niedziela, 30 listopada 2014

But w okopie i inne cudeńka


Miesiąc się kończy, a ja jeszcze ani razu nie pisałam o śmieciach. Ładnie to tak? Jeszcze ktoś  by pomyślał, że człowiek wkroczył na drogę porządku... Las i tak zwykłą koleją natury wypięknieje niebawem, kiedy śnieg miłosiernie zakryje ludzkie pozostałości. Będzie czysto i biało jak w pradawnych wiekach, w których naczelny czuł pokorę przed naturą.
Tymczasem - cieszmy nasze oczy takim oto asortymentem!

Damski but w okopie:


Ale czemu tylko jeden? Wilk pozbawił kogoś nogi? Czy procenty naruszyły zdolności arytmetyczne jego właścicielki? Nie zauważyła, że czegoś jej brakuje?
Kilometr dalej, temat zbliżony. Puste pudełko po obuwiu. Widać, że nowe. Ktoś się przebrał. Na próżno szukałam z ciekawości wysłużonych trepów. Może jakiś potrzebujący, przeszedł tam przede mną?  


Plastikowe kolanka:


Po grom jasny ktoś je tam zaniósł? Małe, z powodzeniem mogły wylądować w kuchennym pojemniku na odpadki, skoro już zabrakło woli, aby posłać je do stosownego kontenera. No, chyba że właściciel chciał zrobić domek dla robaczków...
Poniżej, typowy syf. Rozpadający się wór ze wszystkim, co sukcesywnie w chałupie narosło...


A tutaj? Jestem pełna podziwu! Stare poduszki z gęsim pierzem. Chciało się komuś tachać taki nieporęczny tobół? A mówią, że Polak leniwy...




Cóż, sezon letni zakończony. Porządki w ogrodzie zrobione, parasol w listopadzie już się nie przyda. No, przynajmniej nie taki od słońca. Ale od czego jest las...



Na zakończenie - liryczny akcent.
W promieniach zachodzącego słońca, coś lśni niczym perła pomiędzy drzewami.



Cienka reklamówka przemieszcza się na podobieństwo meduzy, to kurcząc, to wydymając swoje kształty.
Ach, człowiek! Urozmaici każdy krajobraz.



Zapraszam na drugiego bloga, gdzie tym razem pokazuję moje nowe rzeźby: simran2pl.blogspot.com



środa, 12 listopada 2014

Perełka miała pecha



Było o kontrowersyjnej pomocy bezdomnym kotom, zatem dziś, dla równowagi, poruszę psi temat i jeszcze raz zadam pytanie - czy przypadkiem profilaktyka nie powinna mieć jakichś rozsądnych ograniczeń?

Nie będę wchodzić w szczegóły działalności Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Józefowie, bo nie jest to moją rolą i brak mi jednoznacznych danych. Zetknęłam się i z najwyższymi i z najniższymi ocenami dla tej placówki. Historia dotyczy konkretnego pieska. Sięgam zatem po stary tekst napisany dla lokalnego tygodnika, tak ku refleksji...

Oprócz przeprowadzania stałego i okresowego wyłapywania bezpańskich zwierząt, a także zapewnienia im godziwych warunków bytowania, obowiązkiem Schroniska jest oddawanie zwierząt ich opiekunom. Nasuwa się wobec tego pytanie, dlaczego suczka pani Małgorzaty Czajkowskiej, pozostała w Schronisku w Józefowie mimo rozpoznania jej przez właścicielkę? 
                                              
ODNALEZIONA
Dwa małe kundelki, Perełka i Luka zaginęły w połowie maja 2013r. na terenie Legionowa. Jak poinformowała redakcję ich właścicielka, wybiegły z posesji i nie wróciły. Coś je wystraszyło, czy może ktoś sobie „pożyczył” pieski, nie wiadomo. Prowadzone na własną rękę poszukiwania nie przyniosły rezultatów. Dopiero dn. 3.06, p. Małgorzata znalazła ogłoszenie na Facebooku, zamieszczone przez Schronisko Dla Bezdomnych Zwierząt w Józefowie: „Do adopcji. Malutka Gabi szuka domu. Jej siostra została potrącona przez samochód, zginęła”. Kobieta przybita wiadomością o śmierci drugiego pieska, zadzwoniła do schroniska. Przedstawiła się jako właścicielka i poprosiła o wycofanie informacji o adopcji, ponieważ zależy jej na odzyskaniu zwierzęcia. Podczas rozmowy z Kierownik, p. Bożeną Rajczak, dowiedziała się, że suczka musi zostać zaczipowana i wysterylizowana, a p. Małgorzata będzie musiała pokryć koszty tych zabiegów (200 – 300 zł). Właścicielka zasugerowała, że zna lekarza, który psa zaczipuje za darmo. Na sterylizację się nie zgadza ponieważ pragnie by jej pupilka w przyszłości mogła cieszyć się młodymi. Każdy, kto wychował swojego psa, czy kota od urodzenia wie, że w takim układzie, nawiązuje się jedyna w swoim rodzaju więź pomiędzy człowiekiem, a zwierzęciem. Dlatego trudno uznać prośbę właścicielki za zbyt wyrafinowaną. Niestety rozmowa nie doprowadziła do porozumienia stron.  

                                               BEZ HAPPY ENDU
Nazajutrz, p. Małgorzata już o godz. 9.10, stawiła się przed bramą Schroniska, choć placówka funkcjonuje od 12. Niespełna godzinę później pojawiła się pracowniczka, która wpuściła na teren zainteresowaną. Zaprosiła ją do biura, w którym znajdowały się 3 psy. Jednym z nich, była zaginiona Perełka. Suczka na widok swojej pani zaczęła skakać, piszczeć, lizać ją po rękach i twarzy. Nie istniały najmniejsze wątpliwości, że pies należy do osoby, która po niego przyjechała. I tu historia powinna mieć swój finał. Ale tak się nie stało. Wezwana przez pracowniczkę, p. Rajczak, zdecydowała, że nie wyda psa, dopóki nie zostanie wysterylizowany. Termin zabiegu został ustalony na następny dzień. Właścicielka błagała, apelowała do sumienia obu pań, że nie chce narażać suczki na kolejne cierpienia i nie zostawi jej poza domem ani chwili dłużej. W poczuciu bezradności usiadła na krześle i stwierdziła, że bez psa się nie ruszy. Wtedy obie panie, chwyciły podekscytowaną suczkę i zamknęły ją na klucz w sąsiednim pomieszczeniu. Perełka zaczęła rozpaczać - skamlała i drapała pazurkami drzwi. Kto wie, może jeszcze są tego ślady? Z relacji poszkodowanej wynika, że p. Rajczak, wezwała policję i zarzuciła kobiecie wtargnięcie na teren budynku. Właścicielce psa puściły nerwy, wyszła z pomieszczenia i rozpłakała się. Zadzwoniła do bratowej. Kobieta przyjechała wraz z mężem. Na miejscu zdarzenia pojawiła się też policja, za to odjechała p. Rajczak. Policjant był pierwszą osobą, która zapytała p. Małgorzatę, czy posiada jakiś dokument psa. Nie miała. Zdenerwowała się po raz kolejny, bo jak twierdzi, dotychczas odbiór psa utrudniano jej z innego powodu. Pouczona przez policjanta, wróciła do domu z zamiarem odebrania Perełki następnego dnia i zapłacenia za zabiegi, na które nie wyraziła zgody. Dopiero po tym, mogła prawnie zaadoptować swojego psa. Lecz i tu nie kończy się ta ponura opowieść. Nazajutrz, p. Małgorzata, zadzwoniła do p. Rajczak z pytaniem, kiedy może odebrać suczkę. Usłyszała: „Perełka nie żyje. Jej serce było słabe i nie wytrzymało zabiegu”. W dniu 7. 06. br. podczas identyfikacji zwierzęcia, p. Czajkowska rozpoznała swojego pieska.
                                              
KTO ZAWINIŁ?
Kontekst tej sprawy jest pełen sprzeczności i niejasności, ale w jednym środowisko miłośników zwierząt i urzędników wypowiada się zgodnie – suczka po odnalezieniu przez właścicielkę, powinna natychmiast zostać jej zwrócona. Dziwi też odkrycie, że zwierzęciu, które nie odbyło do końca okresu kwarantanny (14 dni), a do tego ugryzło dwie osoby, o czym poinformowała sama p. Rajczak, szuka się nowego domu. Według osób zapobiegających bezdomności zwierząt, opiekunka przy odbiorze psa, powinna podpisać umowę, w której zobowiązałaby się do poddania go sterylizacji. Z drugiej strony, nie istnieje żaden urzędowy nakaz, zmuszający jednostkę do takiego działania.
- Jest to tylko dobra wola właściciela, nie usankcjonowana prawem – wyjaśnia Katarzyna Biernacka Prezes Stowarzyszenia Empatia.
Dr Ewa Kunaszyk, starszy inspektor weterynaryjny, informuje mnie: „Od 06. 2012, decyzją WSA w Warszawie, p. Bożenę Rajczak, obowiązuje zakaz przyjmowania zwierząt do swojego Schroniska”. Nie jest też tajemnicą, że Józefów nie ma zawartej umowy z Legionowem. Nie sposób uzyskać jednorodnych informacji na temat p. Rajczak. Byli współpracownicy, rozmawiali ze mną chętnie, pod warunkiem, że pozostaną anonimowi. Od jednej rozmówczyni dowiedziałam się, że to nie pierwsza taka sytuacja. Kierownik schroniska w Józefowie słynie jako osoba, która zawsze stawia na swoim. Inna rozmówczyni dzień przed ukończeniem tekstu, również poprosiła o nie zamieszczanie jej nazwiska ani krytycznych uwag. Dodaje za to, że zwierzęta p. Bożeny są zawsze zadbane, a ona sama podzieli się karmą z każdym właścicielem czworonoga, który podjedzie do niej w godzinach posiłku. P. Rajczak, w rozmowie telefonicznej oświadczyła z goryczą: - Czuję się jakbym dostała w twarz. Dwa tygodnie dokarmiałam te suczki na terenie zamkniętej jednostki wojskowej, gdzie ktoś je podrzucił. Gdyby p. Czajkowska okazała mi dowód, oddałabym jej psa. 
            W tej historii jest jeden fakt nie budzący wątpliwości - nie żyje młode zwierzę. Trwa sekcja, która wyjaśni przyczynę. Dn. 20. 06., Policja wszczęła dochodzenie. Pytanie: Czy musiało do tego dojść?
  

   

niedziela, 9 listopada 2014

Koci kaci i podwójne standardy.



W tym poście poruszę kilka kontrowersyjnych wątków, ale szczegółowo nakreślę tylko jeden, który kontrowersji wzbudzać nie powinien. Jeśli chcemy pomagać przyrodzie (choć bez wątpienia ona naszej pomocy by nie potrzebowała, gdybyśmy najpierw nie zaburzyli jej naturalnego rytmu), róbmy to w taki sposób, by przy okazji nie krzywdzić...


Ucho kota to fenomen, którego człowiek może mu jedynie pozazdrościć. Poruszane przez 30 mięśni (podczas gdy u nas tylko przez 6) pozwala zwierzęciu natychmiast wychwycić dźwięki. Ponadto kot nie ma problemów z wyróżnieniem interesującego go dźwięku spośród szumu innych. Potrafi także określić cel z dokładnością do 75%. Jak widać, niepotrzebny mu GPS. Można powiedzieć, że koci słuch jest tak perfekcyjny, jak psi węch. Ten mały myśliwy, jest w stanie usłyszeć mysz z odległości kilkudziesięciu metrów. Ruchome uszy kota, pozwalają mu na obracanie ich i rejestrowanie źródła dźwięku, jak najdokładniejszy radar. Nie raz pewnie zauważyliśmy, że nasz kot ma jedno ucho niekierowane w innym kierunku niż drugie. I co tu wiele mówić - nawet jeśli małżowina uszna jest tylko tubą przekazującą dźwięki głębiej, na błonę bębenkową, to po to natura dała kotu spiczaste uszy, żeby z takimi chodził po świecie. 
Ale człowiek, jak to człowiek. Ledwo przestał męczyć rasowe szczenięta, przycinając im ogony i uszy według wymyślonego przez się wzorca, żeby pod innym pretekstem okaleczać koty. Bodaj by jemu uszy odpadły!

O co konkretnie mi chodzi? O pseudo pomoc tzw.: "kotom wolno żyjącym". Acz i ten termin nieco zmienił swoje znaczenie, bo nasza świadomość na szczęście ewoluuje. Ewoluuje i rzeczywistość. Kiedyś kot wolno żyjący, siedział zapchlony w piwnicy i mógł liczyć jedynie na miłosierdzie dozorcy, który nie zamknął okienka i nie wyrzucił miseczki, postawionej przez litościwą staruszkę lub dziecko o wrażliwym sercu. Dziś mamy rzesze wolontariuszy, fundacje, nie zrzeszonych miłośników, którzy dokarmiają na potęgę koty wszelkiej maści. Dużo wyższa świadomość społeczna i sankcje prawne, skutecznie odstraszają tych, którzy zwierząt nie tolerują i im zagrażają. A więc dziś "kot wolno żyjący" to, zwierzę, które nie ma przypisanego na stałe dachu nad głową, ale jest zazwyczaj "zaopiekowane" przez stałego karmiciela.
Liczne kampanie na rzecz sterylizacji, mają na celu ograniczenie ilości takich kotów. Cel szczytny, choć nie przeginałabym z nadgorliwością w jego egzekwowaniu. Pewna ilość kotów wolno żyjących JEST nam niezbędna, aby zwłaszcza w miastach, gdzie funkcjonuje dużo lokali gastronomicznych, nie zeżarły nas, kolokwialnie rzecz ujmując, szczury. Ale oczywiście, nie musicie się zgadzać z moim twierdzeniem...
Dodam tylko, że gdy kilka lat temu, co rano szłam spacerkiem na Uniwersytet, nie było dnia, bym na warszawskiej Chmielnej, czy Nowym Świecie, nie spotkała przemykającego po trotuarze szczura. Sąsiadka widziała szczura wspinającego się po murze, dozorca narzekał na szczury rozjechane przez samochody, które musiał wymiatać. Powinnam dodać, że kotów wolno żyjących w tej okolicy od lat już nie ma?
OK, kwestia to sporna. Każdy ma swój rozum, więc własne wnioski wyciągnie. Wierzę, że wyjściowo intencje były szlachetne i rozsądne, a jednorazowa operacja tańsza dla miasta, niż systematyczne podawanie pewnej grupie kotów tabletek antykoncepcyjnych. Ale nie znajduję żadnego usprawiedliwienia na przedstawione poniżej okaleczanie zwierząt:


Obcinanie kawałka ucha (od 1/4 do 1/3) w zależności od fantazji weterynarza, żeby zaznaczyć kota po zabiegu, jest sankcjonowanym prawem sadyzmem w wykonaniu ludzi, którzy powinni leczyć, a nie męczyć. Przecież większość tych kotów ma swoich stałych opiekunów; to oni pomogli je wyłapać na potrzeby interwencji weterynaryjnej i wiedzą, że zwierzę jest już pozbawione zdolności reprodukcyjnych. 
Swego czasu usiłowałam, poruszyć sumienia organizacji mieniących się zaangażowanymi w los zwierząt, ale u nikogo nie znalazłam zrozumienia. Solidarna zmowa mody i propagandy. Czy naprawdę pro publico bono? 
Dowiedziałam się jedynie, że gdybym ja złapała na podwórku kota i obcięła mu czubek ucha, odpowiadałabym za znęcanie się nad  zwierzętami. Jak widać i w tej kwestii funkcjonują w Polsce podwójne standardy.   








(wszystkie przedstawione powyżej koty, miały swoich wieloletnich opiekunów)

Pytałam, czemu na przykład nie są robione takim zwierzętom tatuaże? Usłyszałam, że to zbyt mało widoczny komunikat. Hmm. To może wypalajmy zwierzakom piętno na środku grzbietu? Będzie widać z daleka ;-) Ale to już oczywiście moja bezsilna ironia w reakcji na hipokryzję...

 PS. Nie rozumiem już za Chiny, przymuszania stałych opiekunów kotów, (także tych niewychodzących) do sterylizacji swoich podopiecznych. Przoduje w agresywnej kampanii pewna pani doktor w pewnym radio, (nie będę robiła reklamy, bo nie warto), która zwyczajnie wrzeszczy na dzwoniących słuchaczy i żąda, by ludzie, którzy wypieszczonym pupilom poświęcają kilkanaście lat własnego życia, (że o nakładach finansowych nie wspomnę oraz narażaniu się na traumę po odejściu czworonożnego przyjaciela), sterylizowali bezwzględnie każdego kota/kotkę. Kilka razy byłam świadkiem, jak ktoś się na antenie niemal rozpłakał po takim ataku. Wybaczcie, ale taka ingerencja w czyjąś prywatność, to wielkie nadużycie. Przykre, bo to zadeklarowana "miłośniczka zwierząt". Ale niech nie wciska ludziom kitu, że pozbawienie zwierzęcia zdolności reprodukcyjnych i narażenie go na ból, to dla kota taka frajda. Dochodzi do tego zaburzenie gospodarki hormonalnej i problemy z otyłością (wzmożony apetyt zwierzaka), na czym korzystają WYŁĄCZNIE koncerny produkujące karmę. Bo niestety zdarza się, że zwierzęta po sterylizacji też umierają na choroby nowotworowe...
Ktoś, kto nie posiadał nigdy szczeniąt, czy kociąt urodzonych we własnym domu, może się nabierze, że z pupilem przygarniętym ze schroniska będzie miał podobny kontakt. Na tej samej zasadzie, rozejrzyjmy się po świecie i zamiast nerwowo starać się o własnego potomka, rozwiążmy adopcyjnie problem milionów dzieci żyjących bez rodziców, na garnuszku państw. Ale to już wkładanie kija w mrowisko i inny temat, poza zakresem tego bloga. ;-)          


wtorek, 4 listopada 2014

Miotły i kikuty, czyli wstęp do apokalipsy.


Trudno o bardziej apokaliptyczny obraz...


Równie trudno nazwać te mordercze praktyki inaczej, niż zwykłym "wandalizmem".
Brak poszanowania dla przyrody, której jesteśmy częścią, przeraża, bo pokazuje, że człowiek nie ma żadnych hamulców. Zacznie destrukcję od flory - skończy na niewygodnym sąsiedzie...





Oto centrum Legionowa. Osiedle jakich dziesiątki tysięcy w całej Polsce. Bloki, przedzielone miłosiernie pasami zieleni, na których poprzednie pokolenia architektów krajobrazu, posadziły drzewa.
Miało być ładnie i pożytecznie. Było, dopóki w modę nie weszła rąbanka.
Dziś drzewo to wróg, którego trzeba niszczyć bezwzględnie. Pranie mózgu zaczyna działać: bo się zawali na blok, bo uszkodzi samochód, bo gałąź zabije dziecko, bo liście jesienią trzeba grabić.
Wierzymy w tę propagandę i dlatego, coraz bardziej niemrawo protestujemy. A może zwyczajnie, nie mamy już siły. W końcu ci, którzy tak doszczętnie niszczą zieleń, wykazują się stosownymi uprawnieniami.
I rżną bezkarnie - co roku, co dwa lata; nie odpuszczą, dopóki jakaś żałosna resztka, będzie wyciągać ku nam groteskowo zredukowany konar, z wydeptanego i upstrzonego psimi kupami trawnika.




Zawsze zadaję pytanie retoryczne: komu przeszkadzają drzewa przy tzw.: ślepych ścianach?



Widok, jak po wojnie. Odrażający, depresyjny. We mnie osobiście, budzi agresję. Potraktowałabym piłą rękę lub nogę takiego wykonawcy, w ramach profilaktyki... Żeby już więcej nie szkodził.







Dokumentacja pochodzi z wiosny b.r. Widać - cięcie ubiegłoroczne. Dziś, gdy opadły już liście, w większości okaleczonych przypadków, wygląda to równie żałośnie