sobota, 16 lipca 2016

STRAŻNICY PAMIĘCI


Długie wstęgi okopów, przypominające koryta wyschniętych rzek, leje po pociskach, wciąż imponująco głębokie, a nad nimi… drzewa. Nienaturalnie powykręcane ze splątanymi konarami, zastygłe w ekspresyjnym wyrazie grozy.
Nawet w pogodne, słoneczne dni ten widok przejmuje spacerowicza dreszczem. Jest w nim jakaś ponura siła wyrazu, coś czego nie da się wymiernie przekazać, ale nie sposób też zbagatelizować. Coś, co po prostu zapisało się w przestrzeni naznaczonej przez ostatnią wojnę. To specyfika lasów w okolicach Legionowa, obszaru wyjątkowo doświadczonego przez niszczycielską siłę człowieka. Intensywny ostrzał artyleryjski trwał od końca października 1944r. do połowy stycznia 1945r. Między Chotomowem, a Legionowem, aż do samej Wisły, przebiegała linia frontu – owe działania odbiły swoje piętno na długie dziesięciolecia, żłobiąc ziemię i okaleczając drzewostan. Ale oprócz bezdyskusyjnego zniszczenia krajobrazu, stały się pomnikiem historii Polski i jako takie powinny być traktowane w przestrzeni leśnej. Dlatego ubolewam zawsze podczas spacerów, gdy widzę prowadzoną w tych miejscach przecinkę, kiedy znikają zdrowe egzemplarze, obdarzone przez zdarzenia dziejowe tak głębokim ładunkiem znaczeń. Tak jak zawsze żal mi zabytków architektonicznych, ze śladami kul na fasadach wyburzanych i zastępowanych nowoczesnymi budynkami. Znikają takie artefakty co jest smutnym, choć nieuniknionym znakiem czasu. Przestrzeń się zmienia, jeśli nie samoistnie, to z pomocą człowieka, który przekształca ją wedle własnych kryteriów. Ale przyokopowe drzewa – świadkowie ludzkiej odwagi, cierpienia i śmierci, powinny doczekać się naszych względów i nadal stać na straży wspomnień, kiedy już nie będzie tych, którzy wśród nich walczyli.       
Nie tak dawno na niedzielnym spacerze, spotkałam starszego pana z wnukiem. Dziadek z wyglądu za młody wprawdzie na udział w działaniach partyzanckich, opowiadał o nich zajmująco chłopcu, wskazując na rowy w ziemi. Przystanęłam zainteresowana, lecz nie śmiałam przerywać tej lekcji historii w plenerze, pośród drzew innych niż wszystkie…    




Powyższy tekst ukazał się w Dwutygodniku leśników i przyjaciół lasu: "LAS POLSKI". (12/2016 16-30 czerwca). Dla tych, którzy nie znają tytułu dodam, że ukazuje się on od 1921r.   



wtorek, 12 lipca 2016

ZDĄŻYĆ PRZED KOSIARKĄ


Co roku z żalem, patrzę na wygolone nadgorliwie pasy przydrożnej zieleni. Na setki pączków, które nie zdążyły się rozwinąć i brzęczące ponad nimi zdziwione owady. Zadaję sobie pytanie, czy naprawdę każdy skrawek trawy należy upodabniać do piłkarskiego boiska?     



Nieodmiennie budzę zdumienie wśród przechodniów, kiedy zdecydowanym krokiem wchodzę na pasy zieleni pomiędzy sunącymi samochodami. A ja się spieszę, by uwiecznić krótkotrwałe istnienie miniaturowych ogrodów,  których piękno jest tak obce estetyce większości z nas, ukształtowanej przez zachodnią kulturę. Ba, rzadko kiedy zagonieni i zestresowani w ogóle dostrzegamy, że prostokąt ziemi obok chodnika, porasta coś więcej niż tylko trawa. 


Zresztą każdą kwiatową formę pielęgnowaną w ogrodzie, nazywamy bez mrugnięcia okiem „kwiatem”, zaś to co ożywiło kolorem osiedlowy trawnik, czy zapuściło korzenie w glebę pomiędzy pasami ruchu, degradujemy do miana „chwastu”. Smutna ta klasyfikacja i bardzo krzywdząca dla tych mniej reprezentacyjnych przedstawicieli flory. Choć czy naprawdę polne kwiaty, to gorsi bracia ogródkowych rezydentów? Wystarczy tylko schylić się i uczciwe poświęcić kilka chwil na ogląd przydrożnych pasów zieleni, gdzie nie tylko królują solidne mlecze, tak szybko zmieniające się w ulotny dmuchawiec. Odkryjemy różowy bodziszek, błękitne niezapominajki i przetaczniki, czy fiołek polny - zatem wszystko to, co w zbliżonych formach, lepiej odżywione spotkamy w naszych ogrodach. A to przecież dopiero początek sezonu. Przed nami czas na koniczynę i  przelot pospolity. Może tym razem będą miały więcej szczęścia i zdążą się rozwinąć, zanim pojawi się pan z kosiarką i skasuje bezrefleksyjnie ten mikrokosmos. Więc podziwiajmy dziś to co rośnie, bo jutro może już leżeć. A jeśli pozwolimy sobie na chwilę kontemplacji, zauważymy też mieszkańców tego samorodnego parku. Płochliwe modraszki i ociężałe trzmiele, a w nagrodę za cierpliwość - przycupnięty na łodyżce maleńki konik polny. Z ufnością dziecka pozował mi do kilku fotografii. Widać, nie znał jeszcze na szczęście człowieka…         







Tekst napisałam dla "Przyrody Polskiej". Ukazał się w czerwcowym numerze tego miesięcznika (937).
Do powyższego, bolesnego dla mnie tematu, powróciłam po raz kolejny... Ale w tym roku zaobserwowałam pozytywną zmianę, której dowodem są prezentowane tutaj zdjęcia! Nie tylko pomiędzy zamiejskim supermarketem i Instytutem Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Legionowie, pozwolono zakwitnąć koloniom naturalnie wysianych kwiatów. Także w innych miastach zaobserwowałam podobne zjawisko.
Ktoś przetarł oczy i zrozumiał wagę problemu, czy rośliny ocaliła oszczędność Człowieka?...


wtorek, 28 czerwca 2016

ZIELONA HERBATA - zdrowie w pigułce z długą historią


Wyjątkowo dużo działo się u mnie w czerwcu… Jednym z ciekawszych przeżyć, które na dłużej zapadło mi w pamięć, był udział w Pikniku z Kulturą Japońską – Matsuri. Wszechstronna impreza odbyła się na warszawskim Torwarze. W kontekście kulturoznawczym i rozrywkowym, pisałam o Pikniku zwłaszcza TUTAJ: simran2pl.blogspot.com
simran2pl.blogspot.com/2016/06/matsuri-piknik-z-kultura-japonska-czesc_19.html
Ale niniejszy wątek zamieszczam na tym blogu, bowiem właściwości zielonej herbaty mają nieocenioną wartość dla zdrowia. Nic dziwnego – jest bogata m.in.: w witaminy B, C i E.W zależności od czasu zaparzania i rodzaju liści, uzyskujemy napój o zupełnie różnych właściwościach. Napar z pierwszego parzenia, ponieważ zawiera dużo teiny, działa pobudzająco. Wystarczy, że wypiję 2 – 3 kubki i mogę pracować do świtu! ;-) Ten z drugiego parzenia, dla odmiany uspokaja.
Zielona herbata poprawia krążenie krwi i obniża ciśnienie, korzystnie wpływając na pracę serca. Zawarte w niej flawonoidy wzmacniają naczynia krwionośne i przeciwdziałają zakrzepom krwi. Garbniki zapobiegają nowotworom. Posiada też właściwości hamujące rozwój bakterii w układzie pokarmowym, przyspiesza metabolizm, działa również moczopędnie.
Zanim Europa odkryła ten wartościowy dar Natury, zielona herbata była używana jako tradycyjne lekarstwo w Chinach, Japonii, Indiach i Tajlandii.



A teraz chwila z historią: Zielona herbata do Japonii dotarła w okresie panowania dynastii Tang (618 – 907). Ale musiało upłynąć jeszcze kilka wieków, zanim rytuał przygotowania i picia herbaty, osiągnął formę jaką ujrzałam podczas Matsuri. W latach 1185 – 1333, japońscy mnisi podróżowali do Chin. Wśród nich był mnich Eisai, który po powrocie do Japonii w 1191r. wprowadził ceremoniał przygotowywania herbaty w proszku i picia jej w trakcie medytacji zen…            

Przeszło 10 lat temu rozsmakowałam się przypadkowo w zielonej herbacie. Jeśli pijam czarną, to tylko dla odmiany od spożywczej codzienności… w: gościach, Mc Donalds, (gdy czekam na autobus do domu), lub u Babci, choć i Ona zakupiła dla mnie zieloną, bo pamięta, że lubię ;-) 
Dla tych, którzy podobnie jak ja są fanami tej wersji popularnego napoju muszę dodać, że ta parzona na japońską modłę ma całkiem inną specyfikę! Do niedawna nauczona u źródeł, parzyłam herbatę m.in.: po afgańsku – z kardamonem, lub rzadziej z szafranem.   



Sama ceremonia dla nas, ludzi współczesnej Europy, stanowi egzotyczny rytuał. W japońskiej rzeczywistości trwa on 4 godziny! W rzeczywistości edukacyjnej dla mieszkańców Polski to było 30 minut, ale jakże treściwych! Mogę powiedzieć, że wysiedzieć ten czas „na piętach” w skupieniu i dystansie do wszystkiego co absorbuje nas na co dzień, to niemały wyczyn… ;-) Lecz także duchowe i relaksujące przeżycie, jeśli człowiek umie sobie plastycznie wyobrazić autentyczną uroczystość... A jest co. Tradycyjna ceremonia odbywa się w specjalnym pawilonie usytuowanym w ogrodzie. Przebiega według ściśle ustalonych zasad, w atmosferze godności i oderwania od  świata zewnętrznego. Od początku do końca nie ma tutaj miejsca na przypadek, czy spontaniczne działanie – wszystko jest podporządkowane regułom i odgrywa swoją konkretną rolę. Polakowi zapewne trudno to sobie wyobrazić ;-) W dużym skrócie: gospodarz wita gości przy furtce; przybywający spacerują po ogrodzie podziwiając rośliny. Następnie wybierają gościa honorowego, czyli szanowaną osobę, najlepiej obeznaną z etykietą. On będzie kimś w rodzaju pomocnika gospodarza; jego rola to zadbanie o najwyższą jakość ceremonii. Przed wejściem do pawilonu herbacianego, goście zatrzymują się przy źródełku, gdzie muszą dokonać rytualnego obmycia. Ta czynność w umowny sposób oczyszcza ciało i ducha. Do pawilonu wchodzi się przez nieduży otwór, dlatego każdy musi przy tym kucnąć. Symbolizuje to równość wszystkich uczestników. Ceremonia obywa się w specjalnym pomieszczeniu z wnęką, w której obowiązkowo wisi pionowy obraz kakemono z kaligrafią (zazwyczaj: sentencja buddyjska) a także stoją wazy na kwiaty ceremonii herbacianej.



Te ostatnie są dobierane zgodnie z porą roku, dodatkowo mają być proste i eleganckie. Ot, kwintesencja myśli Kraju Kwitnącej Wiśni! W pomieszczeniu nie ma zbędnych przedmiotów, aby nic nie rozpraszało uwagi. Nie szpanujemy nowym antykiem, czy jeszcze bardziej nowoczesną „plazmą”; nie po to jest to spotkanie. Goście siadają na tatami. Obowiązkowo mają białe skarpetki. Gdy wchodzi gospodarz, gość honorowy składa mu podziękowania. Następnie rozpoczyna się rozmowa, ściśle podporządkowana ramom ceremonii. Żadne tam plotki o życiu prywatnym Dody, czy naszych polityków! Poruszanie takich nieeleganckich i niezwiązanych z sytuacją wątków, byłoby okazaniem skrajnego nietaktu. Uczestnicy są częstowani lekkim posiłkiem; może też być podana sake (którą wreszcie spróbowałam w tym roku).
Gospodarz od zagotowania wody i przetarcia miseczek, rozpoczyna przygotowanie herbaty. Wsypuje ją bambusową łyżeczką…


I wiecie co? Napój jaki otrzymałam, w żaden sposób nie przypomina tego, co piłam wcześniej. Jest bardziej gęsty, pokryty pianką i autentycznie orzeźwiający. Ma wyrazisty, charakterystyczny smak, niemożliwy do pomylenia. Kto próbował słodycze na bazie zielonej herbaty, nie zapomni go nigdy!              




poniedziałek, 13 czerwca 2016

RÓWNI I RÓWNIEJSI


W sklepach z artykułami dla zwierząt, przy regałach z karmą, nie od dzisiaj dostaję oczopląsu. Gdy czytam o tych owocach morza w delikatnym sosie, albo pasztecie z dziczyzny na galaretce z drobiu, sama robię się głodna.

Dlatego unikam takich zakupów przed własnym posiłkiem. Mimowolnie, przychodzi mi na myśl, że w dziale garmażeryjnym sama mogę nie mieć podobnego wyboru. A jeśli nawet, i tak pewnie, wybiorę standardowy, tani produkt. Cóż jednak zrobić, że sobie często odejmiemy od gardła, ale naszemu pupilowi nie potrafimy odmówić? Zaś firmy kuszą. Czy to dla pieska, czy dla kotka, producenci prześcigają się w doborze komponentów, wyrafinowanych nazwach i etykietach przedstawiających szczęśliwe zwierzaki. Bądź tu człowieku mądry i odkryj, co twój czworonóg zjadłby najchętniej? Nie pozostaje nic innego, jak metoda prób i błędów. Nie zechce wątróbki, to zje łososia, albo królika. Po posiłku dostanie jeszcze na deser ciasteczko z witaminami, lub kabanosa ze składnikami uzupełniającymi, dźwiękową kość, czy dzwoniącą myszkę do zabawy. Znajdzie się też jakiś bajer dla ptaszka i chomika. Nasze sumienie może spać spokojnie. Teoretycznie. Bo jestem pewna, że niejeden taki miłośnik fauny, mijał przez wiele dni w ubiegłym roku kota przejechanego na osiedlowej uliczce, albo nie tak dawno, trochę dalej, gołębia. Zwierzaki miały pecha. Znalazły się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. To się zdarza, trudno. Ale dlaczego, u licha, nikt nie wpadł na to, by sprzątnąć nieszczęsne szczątki? Oba stworzenia, zostały wprasowane w asfalt w najbardziej ruchliwej części osiedla, pomiędzy dużym sklepem, a placem zabaw. Nie był to estetyczny widok, gwarantuję. Dzieci, co dzień patrzyły na tę makabrę. Resztki gołębia dość szybko zmył deszcz, kot trafił na słoneczny okres więc z czasem przy pomocy setek kół , niemal wtopił się w podłoże. Przechodzący mieszkańcy omijali to miejsce, niczym pole minowe. Osiedlowe psiaki też zwiewały, nie chcąc podzielić losu ofiar. Pewnie pomyślały – jaka szkoda, że nie wszystkie zwierzęta są sobie równe! 

Tekst pojawił się swego czasu w legionowskim tygodniku "To i Owo".
Na zdjęciu moja dawna sunia. 

niedziela, 5 czerwca 2016

ZDROWO ZNACZY ŚWIADOMIE


Zgromadzone jesienią zapasy jabłek, marchwi, kapusty, buraków, czy ziemniaków, zaczynają już tracić niektóre wartości odżywcze. A my zmęczeni monotonnym jadłospisem, rozglądamy się łakomie za nowalijkami. Czy jednak jest to właściwy krok w kierunku naszej witalności?

                                   KONSUMUJ Z UMIAREM
Niestety, szklarniowe warzywa mimo dorodnego wyglądu, nie są wcale tak zdrowe, jak można by się spodziewać. Względem tych gruntowych, mają mniej wyrazisty smak, ale ich największym mankamentem jest wysoka zawartość azotanów na skutek intensywnego nawożenia. Przekroczenie dozwolonych norm w zastosowaniu nawozów sztucznych ze związkami azotu, jest niemal nagminnym zjawiskiem, a rośliny pobierają tyle składników, ile dostarczy im człowiek. Najwięcej ich występuje w młodej rzodkiewce, marchewce i sałacie. Skutki dla konsumenta bywają więc opłakane: mogą doprowadzić do zatrucia, a w przypadku długotrwałego spożywania nadmiaru związków azotu, wywołują raka żołądka. Oczywiście nie dotyczy to plonów z upraw ekologicznych, ale są one wciąż kroplą na rynku i mają 2 – 3 razy wyższą cenę. Dlatego ja jeszcze cierpliwie czekam na warzywa gruntowe i nadal w dużej mierze korzystam z tych ubiegłorocznych, ostrożnie dozując nowe.
Jeżeli już decydujemy się na zakup nowalijek, musimy pamiętać by nie przechowywać ich w lodówce w foliowych torebkach ponieważ wytwarzająca się w takim opakowaniu wilgoć przyspiesza przemianę azotynów w rakotwórcze nitrozoaminy.
                                              
ZBĘDNE BONUSY
Popularne na rynku gotowe surówki zrobione są jeszcze wprawdzie z jesiennych warzyw, ale zawierają dodatki, które żywności wszak zdrowia nie dodają – głównie E 211 i E 330.
Benzoesan sodu (E211) jest stabilizatorem i konserwantem. W czasach, gdy metody konserwacji żywności, wyszły poza ramy przyjaznej konsumentowi pasteryzacji, procesowi mrożenia, czy wędzenia, spotykamy ten bonus nieomal w każdym produkcie, wymagającym przedłużenia jego przydatności do spożycia. A więc w: serach, majonezach, przetworach owocowo – warzywnych, konserwach rybnych, napojach gazowanych, margarynach. W celach spożywczych pozyskuje się go sztucznie. Wiemy o nim tyle, że jest dozwoloną substancją, choć działa drażniąco na śluzówkę żołądka i powoduje reakcje alergiczne. Dlatego proponowałabym go unikać tym bardziej, że w połączeniu z witaminą C – kwasem askorbinowym (E300), może tworzyć rakotwórczy benzen.
Jednoznacznie negatywną plagą dzisiejszego przemysłu spożywczego jest powszechne występowanie „kwasku cytrynowego”(E330). Choć liczne środowiska lobbystów bagatelizują wpływ na nasze zdrowie tego dodatku, istnieje wiele dowodów na jego szkodliwość. Ponieważ nie jest on konserwantem, znajdziemy tego rakotwórczego destruktora, zarówno w soczku dla naszej pociechy, jak i w słodyczach czekoladowych. Natkniemy się na niego tym bardziej w uważanej za zdrową… surówce. E330 stosowany masowo w przemyśle spożywczym, jest syntetyczną substancją uzyskiwaną przez fermentację cukru za pomocą Aspergillus Niger - szkodliwej dla zdrowia pleśni. Z punktu widzenia kosztów produkcji fenomen popularności kwasku, daje do myślenia, ponieważ naturalny kwas askorbinowy, jest składnikiem znacznie tańszym.

ORZEŹWIAJĄCA SURÓWKA BEZ SZKODLIWYCH DODATKÓW
(Porcja dla 3 osób)

Składniki podstawowe: 1/2 główki sałaty lodowej
1 i ½ soczystego jabłka (np. Ligol)
1 średniej wielkości marchew
1 i ½ średniego ogórka kiszonego
1 i ½ stołowej łyżki rodzynek
1 łyżeczka łuskanych pestek ze słonecznika
½ pęczka natki pietruszki
Sos:
1 – 1 i ½ łyżeczki soku wyciśniętego z cytryny (wedle uznania)  
1 i ½ łyżki stołowej oleju rzepakowego
½ łyżeczki słodkiej papryki mielonej
1/3 łyżeczki curry
1/3 łyżeczki czosnku granulowanego
Sól do smaku (pamiętajmy jednak o słonych ogórkach!)

Sałatę kroimy w cieniutkie paski, długie lub krótkie, w zależności od preferencji smakowych. Płuczemy na sitku, odstawiamy by odciekła. Marchew obieramy i ścieramy na tarce o dużych oczkach. Obrane jabłka mam zwyczaj ścierać zarówno na tarce o dużych oczkach, jak i szatkownicy. W proporcjach ok. 50/50. To samo dotyczy ogórków. W przypadku takiej mieszanki spożywczej jak surówka, różnorodna wielkość składników urozmaica kompozycję smakową. Dodajemy posiekaną natkę; w całości rodzynki i pestki. Mieszamy. Zalewamy olejem i sokiem z cytryny. Dodajemy przyprawy, mieszamy i odstawiamy na 3 godziny. W tym czasie warto jeszcze zamieszać całość kilkakrotnie, aby warzywa puściły sok, wszystkie składniki sosu zawiązały się, a pestki i rodzynki nabrały miękkości. W trakcie tego procesu, sałata stanie się szklista i bardzo delikatna w smaku. Surówkę można też śmiało przechować w lodówce na następny dzień. Będzie wtedy jeszcze delikatniejsza i bardziej soczysta. Idealnie smakuje zarówno z ziemniakami jak i z różnymi rodzajami kasz. Jest wyśmienitym dodatkiem do ryb oraz mięsa.
                                   
ILE ZAPŁACĘ, CO ZYSKAM?
Szacowany koszt składników o tej porze roku (w zależności od miejsca zakupu i producenta):
Główka sałaty lodowej: 3 – 4 zł.
1 marchew: ok. 30 gr.
2 ogórki kiszone: ok. 60gr.
2 jabłka: ok.80 gr.
Pęczek natki: 1,50 – 2 zł.
Opakowanie wymienionych przypraw o masie 20 – 30g: 69 gr – 2 zł (w zależności od firmy)
Najmniejsze opakowanie rodzynek i pestek w zależności od marki produktu: 1 – 3 zł.
Wartości zdrowotne: Ogórki, oczywiście najbardziej wartościowe są te, które ukisimy samodzielnie, albo kupimy je u zaufanego dostawcy - to naturalny probiotyk, podnoszący odporność organizmu i poprawiający trawienie. Podczas procesu kiszenia zwiększa się zawartość witamin: B2, B3, B6, B12, PP. Wpływają one pozytywnie przede wszystkim na nasz układ nerwowy. Surowa marchew zawiera w sobie takie bogactwo witamin (m.in.: C, K) i minerałów (m.in.: potas, wapń, fosfor, magnez, sód), że uznawana jest wprost za warzywo lecznicze. To jedno z największych źródeł beta – karotenu, (prowitaminy A), który korzystnie wpływa na funkcjonowanie wzroku, kondycję skóry i systemu immunologicznego; może obniżyć występowanie niektórych nowotworów. Zawarte w marchwi pektyny, przeciwdziałają miażdżycy. Jabłka są skarbnicą większości witamin, a także błonnika roślinnego i pektyny. Ze względu na niską wartość w indeksie glikemicznym, ich spożycie zaleca się osobom chorym na cukrzycę. Natka pietruszki wzmacnia i oczyszcza organizm – 1. jej łyżka pokrywa dzienne zapotrzebowanie na wit. A i C.  Niskokaloryczna sałata lodowa w porównaniu z innymi rodzajami tego warzywa jest dość uboga w składniki odżywcze. Za to ma wysokie walory smakowe i długo zachowuje świeżość w lodówce.        
      
 (Powyższy tekst napisałam dla Gazety Polskiej Codziennie, 03/06/2016)

            

wtorek, 31 maja 2016

O co tu tak naprawdę chodzi??? (O tym, jak autorytety namawiają do morderstwa)



Bardzo niechętnie wracam do tematu z połowy kwietnia... Blokowały mnie dwie rzeczy: raz - chciałam dać szansę rehabilitacji organizacjom prozwierzęcym, zanim napiszę odpowiedzialnie coś ostrego; dwa - musiałam ochłonąć po czymś, co zaraz tu zrelacjonuję...
O motywach rozdzielania zwierząt wedle własnego widzimisię, myślałam bardzo długo. A także o celu istnienia rzeczonych organizacji, które wolą trzymać u siebie miesiącami/latami zwierzęta, niż dać je prawdziwemu miłośnikowi, z kilkudziesięcioletnim stażem opieki nad czworonogami. W ten sposób w imię przerośniętego ego pozbawiają dane stworzenie domu i serca człowieka, który sprawdził się w roli opiekuna wielokrotnie. I to za własne pieniądze. Żadna gmina nie sponsorowała mu worków z karmą przez 15 lat!...

Nikt mi nie zwróci tych wyjazdów, na które nie pojechałam, bo nie miałam z kim zostawić zwierząt!
Dla Osób, które nie czytały mojego poprzedniego posta krótkie wyjaśnienie: organizacje odmówiły mi powierzenia młodego kota, ponieważ nie chcę go sterylizować (moje koty nie wychodzą z domu, zatem nie ma mowy o nieplanowanym przychówku!). Gdy nie podziałała na mnie propaganda, straszenie, że kot umrze bez tego zabiegu (moja najdłużej żyjąca kotka bez sterylizacji, opuściła świat jako 19 - latka), organizacje ustami swoich pracowników kategorycznie i nieodwołalnie zdefiniowały własne stanowisko: wobec takiego światopoglądu nie dostanę od nich czworonoga. A mój światopogląd to jedynie kwestia sumienia: sterylizacja jest dla mnie okaleczeniem zwierzęcia. Powinna być dla właścicieli WYBOREM, a nie TOTALITARNYM PRZYMUSEM. Zastanawiałam się, czy ten betonowy upór kosztem zwierzęcia, wynika tylko z rozrostu ego ustawodawców w takich instytucjach, czy może stoją za nim inne, bardziej policzalne przesłanki? Cennik z gabinetów weterynaryjnych wygląda następująco:
kastracja kocura: 100 - 300 zł
sterylizacja kotki: 170 - 500 zł
Oczywiście, to nowy opiekun w przypadku adopcji niedojrzałego płciowo zwierzęcia, musi z własnej kieszeni pokryć koszt tej siekanki, gdy jego wybraniec osiągnie "fizyczną pełnoletność". Jeśli tego nie zrobi i zwierz nadal będzie cieszył się pełnią władz rozrodczych, nieważne jaki raj ma w danym domu. Nie ważne, że pokochał właściciela i jest kochany. Przyjdą na kontrolę wysłannicy z danej organizacji i skonfiskują stworzenie. Nikt nie będzie wnikał w Wasze więzi i emocje, bo one w takiej sytuacji się nie liczą!
W przypadku osobników dojrzałych płciowo, przebywających w schroniskach i fundacjach, koszty zabiegu pokrywają instytucje dotowane na ogół przez gminy. Jak może się skończyć taka sytuacja dla zwierzęcia, opisałam w poście - tekście opublikowanym swego czasu na zamówienie lokalnej prasy, pt.: "Perełka miała pecha" (na blogu: 12 listopada 2014).


Zdarzenie, które mnie zbulwersowało jeszcze bardziej niż wspomniana biurokracja (?), upór (?), to interaktywna audycja radiowa sprzed kilku tygodni. Prowadzi ją regularnie pewna znana doktor weterynarii. Nie słuchałam jej już bardzo długi czas z przyczyn, które kiedyś opisywałam na tym blogu i nie będę się powtarzać. Traf chciał, że palec o pewnej godzinie omsknął się i wcisnął guziczek radioodbiornika. Zaczęło się sielsko od zachwytów nad wiosną i budzącą się przyrodą. Ze wstępu przebijała miłość prowadzącej do całego świata. Aż nagle zadzwoniła słuchaczka.
- Pani doktor dokarmiam koty na moim osiedlu. Przychodził tam kocur, który później okazał się kotką. I ta kotka jest teraz w ciąży - zrelacjonowała pospiesznie - Co ja ... powinnam zrobić?... - niepewnie sformułowała pytanie.
Pani doktor wpadła jej w słowo:
- Jak to? Zwabić, złapać i zanieść na zabieg.
Słuchaczce zadrżał głos, gdy odparła:
- Ale to ... To jest bardzo zaawansowana ciąża...
- Tym bardziej trzeba się pospieszyć. Nie wolno pozwolić im się urodzić!
- Tttak.. - wydukała zgaszona karmicielka.
Zanim kopniakiem wyłączyłam stojący na podłodze Bogu ducha winny odbiornik, skamieniałam. Byłam pewna, że usłyszę apel pani doktor dotyczący adopcji istniejących już kociąt, a prośba o profilaktyczną sterylizację będzie dotyczyła szczęśliwej kociej matki. Tymczasem, usłyszałam jak ktoś, kto jest branżowym autorytetem w pewnych kręgach, miłośnik zwierząt, namawia karmicielkę do skrzywdzenia swojej podopiecznej! To tak, jakby kobiecie w 7. miesiącu ciąży, zaserwować aborcję...
W jakiej sytuacji pani doktor stawia tę dobrą kobietę - w roli kata,  który podstępem ma zwabić ciężarną matkę? Co na tym zyska zwierzę, które zaufało człowiekowi? Być może nie przeżyje tego wypatroszenia - wybaczcie dosłowny kolokwializm. Na pewno nigdy już nie odzyska psychicznej stabilności. Z pewnością też do końca swoich dni, będzie żałowało swojej przyjaźni z CZŁOWIEKIEM...
Mam nadzieję, że kotka nie dała się złapać. Chcę wierzyć, że ta historia ma swój happy end i ludzkie okrucieństwo (bo aż trudno uwierzyć, że to tylko głupota, gdy mówimy o lekarzu weterynarii) przykryte płaszczykiem chorej w nadmiarze ideologii, nie zniszczyło tym razem niewinnych istnień.

         

(Zdjęcie z kociakami, których na szczęście nikt nie zamordował, zaczerpnęłam z sieci. Dziękuję! Powyżej moja Dywa, wychowana przeze mnie od 5 tyg. życia.)  

niedziela, 1 maja 2016

Pobuuudka!!!


Zazwyczaj poruszam tutaj tematy przykre i trudne, jeśli nie drastyczne. Dziś jednak robię mały przecinek, tak dla zaczerpnięcia oddechu. Tym razem pokażę Wam przyrodę bez ingerencji człowieka. Bo choć tegoroczna wiosna jest zimna i sucha, nie ma też do zaoferowania wielu dni wypełnionych słońcem, to jednak na każdym skrawku zieleni - od osiedlowego trawnika po łąki za miastem, można spotkać miniaturowe ogrody. Zwykłe pasy swobodnie rosnącej trawy na środku autostrady przy ul. Modlińskiej, na szczęście jeszcze przed koszeniem, mogą ucieszyć nasze oczy takimi formami i barwami!







Oby jak najdłużej, stopa człowieka omijała obudzoną do życia florę i pozwoliła rozwinąć się kolejnym gatunkom przycupniętym przy ziemi.


Liście, mniejsze niż zazwyczaj o tej porze, olśniewają dosłownie i w przenośni swą pierwotną świeżością. Czyż nie są zjawiskowe?  



A to już ogródek mojej Babci przed jedną z warszawskich kamienic. Zaś w nim: migdałek, mahonia pospolita, róża chińska. Jego pielęgnacja to relaks i samo zdrowie. Przy okazji też, wartościowa alternatywa dla klasycznego trawnika.


Miniaturowy konik polny, liczył zaledwie pół centymetra. Przyglądał mi się z ufnością, jak każde dziecko i cierpliwie pozował tak długo, jak tylko potrzebowałam :-) Widać nie wie jeszcze, do czego są zdolni ludzie...