalnie i darmowo, lub za symboliczną opłatą pochować swojego pupila. Taki publiczny cmentarz dla zwierząt, starannie utrzymany – a z pewnością, znaleźliby się chociażby wolontariusze, którzy podjęliby się pielęgnacji terenu – stanowiłby przy okazji nietuzinkowe miejsce spacerów.  
Z badań zagadnienia wynika, że legalnych miejsc pochówku na Mazowszu zdecydowanie brakuje, a już Warszawa aspirująca do miana stolicy europejskiej, wykazuje się skandalicznym wprost lekceważeniem potrzeb właścicieli zwierząt. Warszawiacy mogą korzystać z odpłatnego cmentarza w Koniku Nowym „Psi Los”, działającego od 1991r. W całej Polsce istnieje raptem przeszło 10 obiektów tego rodzaju.      

Tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" 07/06/2017, (1743) - "Dodatek Mazowiecki"

Fotografie autorstwa Uczestników Pogrzebu Ości (maj, 2012r.)











wtorek, 4 lipca 2017

Zdechł, czy umarł?


Zawsze czuję się źle, ilekroć słyszę: "zdechł". Pełne pogardy słówko sytuujące człowieka wyżej, nie tylko z racji wzrostu, ponad psem, czy kotem. Określenie wprawdzie odchodzi do lamusa wraz z pewną epoką i ludźmi w niej żyjącymi, ale wciąż jest obecne w różnych środowiskach. Co ciekawe "zdechł" nie boli mnie w ustach seniora, często dobrotliwego człowieka, któremu po prostu w głowie się nie mieści, że zwierzę mogłoby tak zwyczajnie, po ludzku... umrzeć. Coś się we mnie za to burzy, gdy "zdechł" odżywa w ustach kolejnych pokoleń, ukształtowanych na Ustawie o Prawach Zwierząt i filmach przyrodniczych, gdzie w wielu przypadkach, choćby opowiadały o drapieżnikach - krwi jest mniej niż w pierwszej, lepszej kinowej sensacji z Człowiekiem w roli głównej. O wiadomościach telewizyjnych nawet nie wspomnę. Wojny, zamachy, to niestety ściśle ludzka dziedzina. A przecież przy okazji giną w nich i zwierzęta. Tylko wstyd nam o tym mówić...



I jeszcze kilka zdjęć, których nie zdążyłam dołączyć do poprzedniego posta, ponieważ komp postanowił zejść z tego świata...  Foto Story - Love Story:




niedziela, 25 czerwca 2017

Było, minęło?


Było, minęło... Kotka już wyzdrowiała. A jednak wszyscy się zmienili. Dywka złagodniała - dawnej Recydywy ubyło, jest za to miła koteczka, która nie atakuje koleżanki. Złagodniał też kocur. Czule odpowiada na gesty Hołotki. Bo Hołota, balansuje na granicy pobudzenia i obłędu. Mruczy, miauczy, tuli się przemiennie do mnie i męża. Dywka poddała się i ustąpiła jej na noc połowę mojej poduszki (kocica śpi obok mej głowy). A co na to sam Belzebub? Patrzy na żonę z miłością. Liżą się więc i obejmują łapkami, jak podczas miodowego miesiąca ;-) Cóż, po raz kolejny koty mnie zaskoczyły. Pokazały, że mają więcej ludzkich uczuć, niż... sami ludzie.  



środa, 14 czerwca 2017

BEZ HAPPY ENDU (wpis dla Osób o silniejszych nerwach)


Miało być inaczej… Cóż – nie po raz pierwszy, zresztą. Gdy dzień przed moimi okrągłymi urodzinami odkryłam przypadkowo, że Hołota spodziewa się kociąt, wreszcie odczułam coś na  kształt radości i ekscytacji, podszytej niecierpliwym oczekiwaniem. I nie umywało się to do oczekiwania na premierę filmu z ulubionej dziedziny, czy na książkę ukochanego autora. Zaskoczenie było ogromne, bo młody kocur w kwestiach intymnych, poczynał sobie komediowo nieporadnie. Sytuację, postanowiłam potraktować, jak okolicznościowy prezent od losu, na który po prostu będę musiała trochę poczekać ;-) W nowym mieszkaniu w ciągu 4 lat, umarły mi 3 koty w różnym wieku, zatem uśmiech wykwitł sam na obliczu po stwierdzeniu, że w przestrzeni naznaczonej smutkiem codzienności i sprofanowanej śmiercią – wreszcie wykiełkuje nowe życie. I to jakie! Znając temperament Belzebuba oraz Hołoty, spodziewałam się maleńkich wulkanów nieokiełznanej energii. 2 zamówiły sobie moje koleżanki, 2 chciałam zachować… Szacunek w ciemno, bo nie robiłam usg i na dobrą sprawę nie miałam pojęcia, ile ich będzie w tym pierwszym dla obojga miocie.    
W weekend się zaczęło. Podekscytowana przyszła mama, zaangażowała w swój zbliżający się poród całą dwugatunkową rodzinę. Biegała, miauczała, łasiła się do Recydywki w sposób wprost natrętny, tuliła się do Buba, który choć na co dzień stanowi typ nieokrzesanego faceta i walnąć kotkę też potrafi – tym razem lizał ją czule.






Czy powinno mnie coś zaniepokoić? Pewnie tak. Raczej zbyt długo to trwało, zbyt spektakularny miało wymiar. Żadna z moich przygotowujących się do porodu kotek, nie zachowywała się aż tak impulsywnie…. W nocy z soboty na niedzielę, kociątka w brzuchu kłębiły się intensywnie. Uznały, że najwyższa pora wyjść na świat. Ale w niedzielę nadal ich nie było, a ja miałam redakcyjny dyżur i do niczego innego głowy - zresztą wet przyjmował tylko do piętnastej…  W poniedziałek, późnym rankiem weszłam do łazienki. Na podłodze, pomiędzy transporterem, zwanym przez nas kiedyś żartobliwie „bunkrem”, a kocykiem - leżały 2 maleńkie kotki. Zimne, nieruchome, MARTWE! Umyte z odgryzioną pępowiną, idealnie ukształtowane.


Jeden wyglądał jak żywy; drugi, nienaturalnie wykręcony i wiotki jeszcze, zdradzał patologię porodu… Kocur wpadł do pomieszczenia jak tornado. Zaczął obwąchiwać pyszczki, lizać… Ale one nie zapiszczały…


Podbiegł do jednego, później do drugiego. Wrócił do pierwszego. Widziałam zdziwienie, a później wkurzenie w jego oczach… Do wieczora był smutny, za to kotka w błogiej nieświadomości, mruczała beztrosko nawet u weta. Przeżyłam jeszcze dodatkowe chwile grozy, ale na szczęście pierwsza diagnoza o martwym płodzie wewnątrz, okazała się błędna. Kociątka wyniosłam do lasu, by stały się częścią naturalnego łańcucha pokarmowego, kręgu ginącej i odradzającej się przyrody... 

Taki prezent zgotował nam los. Tak zakończyło się radosne oczekiwanie. Takie były skutki próby wprowadzenia życia do mieszkania naznaczonego śmiercią – kurczę, tylko kociego życia, zaledwie... Czy nie mogło się choć raz udać? Zamiast tak potrzebnej do regeneracji porcyjki szczęścia, nowy kubeł niepotrzebnego smutku i kolejne złe obrazy zapisane pod powiekami. Ponadto kotka doznała uszczerbku na zdrowiu i jest w trakcie leczenia. Lekarze, nie potrafią wyjaśnić, co się stało. Zresztą - kto jest w stanie wyjaśnić fatum? ;-S

       

piątek, 2 czerwca 2017

POPRAWIAJĄC EWOLUCJĘ


Kto dziś pamięta osiedlowy zieleniak, z całą gamą woni, od których ślinka napływała do ust? Pomidory o słodkim zapachu i cienkiej, delikatnej skórce, której nie trzeba było usuwać przed spożyciem? Kwiaciarnię, mogącą śmiało konkurować z luksusową perfumerią?...

Trzeba mieć minimum trzydzieści lat, aby przechowywać w pamięci takie obrazy. Ci, którzy dziś wchodzą oficjalnie w dorosłość – młodzi konsumenci supermarketów i fastfoodów, nie mają skali porównawczej . Ale nawet starsze rodzeństwo, czy rodzice zdołali już przywyknąć do idealnie prostych ogórków, które obiera się tak lekko, jaskrawo czerwonego ketchupu, czy bezzapachowych róż stojących w wazonie przez 2 tygodnie. Dłonie odruchowo sięgają po to, co uwodzi perfekcyjnym wyglądem.
Proces modyfikacji genetycznych, prowadzi do powstania organizmów przyrodniczych, które prawdopodobnie nigdy nie zaistniałyby na Ziemi w wyniku naturalnych działań ewolucji. Nowe odmiany, zachęcają też do zmian w sposobie hodowli. Po co? Przede wszystkim dlatego, aby było taniej, choć niekoniecznie dla klienta.


                                               Ogrodnictwo bez ziemi
Pan Artur, prowadzi od wielu lat zieleniak w centrum Warszawy. Codziennie zaopatruje się na giełdzie w Broniszach, gdzie ma stałych dostawców. Choć nie są to gospodarstwa posiadające certyfikaty ekologiczne, w dużym stopniu wykorzystują metodę hodowli naturalnej. Ich produkty na pierwszy rzut oka, wyróżnia wygląd. Pomidory mają nieregularne kształty i wielkość. Ale to, co jest najważniejsze w przypadku spożywczej konsumpcji to intensywny smak i… naturalny zapach. Takich warzyw już nie znajdziemy w dużych sieciach handlowych. Czemu? Ich hodowla zajmuje zbyt wiele czasu i niesie z sobą zbyt wysokie koszty, względem oczekiwanych zysków.
Niestety, małe sklepiki z warzywami, znikają z mapy nie tylko stolicy. Słabą alternatywą dla mieszkańców Śródmieścia są nieliczne sklepy wielkopowierzchniowe i wyrastające jak przysłowiowe grzyby po deszczu minimarkety, które w przeciwieństwie do ich większych odpowiedników, nie dość, że nie kuszą rozbudowanym asortymentem, to jeszcze nie oferują niskich cen. Ale pan Artur i tak zaobserwował spadek liczby klientów i zmianę nastawienia kupujących w kierunku wyraźnego „nie”.
- A dlaczego one są takie drogie? – cytuje pan Artur jedną z klientek - No, przecież w (i tu pada nazwa konkretnej sieci handlowej) można kupić za 3 złote… Ludzie nie przywiązują wagi do tego, że moje artykuły są zdrowsze i smaczniejsze. O tej porze roku, nie ma jeszcze upraw gruntowych, więc pomidory rosną  albo na włóknie kokosowym , które jest ekologicznym podłożem wielorazowego użytku, albo pochodzą z upraw hydroponicznych.
            Właśnie uprawy hydroponiczne, czyli w wodzie bez ziemi, a w praktyce również często bez udziału naturalnego światła, mają najmniej wspólnego z tradycyjną hodowlą. Bezglebowa uprawa w specjalnych pożywkach wodnych, zapewnia szybszy wzrost i rozwój roślin. Jest coraz powszechniej stosowana na skalę przemysłową zwłaszcza w przypadku produkcji warzyw i owoców. Zwolennicy przekonują, że ten rodzaj hodowli jest bardziej korzystny dla zdrowa, ponieważ uprawy są wolne od szkodników i chorób doglebowych. Przeciwnicy przypominają, że żywność wyhodowana w sztucznych warunkach, ma gorszą wartość odżywczą i to musi odbić się na smaku.
- Warzywa sprzedawane w tej chwili w dużych sieciach handlowych, pochodzą z importu i powstały w warunkach uprawy hydroponicznej – wyjaśnia pan Artur.     
Dodaje też, że zakupy u sprawdzonych dostawców, nie niosą ryzyka nabycia warzyw sztucznie doprowadzonych do stanu dojrzałości, co jest nagminne w przypadku pomidorów.


                                               Kwiaty bez zapachu
Wręczam bukiet, a babcia odruchowo zanurza w nim nos. Przez chwilę trzyma kwiaty przy twarzy i zdziwiona unosi głowę.
- Piękne – stwierdza – Ale nie pachną, albo ja już do reszty straciłam węch.
Niestety, kwiaty istotnie są pozbawione woni. Obie przez lata byłyśmy przyzwyczajone do ogrodowych, naturalnych roślin i nie zauważyłyśmy zmian w przemyśle kwiatowym.
Pani Agnieszka, właścicielka kwiaciarni, wyjaśnia, że na skutek modyfikacji genetycznych, istotnie kwiaty w hodowlach przemysłowych, zostały pozbawione zapachu.  
- Dzięki temu, mogą stać wielokrotnie dłużej w wazonach, niż te ogrodowe, co stanowi korzyść dla klienta – zauważa.
Ale w istocie nie o detalicznego nabywcę tu chodzi - jego nikt nie pytał, jakie kwiaty woli. Zahamowanie naturalnego procesu zapachowego, przebiegającego w roślinach, wydłuża ich żywotność, co jest zdecydowanie bardziej opłacalne i wygodniejsze dla hurtowników, przechowujących tygodniami kwiaty cięte nim ostatecznie, znajdą nabywcę. Z ciekawości zrobiłam szybki sondaż, wśród jedenaściorga moich znajomych. Tylko jedna osoba, powiedziała, że nie zależy jej na zapachu.
Marek Dudek, Prezes Stowarzyszenia Nasze Pszczoły, wyjaśnia:
- Zapach, to podstawowy element dla pszczoły, który ukierunkowuje ją na wyznaczony cel, dający jej pożytek. Jeśli hodowle zmodyfikowanych genetycznie roślin, znajdują są w obiektach zamkniętych, to pszczoły nie mają tam dostępu. Jednak modyfikacje, dotyczą także pyłku. Jak oddziałuje taki pyłek, na organizm ludzki, nie jesteśmy jeszcze w stanie ocenić z powodu braku danych. Ale wraz z pyłkiem modyfikowanym genetycznie, zmieniają się komórki w mózgu pszczoły, która z tego powodu nie wraca do ula. A jak badać, skoro nie wraca? To jest zupełnie nowe zagrożenie – ocenia.


                                               Ogrodnicze jednorazówki
Pani Danuta, emerytka chętnie robi zakupy w dużych sieciach handlowych, ale warzywa i kwiaty od kilkudziesięciu lat przynosi z własnego ogródka.
- Raz kupiłam ogórki. Według mnie nie miały żadnego smaku. Nie byłam w stanie zjeść ich do końca. Co roku szykuję z własnych nasion rozsadę. Jestem takim ogrodnikiem amatorem, więc hoduję wszystko: sześć odmian pomidorów, dwie odmiany ogórków, kabaczki, cukinie, dynie. Wie pani, one nie są takie piękne jak te sklepowe, ale za to jak smakują. Mam też kwiaty: byliny, cebulowe, jednoroczne. Kiedyś dzieci przyniosły mi w prezencie całą paczkę zagranicznych cebulek. Ślicznie kwitły, ale żadna z cebul matecznych nie wypuściła przybyszowych, więc w następnym roku już nie miałam tych kwiatów. To były takie cebulki jednorazowe. Proszę sobie wyobrazić, co by było gdyby Ziemię nawiedził jakiś większy kataklizm, a nie istniały by już uprawy tradycyjne? – pani Danuta zawiesza głos.    
Świadomy konsument poświęci swój czas na zgłębienie wiedzy i wyciągniecie wniosków. Mniej świadomy, oprze się na przesłaniu reklamy i sięgnie bezrefleksyjnie po to, co będzie równe jak z szablonu. Czas pokaże, która postawa przyniosła większe korzyści dla własnego zdrowia. Pod warunkiem, że kupujący nadal będzie miał wybór…  




(Sesja z kwietnia 2009 r. Wszystkie fotografie pochodzą z mojego nieistniejącego już, Małego Raju na Ziemi...)

"Gazeta Polska Codziennie", nr 1730 - 23. 05. 2017