niedziela, 18 lutego 2018

Rzemiosło w randze sztuki


Misterne woskowe figurki i aromatyczne miody o różnych smakach, ale także wielka uważność względem przyrody. Tak można scharakteryzować Urszulę Kaliszewską z Białobieli. Z wykształcenia mgr zarządzania, z powołania pszczelarz od kilku pokoleń. „Potrzeba do tego rzemiosła dużej wytrwałości” – ocenia zdobywczyni m.in. Lauru Marszałka Województwa Mazowieckiego w kategorii produkt tradycyjny za Krupnik Kurpiowski.   


- O pszczołach chyba wie Pani wszystko…
- Pasiekę pszczelą prowadzę wraz z mężem, Andrzejem od 25 lat. Początkowo chciałam mieć tylko własny miód do herbaty. Hodowlą pszczół zajmował się w latach 70-ych mój dziadek, później tata. Należymy do Kurpiowsko-Mazowieckiego Związku Pszczelarzy w Ostrołęce. Mimo tego, chodzimy na kursy i warsztaty, cały czas poszerzamy naszą wiedzę. Uczymy się, szukamy nowości. Zależy nam na zdrowiu pszczół i zadowoleniu klienta. Rokrocznie bierzemy udział w Miodobraniu Kurpiowskim i okolicznościowych kiermaszach. Ale mimo czynnej działalności gospodarczej, nie mamy czasu na stanie po rynkach. Praca z pszczołami nie ogranicza się tylko do lata, jak myśli wiele osób, choć latem jest jej dużo więcej. Gdyby przeliczyć wszystkie nasze godziny pracy, okazałoby się, że pracujemy bez wyjątku 5-6 godzin dziennie. To taka praca całościowa, od listewki w ramce pszczelej do miodu. A do naprawy, odkażenia mamy po każdym sezonie po 500 ramek wizerunek. Podsumowując: latem żyjemy pracą z pszczołami, zimą szykujemy się do nowego sezonu.
- Czy przekazujecie Państwo ten ogrom wiedzy i umiejętności innym?
- Chętnie dzielę się tajnikami warsztatu, ponieważ ja też kiedyś otrzymałam od kogoś te informacje. Własne spostrzeżenia to bardzo ważna rzecz. Jedno, można zrobić na wiele sposobów. Odwiedzamy przedszkola, szkoły podstawowe i licea. Zachęcamy dzieci do pszczelarstwa, bo przecież my sami nie będziemy wieczni. Na szczęście zainteresowanie jest coraz większe. Jesteśmy też zapraszani na przedświąteczne pokazy, prelekcje, warsztaty, na których opowiadamy o pszczołach, prezentujemy wyrób świeczek i figurek.


- Właśnie, figurki. Urzekają detalami. Kiedy wpadła Pani na ten pomysł?
- Kilka lat temu, postanowiłam przeznaczać na te wyroby nadmiar wosku. Co roku kupuję nowe formy silikonowe, które pozwalają uzyskać dokładne wzory. Plastikowe nie nadają się do takich rzeczy. Oczywiście marzą mi się moje własne formy. Chciałabym stworzyć coś samodzielnie. Wtedy byłyby to moje wzory i mój zamysł.  Jednak na razie nie mam na taki projekt czasu.
- Jakim tworzywem twórczym jest wosk?
- Trudnym. Jest kruchy, delikatny. W obróbce cieplnej jest bardzo płynny i gładki, a po ostygnięciu matowieje.






- Zdradzi Pani jak się robi woskowe świece i figurki?
- Trzeba uzbierać min. kilogram wosku. W skrócie wygląda to tak, że podgrzewamy, cedzimy, studzimy i formujemy w walce lub kołacze. Następnie kruszymy go i przekładamy do mniejszego pojemnika. Ponownie podgrzewamy tym razem do temperatury 50 stopni, umieszczamy w formach wielokrotnego użytku i zabezpieczamy. Małe figurki stygną do pół godziny.  
- Co daje Pani największą radość?
- Jak rodziny pszczele przezimują w dobrej kondycji i jest dużo miodu. 





Wywiad ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" z dn. 28-29.10.2017r. - "Dodatek Mazowiecki". 

sobota, 10 lutego 2018

Jabłonna chce odszkodowania


Rada gminy Jabłonna, wystąpi do miasta Legionowo o odszkodowanie za koszty jakie poniosła w kampanii informacyjnej: „Lasy w Jabłonnie naturalnie! Nie chcemy zmiany granic gminy Jabłonna”. Legionowo odstąpiło od planów samozwańczej aneksji 900 ha lasów należących do Jabłonny, w dużej mierze dzięki prężnemu oporowi mieszkańców gminy. Taka postawa nie byłaby możliwa, gdyby nie obywatelskie działania zakrojone na szeroką skalę. Banery, ulotki, ankiety i spotkania władz z mieszkańcami, wymagały jednak nakładów finansowych. Radni gminy wystąpią o odszkodowanie do władz Legionowa, które ponoszą odpowiedzialność za całe zamieszanie. Liczą na uzyskanie finansowego zadośćuczynienia za poniesione straty, a całość kwoty chcą przekazać dla Domu Dziecka im. Ojca św. Piusa XI w Chotomowie, który wychowuje osoby niepełnoletnie, pozbawione trwale lub okresowo opieki własnej rodziny. Aktualnie twa liczenie ankiet, które mieszkańcy wypełniali podczas konsultacji społecznych.    

"Gazeta Polska Codzienie" z dn. 9. 02. 2018 - "Dodatek Mazowiecki" 

środa, 7 lutego 2018

Król wśród polskich drapieżników



Zapewne większość Polaków zapytana o to, jaki ptak widnieje w godle Polski, odparłaby, że orzeł. Tymczasem to orłan – bielik olbrzymi, jest wizytówką naszego kraju. Jedyny taki ptak, mieszkający w wolierze warszawskiego ZOO jest podopiecznym „Gazety Polskiej Codziennie”.


Brąz w kolorze gorzkiej czekolady i śnieżna biel, to umaszczenie dorosłego orłana, które ptak uzyskuje ok. 6. roku życia. Nasz podopieczny zaprezentował się w deszczowe południe w całej swej dostojnej krasie. Niestraszny mu był lodowaty wicher ostatnich dni października. Siedział na szczycie konara w swojej wolierze i spoglądał z góry przez cały czas, gdy zadawałam pytania Michałowi Jabłońskiemu, opiekunowi ptaka. Czasem tylko rozkładał lekko skrzydła, mrużąc żółte oczy, kiedy mój rozmówca dawał orłanowi sygnały.
- Ptak ma około dziesięciu lat, co oznacza, że osiągnął dojrzałość płciową i w zasadzie może już połączyć się w parę. Bywa, że pierwsze pary orłany tworzą  jako trzy –czterolatki, ale nie dochodzi wtedy do lęgów.
- Takie młodzieżowe chodzenie?
- Coś w tym rodzaju – odparł opiekun – Orłany są zwierzętami długowiecznymi, dożywają nawet kilkudziesięciu lat. O tym czy i kiedy nasz bielik otrzyma partnerkę, decyduje koordynator gatunku, tak jak w przypadku innych zwierząt w ogrodzie zoologicznym. W naturze jest zagrożony wyginięciem, ze względu na niedostatek pokarmu i wycinkę dużych drzew, w których koronach gniazduje.


A czym żywi się ptak o rozpiętości skrzydeł do 2,5 m? Okazuje się, że podstawą jego pożywienia są gryzonie i ryby.  
- Dostaje świeże karpie, w całości. Kiedyś dostawał żywe, ale ze względu na odwiedzających ogród, otrzymuje teraz martwe ryby. Raz na dwa dni dostaje królika, a także szczury. Okazjonalnie daję mu świnki morskie. Wszystkie gryzonie pochodzą z fermy. Jedzenie kładę mu albo na półkę, albo bezpośrednio na ziemię.  
Podczas naszej rozmowy do woliery zajrzała wrona, nie mogłam więc nie  zapytać  o to, czy inne ptaki nie podjadają podopiecznemu „Gazety Polskiej Codziennie” posiłków.
- Tak, wrony wchodzą czasem i podkradają mu jedzenie nawet spod dzioba. Raz wleciała kaczka, ale to się dla niej źle skończyło – wspomina Michał Jabłoński.     
W naturze orłany przelatują dziesiątki kilometrów, dlatego zaaranżowana woliera, może wydawać się ciasnym miejscem dla niemal metrowego ptaka, którego waga dochodzi do 6 kg., a  samicy do 9 kg. Opiekun bielika olbrzymiego uspokaja, że aktualna woliera i tak jest większa od poprzedniej, a jej mieszkaniec nigdy nie zachorował. Raz tylko miał miejsce incydent z udziałem ptaka, który niefortunnie zawiesił się na ogrodzeniu i nie był w stanie uwolnić łap. Na szczęście ktoś z odwiedzających szybko poinformował o sytuacji i orłan otrzymał pomoc.    
Na zakończenie wizyty u bielika olbrzymiego, chciałam wiedzieć, czy ten duży, dumny ptak z wyrazistym, żółtym dziobem, ma wielu gości w ciągu dnia.
- Zwiedzający wolą ptaki kolorowe, bardziej widoczne  – ocenił opiekun orłana – Ludzi interesuje jak coś się dzieje. A bielik jest taki majestatyczny…        



Tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" z dn. 4.11.2017 (nr 1869) - "Dodatek Mazowiecki".

Choć mam mocno mieszane uczucia względem trzymania w Ogrodach Zoologicznych ptaków, zwłaszcza tych latających, nie potrafię oprzeć się podziwowi i szacunkowi wobec równie pięknej istoty. Gdyby nie ogród, nigdy nie miałabym szansy zobaczyć takiego ptaka. Cóż... On zapewne dobrze by sobie poradził bez spotkania ze mną ;-)     

wtorek, 30 stycznia 2018

JABŁONNA ne pozwoli się ograbić


Legionowo, najbardziej zagęszczone miasto w Polsce i jedno z najbardziej zanieczyszczonych w Europie, postanowiło kosztem swojego sąsiada, Jabłonny - aż o 70% zwiększyć własną powierzchnię. W minioną sobotę w siedzibie Ochotniczej Straży Pożarnej w Chotomowie, odbyło się zebranie strategiczne władz Jabłonny z mieszkańcami. 


W ubiegłym tygodniu pisaliśmy o bulwersującej uchwale, mającej na celu przejęcie niemal 900 ha lasów swojego sąsiada, którą z pominięciem konsultacji społecznych, podjęło Legionowo, mogące poszczycić się gęstością zaludnienia 4 tys. os. na km kw. To rekord nie tylko w skali woj. mazowieckiego, ale i całej Polski. Blisko 50% powierzchni gminy Jabłonna, stanowią tereny leśne. Jeśli Legionowo zdobędzie ten obszar, wieś Jabłonna utraci 40% swojego areału. „Nie chcemy zmiany granic gminy Jabłonna” – głosi baner umieszczony na ogrodzeniu OSP przy ul. Partyzantów 27. Lokalni urzędnicy zapewniają, że to dopiero początek kampanii informacyjnej. Jeśli trzeba będzie, mieszkańcy wyrażą swój sprzeciw na ulicach. W sobotni wieczór, na stoliku przy wejściu do sali konferencyjnej OSP, wyłożono listy do podpisania i rozdawano ulotki. „Bogactwo natury – lasy i rezerwaty przyrody, są tym, co wpłynęło na Państwa wybór, wybór miejsca, w którym zechcieliście zamieszkać” – możemy w nich przeczytać.
- Chodzi o zagrabienie naszej gminy, nie ma co się bać tych słów – w ten sposób zaczął zebranie Jarosław Chodorski, wójt Jabłonny - Legionowo, najbardziej zagęszczone miasto, szuka wyjścia by nie tracić bezpowrotnie możliwości urbanizacyjnych, a wszystkie współczynniki urbanizacyjne pokazują, że nie może się już dalej rozwijać. Dlatego zwracam się do państwa z prośbą o rozmowę z rodziną, znajomymi, sąsiadami. Najważniejsze, aby dotrzeć do jak największej liczby mieszkańców. Mamy wsparcie gminy Białołęka, poparcie ze strony Choszczówki i Lasów Państwowych. Roman Smogorzewski (prezydent Legionowa – przyp. red.) twierdzi, że chciałby inwestować w teren. Chce oświetlić drogę, która ma biec przez las. Ale przecież inwestować można na każdym terenie. Nie trzeba do tego zagarniać kawałka sąsiedniej gminy.
- Sprawa jest bardzo poważna – oznajmił radny Mariusz Grzybek – Możemy utracić grunty od strony Choszczówki do Bukowca. To nie będzie pierwszy rozbiór gminy Jabłonna. Co chce uzyskać Legionowo? Bezpośredni dostęp do stolicy. A przecież Legionowo powstało na bazie Gucina, dawnej miejscowości Jabłonny. W 1951 r. Cyrankiewicz ograbił nas na koszt wielkiej Warszawy. Znowu w 1987 r. utraciliśmy 13 ha na rzecz Legionowa. Jabłonna była okradana z najbardziej uprzemysłowionych terenów. Nam pozostawiano pola i łąki. Nie możemy pozwolić na kolejną grabież w 600-lecie powstania gminy.
- Walczmy o utrzymanie zielonych płuc regionu ponad podziałami politycznymi. Lasy nie mają granic, są dla wszystkich – podniosły się głosy mieszkańców z sali.
Kampania informacyjna ma być prowadzona również wśród mieszkańców Legionowa. Urzędnicy zapewniają, że nie jest wymierzona przeciw sąsiadowi, ale dotyczy utrzymania dotychczasowego obszaru Jabłonny.   



Tekst z dnia 15.01.2018. Napisany dla: "Gazeta Polska Codziennie" - nr 1925, "Dodatek Mazowiecki".  

niedziela, 27 sierpnia 2017

KEZO - najnowocześniejsze Centrum Badawcze


Jedną z zalet mojej trudnej pracy jest to, że bywam w miejscach, w których nie bywałabym prawdopodobnie nigdy, wykonując inny zawód... ;-)







KEZO, najnowocześniejsze w Polsce i jedno z najnowocześniejszych w Europie, Centrum Badawcze Polskiej Akademii Nauk, jest zapleczem laboratoryjnym pozwalającym na realizację własnych projektów naukowych.  W miniony piątek zaprezentowało swoje laboratoria tegorocznym finalistom Olimpiady Wiedzy Ekologicznej.   






Centrum Badawcze „Konwersja Energii i Źródła Odnawialne” (KEZO), służy swoją bazą laboratoryjną środowisku naukowemu oraz firmom z całego kraju. Centrum dysponuje bardzo szeroką ofertą z zakresu tematyki odnawialnych źródeł energii. Projekt został współfinansowany przez Unię Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego 2007 – 2013. Powstał, jak na inwestycję tego rodzaju - w ekspresowym tempie na malowniczych łąkach, łączących podwarszawskie Legionowo z Jabłonną. Mieszkańcy obu miejscowości bali się, że w ulubionym miejscu spacerów, wyrośnie kolejny supermarket, tymczasem stanęło tu najnowocześniejsze w Polsce i jedno z najnowocześniejszych w Europie Centrum Badawcze Państwowej Akademii Nauk. Koszt budowy i wyposażenia wyniósł ok. 90 mln. zł. Otwarty we wrześniu 2015r. obiekt jest nowatorskim zespołem pięciu laboratoriów, zajmujących się wykorzystaniem energii odnawialnej: Laboratorium Technik Słonecznych, Laboratorium Mikrosiłowni Kogeneracyjnych, Laboratorium Energetyki Wiatrowej, Laboratorium Inżynierii Bezpieczeństwa Energetyki, oraz Zintegrowane Laboratorium Plus Energetyczne.



To ostatnie, będące wizytówką KEZO, dotyczy rozwiązań dla osiedli mieszkalnych i budynków użyteczności publicznej, polegających na produkcji większej ilości energii niż dane obiekty są w stanie zużyć. Centrum jest samowystarczalne pod względem ciepła i energii elektrycznej. Zarządzane za pomocą specjalnego systemu BMS – tzw. system inteligentnego zarządzania budynkiem – unaocznia, jak będą wyglądały inicjatywy energetyczne w przyszłości.        




W miniony piątek, gośćmi KEZO byli uczniowie szkół ponadgimnazjalnych, finaliści XXXII Olimpiady Wiedzy Ekologicznej. W tym roku finał zmagań, odbył się w Serocku nad Zalewem Zegrzyńskim, w dn. 2 – 4 czerwca. Młodzież z całej Polski, mogła obejrzeć min.: unikalną drukarkę 3D do metalu, tunel aerodynamiczny o przekroju 2x2m, służący do badań małych turbin wiatrowych, czy panele fotowoltaiczne, zamontowane na zewnątrz kompleksu.




OWE to najpopularniejsza inicjatywa tego rodzaju w Polsce, zarejestrowana w  Ministerstwie Edukacji Narodowej. Od 13. lat sponsorem strategicznym przedsięwzięcia jest Toyota Motor Poland, dzięki czemu materiały merytoryczne nie dość, że mają perfekcyjną szatę graficzną, to są wysyłane do 3500 szkół ponadgimnazjalnych w całej Polsce. W ponad 60 uczelniach wyższych, umożliwiono wstęp na najbardziej atrakcyjne kierunki, finalistom i laureatom OWE.     

                Wycieczka po Centrum Badawczym, wzbudziła żywe zainteresowanie młodzieży. Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej niektórzy z nich, będą w przyszłości prowadzili tutaj swoje badania.







Tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" nr 1741, 05/06/2017 

niedziela, 23 lipca 2017

Ludzki, nieludzki CZŁOWIEK


Naszym podstawowym obowiązkiem w stosunku do naszych młodszych braci jest niekrzywdzenie ich, jednak poprzestanie na tym to nie wszystko. Mamy ważniejszą misję – służyć im pomocą, kiedykolwiek będą jej potrzebować – uważał św. Franciszek z Asyżu. Współczesność pokazuje, że mimo 20–lecia istnienia Ustawy o Ochronie Zwierząt, nadal daleko nam do moralnego ideału.  
            „Brakuje ciepła sierści, gdzie lubiłem składać dotyk. Ktoś potruł wszystkie koty. Wszystkie koty” – zaśpiewał Swiernalis na swojej płycie wydanej w 2016 roku. Jako osoba dokarmiająca bezdomne czworonogi i szukająca dla nich domów, od lat szkoły podstawowej, dobrze pamiętam takie traumatyczne doświadczenia z własnego dzieciństwa. Niestety. Mimo wzrostu wrażliwości na potrzeby zwierząt i niespotykanej wcześniej popularności czworonogów pod naszymi dachami, wciąż nie brak działań sadystycznych wymierzonych przeciw najsłabszym.


                                               Anonimowi dobroczyńcy                
Od lat karmi koty na warszawskim Bemowie. Prosi mnie, by nie podawać żadnych danych, aby posługiwać się ogólnikami nie pozwalającymi na identyfikację. Boi się nie tyle o siebie, co o zwierzęta. Dosyć już wycierpiały. Po co ktoś ma zrobić im większą krzywdę? To nie pierwsza, empatyczna osoba, działająca na rzecz dobra, która prosi o anonimowość. Znamienne, że ukrywają się ci, których działania w przestrzeni miejskiej powinny być powodem do dumy. Jednostki szkodliwe, zdeprawowane, nie żywią żadnych obaw. Nikt nie złapał ich za rękę, więc czują się bezpiecznie w obszarze swojej dzielnicy, przynajmniej dopóki nie zrobi się głośno wokół jakiegoś szokującego wydarzenia.
- Kira bała wyjątkową, bardzo mądrą kotką – opowiada karmicielka z Bemowa – Przy misce w piwnicy, układała upolowane gryzonie, jakby chciała się odwdzięczyć za otrzymany posiłek. Ktoś, domyślam się nawet kto, złamał jej kark. Sparaliżowało ją w ciągu doby.  Lekarz stwierdził, że został przerwany rdzeń kręgowy i zasugerował eutanazję. Miałam wątpliwości, czy dobrze zrobiliśmy zgadzając się na ten krok, bo może rdzeń jednak nie był przerwany, może paraliż by ustąpił, gdyby tylko zeszła opuchlizna? Ale operacja na kręgosłupie kosztuje 2 tys. zł. Nie było mnie stać na taki wydatek. Ostatecznie mąż zrobił sekcję. Powiedział, że rdzeń jednak był przerwany. Kilka miesięcy wcześniej, prawdopodobnie ta sama osoba otruła kocura, którego dokarmiałam. 


                                               Wszystko nam już przeszkadza
Czy to postęp techniczny wygenerował regres moralny, czy złożyły się na niego inne czynniki? Często własną frustracją usprawiedliwiamy zło, zapominając, że zawsze istnieje wybór. Moja rozmówczyni zauważa:
- Koty nadal wzbudzają wiele kontrowersji. Zarzuca im się, że śmierdzą. Z tego względu na naszym osiedlu pozamykano piwniczne okienka.
Bemowo, podobnie jak większość warszawskich dzielnic, coraz gorzej radzi sobie z problemem szczurów. Gryzonie dość łatwo dostają się do mieszkań poprzez sieć kanalizacyjną. W godzinach nocnych, nawet mieszkańcy wyższych pięter w blokach, spotykają szczury biegające po łazienkach. Problem, niegdyś marginalny, dziś zaczyna się upowszechniać mimo rozkładanych trutek. Według informacji uzyskanej od warszawskiej Straży Miejskiej w 2017 r. wpłynęło około 50. zgłoszeń z różnych miejsc w stolicy, dotyczących pojawienia się szczurów.  
Mieszkanka Mokotowa, która również prosi, by nie podawać żadnych danych, wspomina:
- Dwadzieścia lat karmiłam ptaki i koty w mojej dzielnicy. Nie wyobraża sobie pani, ile razy zostałam sponiewierana z tego powodu, jakbym robiła nie wiadomo jak złe rzeczy. Ostatecznie administratorka osiedla poprosiła mnie, abym zaprzestała karmienia ptaków, bo lokatorzy się skarżą. Dwa ostatnie koty, którymi się opiekowałam, zostały otrute w ubiegłym roku. Ale nie było dowodu, że otruł je drugi człowiek. Z ludźmi zrobiło coś strasznego. Wszystko nam już przeszkadza, dla niczego nie mamy szacunku. Ja naprawdę nie wiem, z czego to się bierze.   


                                    Człowiek zszedł na psy?
Pani Annie jeszcze dziś łamie się głos, gdy wspomina cierpienie, jakie stało się udziałem jej suczki:
- Trucizna była tak silna, że uratowaliśmy ją dosłownie w ostatniej chwili. Ale nigdy już nie wróciła do dawnej formy. Od tamtej pory zaczęła poważnie chorować. Odeszła od nas trzy miesiące temu, a mogła żyć jeszcze długie lata. Mam do siebie żal, że spuszczałam ją ze smyczy. Wśród moich dalszych znajomych był inny wypadek. Pies zjadł gwóźdź, prawdopodobnie w podrzuconej na osiedlu karmie. Ledwo przeżył. Nie znoszę powiedzenia mówiącego, że „ktoś zszedł na psy”. Ludzie od psów mogliby nauczyć się wielu pięknych cech: wierności, przyjaźni, oddania…
            Katarzyna Dobrowolska z Referatu Prasowego Straży Miejskiej m.st. Warszawy: - W 2016 r. Straż Miejska nie odnotowała zdarzeń dotyczących zwierząt domowych w związku z podrzucaniem karmy z gwoździami, szkłem, itp. na terenie stolicy. W przypadku otrzymania zgłoszenia dotyczącego znęcania się nad zwierzętami - znęcanie się nad zwierzętami jest przestępstwem - strażnicy miejscy z Ekopatrolu (Referatu ds. Ekologicznych) lub właściwego terytorialnie oddziału terenowego, po potwierdzeniu zgłoszenia natychmiast przekazują taką informację policji.
Mimo tego, dręczyciele zwierząt w praktyce są niemal bezkarni, a ta bezkarność tylko zachęca ich do dalszej agresji. Autentyczne wyrzuty sumienia mają ci, którzy nie upilnowali swoich czworonożnych podopiecznych… Tymczasem w maju, pojawiły się prasowe informacje na temat podrzuconych na trawnikach trutek w takich dzielnicach stolicy jak: Mokotów, Śródmieście, Żoliborz i Ursynów – nieopodal Metra Stokłosy. Mieszkańcy ostrzegają na portalach społecznościowych: „Uważajcie na swoje psy”.  
                                                                      

PS.
Późne, weekendowe popołudnie. Z okna autobusu dostrzegam przy wąskiej ruchliwej ulicy, maleńkie kocię skulone pod murem cmentarza. Zmiana planów. Wysiadam na najbliższym przystanku i biegnę w tamto miejsce. Wciąż siedzi, śmiertelnie wystraszony. Stoję i dywaguję, jak go złapać, gdy mam tylko płócienną torbę. I co dalej skoro w domu są inne koty, w tym kotka w ciąży? Powinien obejrzeć go lekarz. Za mną sunie sznur samochodów. Nagle jeden z nich zatrzymuje się. Przez okno mężczyzna pyta o co chodzi. Wyjaśniam. Wychodzi z bluzą w ręku, nie patrząc, że z tyłu rośnie korek. Przykrywa kocię, chwyta i wrzuca do samochodu. Zanim zamknie okno, podaję mu adres najbliższego weterynarza i zapisuję jego numer telefonu. Nazajutrz dowiaduję się, że po licznych perypetiach, kotek trafił pod opiekę Straży Miejskiej. Przepraszam za kłopot, dziękuję za dobre serce. Mężczyzna odpowiada, że to przecież nic takiego - już nie raz pomógł zwierzęciu i cieszy się, że to akurat będzie dobrze wspominać ludzi.             


 (Fotografie z lat: 2008 - 2016) 
Tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" pod zmienionym tytułem; nr 1764 - 03. 07. 2017