sobota, 31 października 2015

Wstyd człowieku!


Łąki pomiędzy Jabłonną i Legionowem, mają tego samego pecha, co chyba wszystkie polskie łąki na obrzeżach miast. Nie dość, że dramatycznie znikają pod deweloperskimi inwestycjami (zbieram się z napisaniem posta po 4. latach systematycznej dokumentacji) to jeszcze nikną w inny sposób - pod górami śmieci! Do tego wpisu, długi komentarz nie jest potrzebny. Każdy ma oczy i widzi te dętki, przedmioty codziennego użytku, odpady budowlane, stare dywany i kołdry niczym legowiska pod chmurką. Ale są też śmieci, których tu nie widać i na żywo też łatwo o przeoczenie ich w wysokich trawach: zardzewiałe żelastwo oraz potłuczone butelki. W minionym tygodniu, spędziłam dwa dni na tych łąkach, które z daleka obezwładniają swym pięknem. Ale wystarczy tylko spuścić głowę, zajrzeć w trawę...  i z barwnego raju przenosimy się do piekła. Zgotował je przyrodzie, jak zwykle - człowiek.



















A to już poroniony pomysł i niepotrzebnie utopione pieniądze. Widzicie to samo co ja?
Nie ma drogi, ale jest za to działająca sygnalizacja świetlna przy przejściu dla pieszych! Myślę o niezliczonej ilości przejść uczęszczanych i niebezpiecznych, których użytkownicy proszą władze miasta o zmiany... bezowocnie. Nadal jest  tylko "zebra" dla samobójców. Cóż mogę powiedzieć? Człowiek tu był. Szkoda, że głupi.  





sobota, 24 października 2015

BRYNDZA Z TĄ BRYNDZĄ


Sklepowe półki uginają się od wszystkiego. Dźwigają na sobie, prawie całą mapę świata. Szkoda, że nasze, rodzime produkty, urastają na nich do rangi przysłowiowego rodzynka.
Jak zawsze mam wymagania. I nie są to krewetki, ani sushi. Żadne tam egzotyczne cuda. Z właściwym dla siebie uporem, nie patrząc na zegarek, szukam tego, co wyróżnia się odcieniem smaku i ma polski rodowód. A to już półka znacznie wyższa. Nie tylko na sklepowym regale. Bo gdy mnie śni się zwykła bryndza, robiona dzisiaj ze świeżego mleka krów i owiec, bez polepszaczy, bez konserwantów, bez tego całego, niszczącego organizm chemicznego wysypiska, mam teoretycznie do wyboru dziesięć rodzajów słonych serów, o niby południowym rodowodzie. Włoskie, greckie, bałkańskie. I trudno wśród tych pudełeczek, kartoników, naczynek, znaleźć coś równie zdrowego, jak nasz tak rzadko dostępny w sprzedaży podhalański przysmak. Oscypek to już w ogóle marzenie ściętej głowy! A przecież to produkty, które powinny mieć pierwszeństwo na polskim rynku - wizytówka, z której trzeba być tylko dumnym. Niestety. Pysznimy się „światem na naszych talerzach”, choć na dobrą sprawę, jest to świat bardzo uproszczony, bo i przepisy dostosowane do naszych realiów, mają niewiele wspólnego z kierunkiem geograficznym, do którego odnosi kupującego szumna nazwa. Jak rozpaczliwie smutne jest to zubożenie w czasach, gdy wybór wreszcie istnieje. Jeszcze gorzej wygląda rzecz z pieczywem. Tam także oglądamy spory kawałek globusa, choć nasza tradycja wypieków, nie ma sobie równej. Szwajcarskie, francuskie, włoskie. Dmuchane, suche po kilku godzinach, wzbogacone tzw.: „środkiem do polepszania mąki”, w praktyce bez wartości, jeśli nie szkodliwe. A ja się pytam: po co te nieudane wycieczki? Dlaczego produkty oparte na naszych tradycjach kulinarnych, zepchnięte zostały wyłącznie do niszy okazjonalnych targów folklorystyczno – ekologicznych? Cóż, może po bryndzę trzeba wybrać się do Grecji, a po chleb na zakwasie do Szwajcarii? Ostatecznie, mamy świat bez granic. Tylko nie w każdej sytuacji jest to dobre. Ups! Chciałam powiedzieć: smaczne





poniedziałek, 12 października 2015

NIE BÓJ ŻABY


Jesienne porządki naszych ogrodów, trwają w najlepsze. Trudno podczas nich nie spotkać tego kontrowersyjnego płaza. Nim zniknie nam z oczu na zimę, mamy szansę pochylić się nad żabą i przekonać, że nie jest wcale taka straszna, jak ją malują.   
Jaszczurka, choć gad, ma dużo łatwiejsze życie. Umyka tak zwinnie, że rzadko możemy obejrzeć ją w pełnej krasie. Za to poczciwa żaba wzbudza w wielu z nas lęk i wstręt. Bo lśniąca, bo śliska, bo chłodna, bo oczy ma wyłupiaste, a palce połączone błoną pławną. 
No, pewnie, że nie jest to mięciutki króliczek, ale nie gryzie i nie drapie. Jak wiadomo, wiele ptaków też ma błonę pławną pomiędzy palcami i wcale nam to nie przeszkadza. A żaba nie dziobie. 
Oślizgła jest i ryba, lecz jej za to nie winimy. Zaś skoczyć nagle na stopę, może i konik polny. O co więc chodzi z tym biednym płazem? 
Nie wyje, nie kąsa, nie pożera nam kwiatków w ogródku, jak ot, chociażby ślimak. Ba, sama rozprawi się bezwzględnie z żarłocznym mięczakiem, w ułamku sekundy dopadnie też muchę, czy komara. Choć mamy do niej tyle zażaleń, jest bezdyskusyjnie dużo bardziej pożyteczna niż niejedno, pozornie milsze zwierzę. I wcale nie wygląda tak paskudnie, jak przyjęło się sądzić. Gdy przyjrzymy się żabie bez uprzedzeń, dostrzeżemy mozaikę wzorów na jej cieniowanej skórze, ogromne oczy przypominające weneckie szkło i szeroki uśmiech. 



Popularna żaba trawna przyjmuje różne barwy; sama spotkałam ostatnio w lesie niemal żółtą sztukę, pięknie wkomponowaną w żółte liście. Na mój widok skamieniała tak konsekwentnie, że mogłam jej robić portretowe zdjęcia z odległości kilku centymetrów. 



W Polsce mamy zaledwie 6 gatunków żab i należy pamiętać, że wszystkie są pod ochroną. Ciepła jesień sprawia, że większość nie zaszyła się jeszcze w zimowych kryjówkach na dnie akwenów lub lądzie. W słoneczne dni, podobnie jak ludzie wykorzystują ostatnie ożywcze promienie i wtedy łatwo o spotkanie w przysłowiowe cztery oczy. Dobrze, jeśli żaba po takiej przygodzie będzie mogła stwierdzić: Nie taki człowiek straszny, jak go malują.   


sobota, 3 października 2015

PRZEKLEŃSTWO prawnuczki sadownika


Dziś każda śliwka nazywa się „węgierką”, nawet jeśli ma smak kartofla, jest zielona w środku i obok prawdziwej węgierki nigdy nie leżała. Lecz wielu z nas jeszcze pamięta nazwę jak markę i kupuje. O to przecież chodzi. 

Nie ma pory roku, której bym nie lubiła, ale ze wszystkich pozostałych, to chyba jesień inspiruje mnie najmocniej. Zmienna aura oraz wszelkie możliwe kolory, zapachy i oczywiście smaki. Bo oprócz uczty dla wzroku i ducha, jest też uczta dla podniebienia: owoce! Jako mała dziewczynka, spędzałam długie godziny w sadzie mojego pradziadka, patrząc na drzewa i stojące pod nimi skrzynki, wypełnione po brzegi jabłkami, gruszkami i śliwkami. Cała gama kształtów, tęcza barw i woń, której nie zapomnę. Właśnie po zapachu nauczyłam się rozpoznawać zwłaszcza jabłka i łączyć je z odpowiednimi nazwami. A brzmiały jak zaklęcia: McIntosz, kosztela, koksa, jonatan, landsberska, malinowa, czy spartan. Gdybym się wysiliła mogłabym z otchłani pamięci wydobyć jeszcze inne. Malinowa miała atłasową wiśniową, lśniącą skórkę, a odmiany renety, charakterystyczną miejscami szorstką, przypominającą lądy na globusie. Tak samo śliwki, były dla wyobraźni małej dziewczynki jak klejnoty: renkloda ulena, czy zielona, jerozolimka, słodkie niczym miód odmiany węgierek. We wczesnym dzieciństwie nie śniło mi się o kupowaniu owoców. Dopiero w podstawówce zaczęłam jeździć w tym celu na bazar. A z biegiem lat, po najmniejszej linii oporu, przeniosłam się do sklepów, ewentualnie na uliczne stragany spotkane po drodze. Zaś tam, niepojęta jednorodność towaru i dyletanckie podejście do klienta. Na targowisku zdarza się jeszcze znaleźć antonówkę do szarlotki, lub deserową malinową. Zdarza się także kartka z nazwą dla niewtajemniczonych. Ale to rzadkie przypadki. W tajniki nowych odmian jabłek nikt się nie zagłębia. Wyglądają podobnie, podobnie też pachną. Sprzedawca mówi tylko: „Jabłko kwaśne”, albo „jabłko słodko – winne”. Gorzej, jak mi wkręca coś zielonego jako prawdziwą kosztelę i wrzeszczy, że nie mam racji. Ba, chciałabym – byłoby mi łatwiej.   


Felieton napisałam 2 lata temu dla legionowskiego tygodnika "TO i OWO". Ale nadal niewiele się zmieniło...