środa, 14 czerwca 2017

BEZ HAPPY ENDU (wpis dla Osób o silniejszych nerwach)


Miało być inaczej… Cóż – nie po raz pierwszy, zresztą. Gdy dzień przed moimi okrągłymi urodzinami odkryłam przypadkowo, że Hołota spodziewa się kociąt, wreszcie odczułam coś na  kształt radości i ekscytacji, podszytej niecierpliwym oczekiwaniem. I nie umywało się to do oczekiwania na premierę filmu z ulubionej dziedziny, czy na książkę ukochanego autora. Zaskoczenie było ogromne, bo młody kocur w kwestiach intymnych, poczynał sobie komediowo nieporadnie. Sytuację, postanowiłam potraktować, jak okolicznościowy prezent od losu, na który po prostu będę musiała trochę poczekać ;-) W nowym mieszkaniu w ciągu 4 lat, umarły mi 3 koty w różnym wieku, zatem uśmiech wykwitł sam na obliczu po stwierdzeniu, że w przestrzeni naznaczonej smutkiem codzienności i sprofanowanej śmiercią – wreszcie wykiełkuje nowe życie. I to jakie! Znając temperament Belzebuba oraz Hołoty, spodziewałam się maleńkich wulkanów nieokiełznanej energii. 2 zamówiły sobie moje koleżanki, 2 chciałam zachować… Szacunek w ciemno, bo nie robiłam usg i na dobrą sprawę nie miałam pojęcia, ile ich będzie w tym pierwszym dla obojga miocie.    
W weekend się zaczęło. Podekscytowana przyszła mama, zaangażowała w swój zbliżający się poród całą dwugatunkową rodzinę. Biegała, miauczała, łasiła się do Recydywki w sposób wprost natrętny, tuliła się do Buba, który choć na co dzień stanowi typ nieokrzesanego faceta i walnąć kotkę też potrafi – tym razem lizał ją czule.






Czy powinno mnie coś zaniepokoić? Pewnie tak. Raczej zbyt długo to trwało, zbyt spektakularny miało wymiar. Żadna z moich przygotowujących się do porodu kotek, nie zachowywała się aż tak impulsywnie…. W nocy z soboty na niedzielę, kociątka w brzuchu kłębiły się intensywnie. Uznały, że najwyższa pora wyjść na świat. Ale w niedzielę nadal ich nie było, a ja miałam redakcyjny dyżur i do niczego innego głowy - zresztą wet przyjmował tylko do piętnastej…  W poniedziałek, późnym rankiem weszłam do łazienki. Na podłodze, pomiędzy transporterem, zwanym przez nas kiedyś żartobliwie „bunkrem”, a kocykiem - leżały 2 maleńkie kotki. Zimne, nieruchome, MARTWE! Umyte z odgryzioną pępowiną, idealnie ukształtowane.


Jeden wyglądał jak żywy; drugi, nienaturalnie wykręcony i wiotki jeszcze, zdradzał patologię porodu… Kocur wpadł do pomieszczenia jak tornado. Zaczął obwąchiwać pyszczki, lizać… Ale one nie zapiszczały…


Podbiegł do jednego, później do drugiego. Wrócił do pierwszego. Widziałam zdziwienie, a później wkurzenie w jego oczach… Do wieczora był smutny, za to kotka w błogiej nieświadomości, mruczała beztrosko nawet u weta. Przeżyłam jeszcze dodatkowe chwile grozy, ale na szczęście pierwsza diagnoza o martwym płodzie wewnątrz, okazała się błędna. Kociątka wyniosłam do lasu, by stały się częścią naturalnego łańcucha pokarmowego, kręgu ginącej i odradzającej się przyrody... 

Taki prezent zgotował nam los. Tak zakończyło się radosne oczekiwanie. Takie były skutki próby wprowadzenia życia do mieszkania naznaczonego śmiercią – kurczę, tylko kociego życia, zaledwie... Czy nie mogło się choć raz udać? Zamiast tak potrzebnej do regeneracji porcyjki szczęścia, nowy kubeł niepotrzebnego smutku i kolejne złe obrazy zapisane pod powiekami. Ponadto kotka doznała uszczerbku na zdrowiu i jest w trakcie leczenia. Lekarze, nie potrafią wyjaśnić, co się stało. Zresztą - kto jest w stanie wyjaśnić fatum? ;-S

       

piątek, 2 czerwca 2017

POPRAWIAJĄC EWOLUCJĘ


Kto dziś pamięta osiedlowy zieleniak, z całą gamą woni, od których ślinka napływała do ust? Pomidory o słodkim zapachu i cienkiej, delikatnej skórce, której nie trzeba było usuwać przed spożyciem? Kwiaciarnię, mogącą śmiało konkurować z luksusową perfumerią?...

Trzeba mieć minimum trzydzieści lat, aby przechowywać w pamięci takie obrazy. Ci, którzy dziś wchodzą oficjalnie w dorosłość – młodzi konsumenci supermarketów i fastfoodów, nie mają skali porównawczej . Ale nawet starsze rodzeństwo, czy rodzice zdołali już przywyknąć do idealnie prostych ogórków, które obiera się tak lekko, jaskrawo czerwonego ketchupu, czy bezzapachowych róż stojących w wazonie przez 2 tygodnie. Dłonie odruchowo sięgają po to, co uwodzi perfekcyjnym wyglądem.
Proces modyfikacji genetycznych, prowadzi do powstania organizmów przyrodniczych, które prawdopodobnie nigdy nie zaistniałyby na Ziemi w wyniku naturalnych działań ewolucji. Nowe odmiany, zachęcają też do zmian w sposobie hodowli. Po co? Przede wszystkim dlatego, aby było taniej, choć niekoniecznie dla klienta.


                                               Ogrodnictwo bez ziemi
Pan Artur, prowadzi od wielu lat zieleniak w centrum Warszawy. Codziennie zaopatruje się na giełdzie w Broniszach, gdzie ma stałych dostawców. Choć nie są to gospodarstwa posiadające certyfikaty ekologiczne, w dużym stopniu wykorzystują metodę hodowli naturalnej. Ich produkty na pierwszy rzut oka, wyróżnia wygląd. Pomidory mają nieregularne kształty i wielkość. Ale to, co jest najważniejsze w przypadku spożywczej konsumpcji to intensywny smak i… naturalny zapach. Takich warzyw już nie znajdziemy w dużych sieciach handlowych. Czemu? Ich hodowla zajmuje zbyt wiele czasu i niesie z sobą zbyt wysokie koszty, względem oczekiwanych zysków.
Niestety, małe sklepiki z warzywami, znikają z mapy nie tylko stolicy. Słabą alternatywą dla mieszkańców Śródmieścia są nieliczne sklepy wielkopowierzchniowe i wyrastające jak przysłowiowe grzyby po deszczu minimarkety, które w przeciwieństwie do ich większych odpowiedników, nie dość, że nie kuszą rozbudowanym asortymentem, to jeszcze nie oferują niskich cen. Ale pan Artur i tak zaobserwował spadek liczby klientów i zmianę nastawienia kupujących w kierunku wyraźnego „nie”.
- A dlaczego one są takie drogie? – cytuje pan Artur jedną z klientek - No, przecież w (i tu pada nazwa konkretnej sieci handlowej) można kupić za 3 złote… Ludzie nie przywiązują wagi do tego, że moje artykuły są zdrowsze i smaczniejsze. O tej porze roku, nie ma jeszcze upraw gruntowych, więc pomidory rosną  albo na włóknie kokosowym , które jest ekologicznym podłożem wielorazowego użytku, albo pochodzą z upraw hydroponicznych.
            Właśnie uprawy hydroponiczne, czyli w wodzie bez ziemi, a w praktyce również często bez udziału naturalnego światła, mają najmniej wspólnego z tradycyjną hodowlą. Bezglebowa uprawa w specjalnych pożywkach wodnych, zapewnia szybszy wzrost i rozwój roślin. Jest coraz powszechniej stosowana na skalę przemysłową zwłaszcza w przypadku produkcji warzyw i owoców. Zwolennicy przekonują, że ten rodzaj hodowli jest bardziej korzystny dla zdrowa, ponieważ uprawy są wolne od szkodników i chorób doglebowych. Przeciwnicy przypominają, że żywność wyhodowana w sztucznych warunkach, ma gorszą wartość odżywczą i to musi odbić się na smaku.
- Warzywa sprzedawane w tej chwili w dużych sieciach handlowych, pochodzą z importu i powstały w warunkach uprawy hydroponicznej – wyjaśnia pan Artur.     
Dodaje też, że zakupy u sprawdzonych dostawców, nie niosą ryzyka nabycia warzyw sztucznie doprowadzonych do stanu dojrzałości, co jest nagminne w przypadku pomidorów.


                                               Kwiaty bez zapachu
Wręczam bukiet, a babcia odruchowo zanurza w nim nos. Przez chwilę trzyma kwiaty przy twarzy i zdziwiona unosi głowę.
- Piękne – stwierdza – Ale nie pachną, albo ja już do reszty straciłam węch.
Niestety, kwiaty istotnie są pozbawione woni. Obie przez lata byłyśmy przyzwyczajone do ogrodowych, naturalnych roślin i nie zauważyłyśmy zmian w przemyśle kwiatowym.
Pani Agnieszka, właścicielka kwiaciarni, wyjaśnia, że na skutek modyfikacji genetycznych, istotnie kwiaty w hodowlach przemysłowych, zostały pozbawione zapachu.  
- Dzięki temu, mogą stać wielokrotnie dłużej w wazonach, niż te ogrodowe, co stanowi korzyść dla klienta – zauważa.
Ale w istocie nie o detalicznego nabywcę tu chodzi - jego nikt nie pytał, jakie kwiaty woli. Zahamowanie naturalnego procesu zapachowego, przebiegającego w roślinach, wydłuża ich żywotność, co jest zdecydowanie bardziej opłacalne i wygodniejsze dla hurtowników, przechowujących tygodniami kwiaty cięte nim ostatecznie, znajdą nabywcę. Z ciekawości zrobiłam szybki sondaż, wśród jedenaściorga moich znajomych. Tylko jedna osoba, powiedziała, że nie zależy jej na zapachu.
Marek Dudek, Prezes Stowarzyszenia Nasze Pszczoły, wyjaśnia:
- Zapach, to podstawowy element dla pszczoły, który ukierunkowuje ją na wyznaczony cel, dający jej pożytek. Jeśli hodowle zmodyfikowanych genetycznie roślin, znajdują są w obiektach zamkniętych, to pszczoły nie mają tam dostępu. Jednak modyfikacje, dotyczą także pyłku. Jak oddziałuje taki pyłek, na organizm ludzki, nie jesteśmy jeszcze w stanie ocenić z powodu braku danych. Ale wraz z pyłkiem modyfikowanym genetycznie, zmieniają się komórki w mózgu pszczoły, która z tego powodu nie wraca do ula. A jak badać, skoro nie wraca? To jest zupełnie nowe zagrożenie – ocenia.


                                               Ogrodnicze jednorazówki
Pani Danuta, emerytka chętnie robi zakupy w dużych sieciach handlowych, ale warzywa i kwiaty od kilkudziesięciu lat przynosi z własnego ogródka.
- Raz kupiłam ogórki. Według mnie nie miały żadnego smaku. Nie byłam w stanie zjeść ich do końca. Co roku szykuję z własnych nasion rozsadę. Jestem takim ogrodnikiem amatorem, więc hoduję wszystko: sześć odmian pomidorów, dwie odmiany ogórków, kabaczki, cukinie, dynie. Wie pani, one nie są takie piękne jak te sklepowe, ale za to jak smakują. Mam też kwiaty: byliny, cebulowe, jednoroczne. Kiedyś dzieci przyniosły mi w prezencie całą paczkę zagranicznych cebulek. Ślicznie kwitły, ale żadna z cebul matecznych nie wypuściła przybyszowych, więc w następnym roku już nie miałam tych kwiatów. To były takie cebulki jednorazowe. Proszę sobie wyobrazić, co by było gdyby Ziemię nawiedził jakiś większy kataklizm, a nie istniały by już uprawy tradycyjne? – pani Danuta zawiesza głos.    
Świadomy konsument poświęci swój czas na zgłębienie wiedzy i wyciągniecie wniosków. Mniej świadomy, oprze się na przesłaniu reklamy i sięgnie bezrefleksyjnie po to, co będzie równe jak z szablonu. Czas pokaże, która postawa przyniosła większe korzyści dla własnego zdrowia. Pod warunkiem, że kupujący nadal będzie miał wybór…  




(Sesja z kwietnia 2009 r. Wszystkie fotografie pochodzą z mojego nieistniejącego już, Małego Raju na Ziemi...)

"Gazeta Polska Codziennie", nr 1730 - 23. 05. 2017

wtorek, 30 maja 2017

W trzech zdaniach...


Prawie dwa miesiące temu ubolewałam nad brutalnym potraktowaniem drzewa na łąkach w Jabłonnie, które choć niepozorne, często służyło mi jako fotograficzne tło. Sytuacja wyjaśniła się kilka dni temu i z takim uzasadnieniem, działanie - mniej boli.


Choć faktu to nie zmienia, że muszę szukać innych, fotograficznych plenerów...  


niedziela, 14 maja 2017

Szczury duże jak koty



Nie tylko mieszkańcy i najemcy lokali usytuowanych przy ekskluzywnym Trakcie Królewskim, borykają się ze szczurami miejskimi. Problem gryzoni, które potrafią osiągać wielkość młodego kota, dotyczy całego Śródmieścia. Warszawskie Biuro Ochrony Środowiska, nie koordynuje działań w zakresie deratyzacji.

Ulica Sienna, znajdująca się w starej części stolicy, jest kolejnym przykładem na to, do jakiego stopnia miasto nie radzi sobie ze szczurzym problemem. Samoistnemu rozmnażaniu się gryzoni sprzyja specyfika tego zakątka Warszawy: dużo starych kamienic i okolicznych pustostanów, a do tego lokale gastronomiczne. Wszystko to stanowi wymarzone warunki do egzystencji niechcianych czworonogów. Szczury biegają nie tylko po podwórkach w okolicach śmietników, ale są gośćmi na zapleczach tamtejszych sklepów. Wystarczy jeden gryzoń, aby wyrządzić straty w wysokości przynajmniej kilkudziesięciu złotych.  Najemcy lokali przyznają, że szczury gryzą towar, potrafią uszkodzić kilkanaście rzeczy na raz, a do tego brudzą. Trutki pozostają najskuteczniejszym rozwiązaniem, ale eliminacja szkodników nie odbywa się całkiem bezproblemowo. Jedna z osób, wynajmujących od kilku lat lokal użytkowy przy Siennej, zauważa:
-  Często upłynie wiele dni, zanim wreszcie poodsuwam wszystkie meble i po przykrym zapachu, znajdę martwe zwierzę. Największy szczur miał 40 cm, nie licząc długości ogona.
Biuro Ochrony Środowiska nie posiada danych, dotyczących liczby szczurów na terenie m.st. Warszawy. Jednocześnie informuje, że zgodnie z paragrafem 22 ust. 1 pkt 2 o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi z dn. 5 grudnia 2008 r. właściciel, posiadacz lub zarządzający nieruchomością są zobowiązani do utrzymania jej w należytym stanie higieniczno-sanitarnym w celu zapobiegania zakażeniom i chorobom zakaźnym. W szczególności powinien zwalczać gryzonie, insekty i szkodniki. Dlatego też deratyzacja leży w gestii administratora terenu.
W przypadku wielu posesji warszawskiego Śródmieścia, których stan prawny nie został uregulowany, administratorzy, nie poczuwają się do odpowiedzialności. W takiej sytuacji zawsze warto skierować zgłoszenie do Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, która może nałożyć karę w postaci mandatu. W praktyce, często potrzebna jest wielokrotna interwencja, aby zmotywować do utrzymania porządku nieodpowiedzialnego administratora.   


„Gazeta Polska Codzienne”, Czwartek 04/05/2017, (1714) – „Dodatek Mazowiecki”

piątek, 12 maja 2017

Warszawskie Dni Recyklingu



Serdecznie zapraszamy wszystkich mieszkańców stolicy do udziału w Warszawskich Dniach Recyklingu, które odbędą się w sobotę, 13 maja br., w godzinach 10.00-14.00.
W każdej Dzielnicy (lokalizacje zamieszczono poniżej) mieszkańcy otrzymają sadzonki roślin (krzewów, kwiatów, ziół) w zamian za przyniesione odpady: „elektrośmieci”, plastik, metal, papier, szkło, baterie.
Przelicznik kuponów na sadzonki:
1 KUPON  = 1 sadzonka zioła;
2 KUPONY = 1 sadzonka kwiatu lub byliny;
3 KUPONY = 1 sadzonka krzewu.

 
Lokalizacje Wydarzenia w Dzielnicach:
- Bemowo - przed Urzędem Dzielnicy, ul. Powstańców Śląskich 70;
- Białołęka - przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Modlińska 197;
- Bielany - Park Olszyna, ul. Gąbińska (przy studni wody oligoceńskiej);
- Mokotów - zatoka parkingowa przy ul. Piaseczyńskiej/Idzikowskiego, koło Parku Arkadia;
- Ochota - targowisko „Zieleniak”, ul. Grójecka 97;
- Praga - Południe - parking przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Grochowska 274;
- Praga - Północ - parking przy Urzędzie Dzielnicy, ul. ks. J. Kłopotowskiego 15;
- Rembertów - parking przy Urzędzie Dzielnicy, al. Gen. A Chruściela 28 (od strony ul. Konwisarskiej);
- Śródmieście - parking przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Nowogrodzka 43;
- Targówek - parking przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Kondratowicza 20;
- Ursus - parking przy Urzędzie Dzielnicy, Pl. Czerwca 1976 r. nr 1;
- Ursynów - parking przy Urzędzie Dzielnicy, al. K.E.N. 61;
- Wawer - parking przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Żegańska 1;
- Wesoła - przy Urzędzie Dzielnicy, ul. 1 Praskiego Pułku 33;
- Wilanów - przy Urzędzie Dzielnicy, ul. Klimczaka 2;
- Włochy -  parking przy Urzędzie Dzielnicy, al. Krakowska 257;
- Wola  - parking przy Urzędzie Dzielnicy, Al. Solidarności 90;
- Żoliborz - parking przy Urzędzie Dzielnicy (od strony ul. Słowackiego 6/8).

 
  1. Wymiana odpadów na sadzonki roślin następuje poprzez:
a)    przeliczenie na kupony liczby lub masy odpadów dostarczonych przez mieszkańców m.st. Warszawy w trakcie WDR, zgodnie z postanowieniami pkt. 5 oraz
b)    zamianę otrzymanych kuponów na sadzonki roślin, zgodnie z postanowieniami pkt. 7.
  1. Przelicznik odpadów na kupony:
SZKŁO OPAKOWANIOWE
10 sztuk  = 1 KUPON

PLASTIK/METAL
 10 sztuk  = 1 KUPON

PAPIER
1 pudełko = 1 KUPON
Wymiary pudełka:
szer. 30 cm x dł. 45 cm x wys. 25 cm
zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny
Mały sprzęt (np. suszarka, mikser) = 1 KUPON
Średni sprzęt (np. mikrofala, telewizor, odkurzacz, komputer) = 2 KUPONY
Duży sprzęt (np. lodówka, pralka) = 3 KUPONY
Za kable kupony nie będą przyznawane

BATERIE
20 szt. = 1 KUPON

Niewymienione w Regulaminie odpady nie podlegają wymianie na kupony
  1. Jedna osoba może otrzymać maksymalnie 7 kuponów.
  2. Przelicznik kuponów na sadzonki roślin:
1 KUPON  = 1 sadzonka zioła;
2 KUPONY = 1 sadzonka kwiatu lub byliny;

3 KUPONY = 1 sadzonka krzewu.

sobota, 22 kwietnia 2017

Dzień Ziemi


W Dniu Ziemi, chciałabym z uporem straceńca, życzyć najbardziej ekspansywnemu gatunkowi planety (CZŁOWIEKOWI): więcej pokory, przebłysków rozumu, krztyny empatii i zwolnienia tempa w wyścigu ku autodestrukcji.
A samej Ziemi?
Przetrwania.
Z człowiekiem, lub bez NIEGO...








poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Szczury – nowa wizytówka stolicy


Zaplecze najdroższej ulicy w Warszawie. Ściany budynków pomazane sprayami. Wzdłuż trawnika rząd kilkunastu śmietników, stojących w śmierdzących kałużach. To jednak nie odstręczający fetor jest największym problemem, ale stada dobrze odżywionych szczurów. Kiedy władze stolicy wreszcie zauważą zagrożenie?


Już nie gołębie, ale szczury, mają szansę stać się wizytówką Warszawy. Wiosną od zmierzchu do świtu, a latem przez całą dobę, przemykają podwórkami, nie niepokojone przez nikogo. Są na tyle ośmielone, że turyści i stali bywalcy śródmiejskich knajp, robią sobie wśród nich zdjęcia. Ekspansji szczurów, sprzyjają stosy śmieci wyrzucane przez lokale gastronomiczne oraz brak zorganizowanej walki z problemem. Dodatkowo ze Śródmieścia poznikały niemal wszystkie koty, w ramach prowadzonej przez władze miasta akcji mającej na celu zmniejszenie bezdomności zwierząt. Te nieliczne, które pozostały na wolności, nie mają już zdolności reprodukcyjnych, więc szczury mogą czuć się zupełnie bezpiecznie.     
Pod rządami Hanny Gronkiewicz - Waltz, najbardziej reprezentacyjna ulica stolicy -  Nowy Świat - przerodziła się w zagłębie rozrywki. Na jej zapleczu tak, jak w przypadku odcinka pod numerem 27, gdzie dodatkowo lokale gastronomiczne znajdują się wewnątrz podwórek, kończy się drogi blichtr. Smród, owady i szczury, to codzienność nie tylko tego fragmentu miasta. Zdeterminowani najemcy lokali zwrócili się w ubiegłym roku z prośbą o wyznaczenie miejsca i wyrażenie zgody na budowę altany śmietnikowej do Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami w Dzielnicy Śródmieście. Niestety, otrzymali odmowę ze względu na fakt, że dany teren jest własnością Skarbu Państwa. Natomiast Biuro Mienia i Skarbu Państwa Urzędu m.st. Warszawy, poinformowało, iż zajmie stanowisko w sprawie, dopiero po wyjaśnieniu stanu formalno-prawnego nieruchomości. Wygląda więc na to, że póki co szczury mogą spać spokojnie, a goście oraz pracownicy lokali, dalej będą oglądać śmietniki i oddychać powietrzem, które z pewnością nie dodaje zdrowia.  
- Prawdopodobnie, gdzieś na tym trawniku szczury mają swoje gniazdo – usłyszałam w jednej z knajpek – Wychodzą pod wieczór, nie boją się ludzi. Jest ich pełno przy śmietnikach.
- Łażą stadami po całym podwórku – usłyszałam w drugim miejscu.
            Nowy Świat 27, to tylko wierzchołek szczurzego problemu stolicy.   

"Gazeta Polska Codziennie", 10/04/2017 (1696) - "Dodatek Mazowiecki"