niedziela, 23 lipca 2017

Ludzki, nieludzki CZŁOWIEK


Naszym podstawowym obowiązkiem w stosunku do naszych młodszych braci jest niekrzywdzenie ich, jednak poprzestanie na tym to nie wszystko. Mamy ważniejszą misję – służyć im pomocą, kiedykolwiek będą jej potrzebować – uważał św. Franciszek z Asyżu. Współczesność pokazuje, że mimo 20–lecia istnienia Ustawy o Ochronie Zwierząt, nadal daleko nam do moralnego ideału.  
            „Brakuje ciepła sierści, gdzie lubiłem składać dotyk. Ktoś potruł wszystkie koty. Wszystkie koty” – zaśpiewał Swiernalis na swojej płycie wydanej w 2016 roku. Jako osoba dokarmiająca bezdomne czworonogi i szukająca dla nich domów, od lat szkoły podstawowej, dobrze pamiętam takie traumatyczne doświadczenia z własnego dzieciństwa. Niestety. Mimo wzrostu wrażliwości na potrzeby zwierząt i niespotykanej wcześniej popularności czworonogów pod naszymi dachami, wciąż nie brak działań sadystycznych wymierzonych przeciw najsłabszym.


                                               Anonimowi dobroczyńcy                
Od lat karmi koty na warszawskim Bemowie. Prosi mnie, by nie podawać żadnych danych, aby posługiwać się ogólnikami nie pozwalającymi na identyfikację. Boi się nie tyle o siebie, co o zwierzęta. Dosyć już wycierpiały. Po co ktoś ma zrobić im większą krzywdę? To nie pierwsza, empatyczna osoba, działająca na rzecz dobra, która prosi o anonimowość. Znamienne, że ukrywają się ci, których działania w przestrzeni miejskiej powinny być powodem do dumy. Jednostki szkodliwe, zdeprawowane, nie żywią żadnych obaw. Nikt nie złapał ich za rękę, więc czują się bezpiecznie w obszarze swojej dzielnicy, przynajmniej dopóki nie zrobi się głośno wokół jakiegoś szokującego wydarzenia.
- Kira bała wyjątkową, bardzo mądrą kotką – opowiada karmicielka z Bemowa – Przy misce w piwnicy, układała upolowane gryzonie, jakby chciała się odwdzięczyć za otrzymany posiłek. Ktoś, domyślam się nawet kto, złamał jej kark. Sparaliżowało ją w ciągu doby.  Lekarz stwierdził, że został przerwany rdzeń kręgowy i zasugerował eutanazję. Miałam wątpliwości, czy dobrze zrobiliśmy zgadzając się na ten krok, bo może rdzeń jednak nie był przerwany, może paraliż by ustąpił, gdyby tylko zeszła opuchlizna? Ale operacja na kręgosłupie kosztuje 2 tys. zł. Nie było mnie stać na taki wydatek. Ostatecznie mąż zrobił sekcję. Powiedział, że rdzeń jednak był przerwany. Kilka miesięcy wcześniej, prawdopodobnie ta sama osoba otruła kocura, którego dokarmiałam. 


                                               Wszystko nam już przeszkadza
Czy to postęp techniczny wygenerował regres moralny, czy złożyły się na niego inne czynniki? Często własną frustracją usprawiedliwiamy zło, zapominając, że zawsze istnieje wybór. Moja rozmówczyni zauważa:
- Koty nadal wzbudzają wiele kontrowersji. Zarzuca im się, że śmierdzą. Z tego względu na naszym osiedlu pozamykano piwniczne okienka.
Bemowo, podobnie jak większość warszawskich dzielnic, coraz gorzej radzi sobie z problemem szczurów. Gryzonie dość łatwo dostają się do mieszkań poprzez sieć kanalizacyjną. W godzinach nocnych, nawet mieszkańcy wyższych pięter w blokach, spotykają szczury biegające po łazienkach. Problem, niegdyś marginalny, dziś zaczyna się upowszechniać mimo rozkładanych trutek. Według informacji uzyskanej od warszawskiej Straży Miejskiej w 2017 r. wpłynęło około 50. zgłoszeń z różnych miejsc w stolicy, dotyczących pojawienia się szczurów.  
Mieszkanka Mokotowa, która również prosi, by nie podawać żadnych danych, wspomina:
- Dwadzieścia lat karmiłam ptaki i koty w mojej dzielnicy. Nie wyobraża sobie pani, ile razy zostałam sponiewierana z tego powodu, jakbym robiła nie wiadomo jak złe rzeczy. Ostatecznie administratorka osiedla poprosiła mnie, abym zaprzestała karmienia ptaków, bo lokatorzy się skarżą. Dwa ostatnie koty, którymi się opiekowałam, zostały otrute w ubiegłym roku. Ale nie było dowodu, że otruł je drugi człowiek. Z ludźmi zrobiło coś strasznego. Wszystko nam już przeszkadza, dla niczego nie mamy szacunku. Ja naprawdę nie wiem, z czego to się bierze.   


                                    Człowiek zszedł na psy?
Pani Annie jeszcze dziś łamie się głos, gdy wspomina cierpienie, jakie stało się udziałem jej suczki:
- Trucizna była tak silna, że uratowaliśmy ją dosłownie w ostatniej chwili. Ale nigdy już nie wróciła do dawnej formy. Od tamtej pory zaczęła poważnie chorować. Odeszła od nas trzy miesiące temu, a mogła żyć jeszcze długie lata. Mam do siebie żal, że spuszczałam ją ze smyczy. Wśród moich dalszych znajomych był inny wypadek. Pies zjadł gwóźdź, prawdopodobnie w podrzuconej na osiedlu karmie. Ledwo przeżył. Nie znoszę powiedzenia mówiącego, że „ktoś zszedł na psy”. Ludzie od psów mogliby nauczyć się wielu pięknych cech: wierności, przyjaźni, oddania…
            Katarzyna Dobrowolska z Referatu Prasowego Straży Miejskiej m.st. Warszawy: - W 2016 r. Straż Miejska nie odnotowała zdarzeń dotyczących zwierząt domowych w związku z podrzucaniem karmy z gwoździami, szkłem, itp. na terenie stolicy. W przypadku otrzymania zgłoszenia dotyczącego znęcania się nad zwierzętami - znęcanie się nad zwierzętami jest przestępstwem - strażnicy miejscy z Ekopatrolu (Referatu ds. Ekologicznych) lub właściwego terytorialnie oddziału terenowego, po potwierdzeniu zgłoszenia natychmiast przekazują taką informację policji.
Mimo tego, dręczyciele zwierząt w praktyce są niemal bezkarni, a ta bezkarność tylko zachęca ich do dalszej agresji. Autentyczne wyrzuty sumienia mają ci, którzy nie upilnowali swoich czworonożnych podopiecznych… Tymczasem w maju, pojawiły się prasowe informacje na temat podrzuconych na trawnikach trutek w takich dzielnicach stolicy jak: Mokotów, Śródmieście, Żoliborz i Ursynów – nieopodal Metra Stokłosy. Mieszkańcy ostrzegają na portalach społecznościowych: „Uważajcie na swoje psy”.  
                                                                      

PS.
Późne, weekendowe popołudnie. Z okna autobusu dostrzegam przy wąskiej ruchliwej ulicy, maleńkie kocię skulone pod murem cmentarza. Zmiana planów. Wysiadam na najbliższym przystanku i biegnę w tamto miejsce. Wciąż siedzi, śmiertelnie wystraszony. Stoję i dywaguję, jak go złapać, gdy mam tylko płócienną torbę. I co dalej skoro w domu są inne koty, w tym kotka w ciąży? Powinien obejrzeć go lekarz. Za mną sunie sznur samochodów. Nagle jeden z nich zatrzymuje się. Przez okno mężczyzna pyta o co chodzi. Wyjaśniam. Wychodzi z bluzą w ręku, nie patrząc, że z tyłu rośnie korek. Przykrywa kocię, chwyta i wrzuca do samochodu. Zanim zamknie okno, podaję mu adres najbliższego weterynarza i zapisuję jego numer telefonu. Nazajutrz dowiaduję się, że po licznych perypetiach, kotek trafił pod opiekę Straży Miejskiej. Przepraszam za kłopot, dziękuję za dobre serce. Mężczyzna odpowiada, że to przecież nic takiego - już nie raz pomógł zwierzęciu i cieszy się, że to akurat będzie dobrze wspominać ludzi.             


 (Fotografie z lat: 2008 - 2016) 
Tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" pod zmienionym tytułem; nr 1764 - 03. 07. 2017 

1 komentarz:

  1. Ojej, aż nie wierzę, że ktoś się taki znalazł na drodze i to z samochodem i pomógł, chwała mu za to :)

    OdpowiedzUsuń