czwartek, 26 marca 2020

Ekologia po katolicku. Rozmowa z o. prof. Zdzisławem Kijasem, OFMConv, autorem "Brewiarza Ekologa"


- Dlaczego zwykło się uważać, że troska o Ziemię to temat bliski tylko światopoglądowi lewicowemu? 

- Wszystko zaczęło się zmieniać w okresie po epoce Oświecenia, kiedy następowała tzw. rewolucja naukowo-techniczna, która paradoksalnie zamiast poszerzać, zawężała coraz bardziej wizję życia i zamykała ją stopniowo w ramach doczesności, materialnego dobrobytu. Następowała przemiana świadomości w myśl nowoczesnej nauki. Zakwestionowano zatem istnienie obiektywnej prawdy - dobra, piękna. Całą sferę wartości i to co tworzy życie. Zaczęto oceniać wszystko nie harmonijnie jako całość, integralnie, tylko fragmentarycznie. W poglądzie chrześcijańskim to, co było życiem – obejmowało i Ziemię i człowieka i Boga - wszystko to stanowiło harmonijną całość. W okresie pooświeceniowym i teraz, zaczęto odbierać rzeczywistość fragmentarycznie, w kontekście jednostkowym. Z czasem została tylko Ziemia  bez relacji do Stwórcy i bez relacji do człowieka, który ją zamieszkuje. Dlatego zaczęto interesować się fragmentami życia. Stąd pojawiła się fascynacja jednym czy drugim elementem – czy Ziemią, czy jakimś stworzeniem na tej Ziemi – np. człowiekiem. Ale wszystko straciło powiązanie ze swoją całością. Do tego, powiedziałbym, że chrześcijaństwo od początku troszczyło się o życie jako coś integralnego, było ono odbierane jako element całości pochodzący od Boga i człowiek w niej także się znajdował. Ziemia nie była Matką Ziemią, lecz darem od Boga.


- Czy w dzisiejszych czasach myślenie ekologiczne zastąpiło myślenie teologiczne?  

- To jest szerszy problem. Powiedziałbym w ten sposób: psychoanaliza mówi, że wiara w Boga Wszechmogącego i transcendentnego jest pewnego rodzaju zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym. Ponieważ dla wielu ludzi wiara stała się aspektem chorobowym, dlatego pozostaje im tylko Ziemia. I raptem, Ziemia stała się dla nich jakby pewnego rodzaju bóstwem, a troska o nią - religią. W tym kontekście, wiadomo, że nie mogło być miejsca na myślenie teologiczne, bo teologiczne odnosi się do Boga, a ekologiczne w punkcie odniesienia ma Ziemię. Miejsce Boga zajęła więc paradoksalnie przyroda. Świat duchowy niewidzialny, przestał istnieć, zastąpił go wyłącznie świat materialny, widzialny. Dlatego też ta dotychczasowa troska człowieka o Boga, o rozwój duchowości, aby wszystko mogło uwielbiać swojego Stwórcę, człowiek mógł się doskonalić, stworzenie pójść na spotkanie z Bogiem, to znikło. Została wyłącznie troska o przyrodę: o czyste powietrze i środowisko, o wodę, czy ekologiczne pokarmy. Oczywiście to nabiera różnych odcieni. Dla osób wierzących, należy mówić o ochronie przyrody, czy ochronie stworzenia, a nie o ekologii, bo ekologia nie ma odniesień jest sama w sobie jak gdyby punktem odniesienia, rzeczywistością zamkniętą. Pojęcie ochrona stworzenia, ma natomiast szerszy zakres ponieważ również człowiek jest stworzeniem, zatem i on tak samo wchodzi w tę ochronę. Angażuje siebie w ochronę tego, co jest własnością Boga, który dokonał stworzenia, jemu zaś zlecił jego ochronę. Tak rozumiana ochrona stworzenia wpisuje się w szeroką kategorię życia. Natomiast czysty ekolog jest bardzo często człowiekiem zamkniętym na taką wizję, a w wielu przypadkach również człowiekiem bez relacji z Bogiem. Ekologia stała się jakimś rodzajem religii. W konsekwencji, jeśli ochrona stworzenia była odbierana, jako odpowiedzialność ludzi wierzących za przyrodę (w tym także za człowieka), nagle ekologia staje się nowym wyzwaniem wiary. A teraz stała się ona ponadto jakby wyznacznikiem godności człowieka, jakby samego człowieczeństwa – jesteś (prawdziwie) człowiekiem, jeśli jesteś ekologiczny. Wielu sądzi więc, że jedynie ekolodzy, ludzie zajmujący się ochroną przyrody, byliby ludźmi o sercu wrażliwym, pełni troski o przyszłość i dobro ludzkości. Ekologiczny byłby więc lepszy od tego, który za ekologicznego się nie uważa albo nie uważa wystarczająco mocno. Chce się wypromować ekologię, jako wartość samą w sobie, pewnego rodzaju wierzenia (religii), które winno regulować moje postawy, mój sposób życia, myślenia, odczuwania, codzienne wybory...


- Dlaczego współczesny człowiek przestał traktować środowisko naturalne jako Dzieło Stwórcy? 

- Tak, jak już powiedziałem wcześniej, to co stało się w świecie po epoce Oświecenia, to co uznano za dobre, to jest pewnego rodzaju zysk. Zatem nasz stosunek do przyrody jest warunkowany zyskiem. Zarówno kiedy ją wykorzystuję, jak też wtedy, kiedy się nią opiekuję. Nasza relacja ze światem zewnętrznym stała się relacją zysku i strat. Kategorie myślenia człowieka współczesnego, opierają się na kalkulacji: co i ile będę z tego miał? Albo co mogę stracić i za jaką cenę?


- Co zastąpiło chrześcijanom właściwy dawnemu człowiekowi zachwyt nad tajemnicą stworzenia? 

- Powrócę do tego, że myśmy zatracili całościowe rozumienie życia - życia, które ma w sobie również tajemnicę. Stało się to dlatego, ponieważ tendencja oświeceniowa, jej rewolucja naukowo-techniczna, wzięła sobie za zadanie wyjaśnienie wszystkich tajemnic. Podejście do rzeczywistości poprzez pryzmat tajemnicy, rodziło zawsze pewnego rodzaju zachwyt i szacunek. Pewien rodzaj ostrożności, pewien rodzaj zdziwienia, ale też pewien rodzaj lęku i respektu. Kiedy z naszego współczesnego sposobu myślenia znikło poczucie tajemnicy, na jego miejsce przyszła mechanika i świadomość, że ja mogę manipulować. W kontekście kryzysu w przyrodzie, pojawiło się myślenie o tym, co muszę naprawić, jakie ewentualnie klocki poprzesuwać, żeby wszystko znowu zaczęło funkcjonować, jak dawniej. Ale manipulacja przyrodą znaczy zaś tyle, że nie pozwala się jej zaistnieć taką, jaka jest i do czego powołał ją Stwórca. Zapomina się też, że zawiera one siły, które pozwalają się jej odradzać, wykorzystując własną energię. Kiedy natomiast zaczyna nią manipulować, kiedy ustawia ją w taki sposób, w jaki w swojej ignorancji lub egoizmie, uważa za właściwy, dokonuje wówczas dokonuje na niej swoistego gwałtu. Myślę, że w postawie człowieka do przyrody, postawie typowej dla osoby wierzącej, tkwi przeświadczenie, że z kimś się komunikuje, kto jest wprawdzie niewidoczny dla oczu, ale czytelny dla serca. Taka postawa rodzi respekt również do ludzi, nie tylko do roślin czy zwierząt. Należy zauważyć, że bardzo często do grona tzw. ekologów należą osoby, które wcześniej przyrodę wykorzystywały bogacąc się w sposób nieumiarkowany i nierozsądny, prowadzący do dewastacji środowiska. Teraz, kiedy się już się materialnie nasycili i stali się bogaci, zabraniają tego samego ludziom biednym, którzy teraz się bogacą. Dlatego postawa czysto względem przyrody racjonalna rodzi poczucie niesprawiedliwości. Dlaczego skoro wyście zatruli środowisko, my nie możemy żyć w bogactwie? – zdają się mówić współcześni biedni. Kiedy dawni rolnicy uprawiali ziemię, ich stosunek do niej, bardzo często był opiekuńczy, wprost matczyny. Uprawiali ziemię po to, aby przeżyć. Oni była żywicielką ich samych i ich dzieci itd. Dziś jest inaczej, nie robią tego, żeby przeżyć, ale żeby się wzbogacić. Teraz relacja, która miała dać możliwość przeżycia, stała się w zamyśle relacją wyzyskującą. Co jeszcze można z tej Ziemi wycisnąć, aby zdobyć więcej pieniędzy? Relacja partnerska, stała się relacją pana i sługi – hierarchiczną.


- Duża część katolików nie wie, że troska o przyszłość Ziemi była udziałem nie tylko Papieża Franciszka, ale też Jana Pawła II i Benedykta XVI. Z czego to wynika? 

- Z braku czytania. Współcześnie problemy środowiska narastają. W czasach, w których żył Jan Paweł II, były inne sprawy, np. natury społecznej, politycznej czy ideologicznej. Wtedy jego przesłania ekologiczne nie docierały tak mocno do odbiorcy jak dziś. Jan Paweł II często w swoich przemówieniach, mówił o pięknie Ziemi i o tym, że człowiek ma możliwość rozpoznawania piękna, a także nosi odpowiedzialność za to. Piękno jest wezwaniem do transcendencji i zarazem drogą wejścia w przestrzeń tajemnicy. Jeżeli nie odrzucimy myślenia wyzyskiem, to wtedy będzie nam bardzo trudno, prawie niemożliwie, odzyskać właściwy stosunek do przyrody, która nie jest ani naszą służką, ani macochą, ale jest ofiarowana przez Stwórcę jak mówi nasza wiara. Abyśmy mogli uprawiając ją i doglądając otworzyć się na realizację dobra bez nadwerężenia i niszczenia jej. W sytuacji w jakiej się znaleźliśmy, odkryliśmy, że nasz stosunek do przyrody, ma negatywne konsekwencje nie tylko dla nas, ale i dla przyszłych pokoleń, co jest o wiele ważniejsze niż los nas samych. To jest właśnie ta kwestia umiaru.   



- Jaki jest odbiór społeczny „Brewiarza Ekologa”?

- Bardzo pozytywny. Są osoby, które mówią, że czytają go codziennie. Ukazał się w języku polskim, angielskim, a teraz we włoskim. Jestem autorem tylko części tekstów. Chciałem pokazać, że troska o przyrodę to nie jest wymysł XXI w. Odkrywanie jej piękna i dobra, koniecznych dla tego życia, istniało od początku, od czasów Starego Testamentu.



- Od czego musimy rozpocząć przemianę naszej postawy względem środowiska naturalnego? 

- Odpowiedzi na to pytanie jest wiele. Człowiek musi nauczyć się obcować z przyrodą. Myślę, że człowiek może rozpocząć przemianę jeśli odkryje przyrodę, jako środowisko swojej formacji. Kiedy zacznie podglądać przyrodę, dostrzeże w niej ofiarność i bezinteresowność. Przyroda nigdy nie chowa swoich darów dla siebie, uczy ciągłej odnowy. W tym kierunku prowadzi „Brewiarz Ekologa” – żeby odkryć w przyrodzie środowisko woli Boga, a nie odbierać jej tylko poprzez chęć zysku, czy zagrożenia. Należy widzieć ją na pierwszym miejscu jako przestrzeń mojej duchowej formacji, mojej relacji z innymi ludźmi, partnera w przeżywaniu czasu. Wiara mówi, że wszystko pochodzi od Pana.


Wywiad ukazał się w Tygodniku "Idziemy", nr 40/2019, dn. 1 października 2019.

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Hulaj noga, kary nie ma


Pojawiły się na chodnikach polskich miast, praktycznie z dnia na dzień. Nie było wcześniejszych konsultacji społecznych, ani regulacji prawnych. Mimo tego szybko poruszające się hulajnogi elektryczne, zdobyły równie szybko - popularność. Dziś już wiadomo, że wcale nie są takim bezpiecznym środkiem transportu, a ich walory ekologiczne, budzą kontrowersje.


Jedno hulajnogom trzeba przyznać: to zdecydowanie cichy środek transportu. Można nawet powiedzieć: zbyt cichy. Nie posiadają dzwonka, ani klaksonu, zatem trudno zorientować się, że za nami mknie z prędkością 30 km/h, amator dwóch kółek. Pół biedy, gdy tylko się spieszy. Gorzej, kiedy jedzie na przysłowiowym „podwójnym gazie”. Korzystanie z hulajnóg pod wpływem alkoholu, to problem nie tylko Warszawy. W Monachium policja codziennie melduje ok. 20 przypadków jazdy w stanie nietrzeźwym. W stolicy jest już prawie 5 tys. tych jednośladów. Można spotkać je praktycznie wszędzie. Często zostawione na środku drogi, czy wprost rzucone, potęgują i tak już duży bałagan w mieście, a do tego stanowią niebezpieczeństwo. Przysypane śniegiem, są trudne do zauważenia, zwłaszcza przez osoby starsze i niedowidzące.  Kontrowersje budzi też trwałość materiału, z jakiego zrobione są hulajnogi, a także baterie. Bywa, że już po kilku miesiącach, sprzęt nie nadaje się do użytku. Z czasem utylizacja elementów, stanie się poważnym problemem. 


Pieszy na dwóch kółkach
Policja nie prowadzi statystyk odnośnie incydentów z udziałem hulajnóg elektrycznych, ale na podstawie danych ze szpitali widać, że problem narasta. Już oficjalnie mówi się o tym, że nowa moda zbiera większe żniwo, niż zimowa gołoledź. Rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji, insp. Mariusz Ciarka, zapytany o definicję nowego środka transportu, wyjaśnił, że Policja nie jest instytucją ani powołaną, ani uprawnioną do udzielania wiążącej interpretacji przepisów, czy informacji o obowiązujących regulacjach prawnych, zwłaszcza gdy zapytania dotyczą spraw hipotetycznych.
- Jednocześnie służąc pomocą informuję, że zgodnie z obowiązującymi przepisami zawartymi w ustawie „Prawo o ruchu drogowym”, hulajnoga nie jest wyszczególniona jako pojazd – powiedział Mariusz Ciarka - Zatem osoby poruszające się na hulajnogach, deskorolkach, wrotkach czy rolkach, należy traktować jako uczestników ruchu określonych w art. 2 ust. 18 PoRD. Nadmieniam, że Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej w artykułach 87 – 94 zawiera zamknięty katalog źródeł prawa i nie ujmuje w nim prawa precedensu, zatem Policjanci podchodzą do każdej interwencji w sposób indywidualny, zgodny z obowiązującymi przepisami. 
Te zaś, nie nakładają obowiązku zbierania tak szczegółowych danych przez jednostki Policji, nawet dla potrzeb GUS.
- Dlatego nie prowadzimy statystyk dotyczących zdarzeń drogowych z podziałem na hulajnogi elektryczne – dodał rzecznik prasowy.



Dla kogo chodnik
O ile hulajnoga elektryczna, jest realnym, szybkim i jak się okazuje wcale nie tak bezpiecznym środkiem transportu miejskiego, a nie traktuje się jej jak pojazd, o tyle definicja chodnika i jego funkcji, nikomu nie nastręcza problemów. „Prawo o ruchu drogowym”, nie pozostawia wątpliwości – chodnik to część drogi, przeznaczona do ruchu pieszych. Główną funkcją chodników jest oddzielenie poruszających się po nim osób od transportu kołowego na drodze, co pociąga za sobą zapewnienie im bezpiecznej i wygodnej komunikacji. Zgodnie z ustawą, wzdłuż chodnika nie można jeździć żadnym pojazdem kołowym. Wydawać by się mogło, że wszystko jest jasne i hulajnoga, a tym bardziej elektryczna, już z racji konstrukcji nie powinna mieć wstępu na chodnik. Nic bardziej mylącego. Ministerstwo Infrastruktury na razie tylko sygnalizuje konieczność prawnych regulacji. Niestety, mimo zapowiedzi projekt takiej ustawy, nadal nie wpłynął do Sejmu. Pieszemu pozostaje póki co wzmożona ostrożność, choć nie jest to łatwe na chodniku, którego część zajmują albo samochody, albo słupki, a nierzadko też kawiarniane stoliki i krzesła. Jeśli dodamy do tego zabłąkany rower miejski, sunący slalomem pomiędzy przechodniami, łatwo wyciągniemy wnioski, że przestrzeni dla pieszych coraz bardziej ubywa.


Uwaga na zdrowie!
W czasach redukcji połączeń komunikacji miejskiej i wysokich cen za bilety, szukanie alternatywnych środków transportu, staje się koniecznością. Tym bardziej, że autobusom stojącym w korkach, daleko do punktualności, a jakość składów, często czyni z podróży drogę przez mękę. W takim układzie tzw. rower miejski, zrobił zasłużoną karierę. Po nim, w listopadzie 2018 r. przyszedł czas na hulajnogę elektryczną. Po niespełna roku, w stolicy już 5 firm oferuje te jednoślady. Kto korzysta z nich najczęściej? Dziewięćdziesiąt procent osób, poruszających się na e-hulajnogach, to osoby do 30 r. życia. W przeciwieństwie do roweru, czy rolek, hulajnoga elektryczna zmniejsza aktywność fizyczną, trudno więc nazwać ją zdrowym środkiem transportu. Tym bardziej, że przeszkody, które rower pokona z łatwością, dla jadącego na mało stabilnej i posiadającej słabsze hamulce hulajnodze, mogą skończyć się w szpitalu. Chirurdzy z SOR-ów, przyznają, że odkąd w przestrzeni miejskiej pojawiły się elektryczne jednoślady, mają dużo więcej pracy, niż podczas zimowej gołoledzi. Światowe dane dają do myślenia. W Los Angeles, tylko na przełomie 2017 i 2018 r. do szpitali trafiło 249 osób na skutek obrażeń będących wynikiem jazdy na e-hulajnodze.
Marcin Chlewicki ze Stowarzszenia Miasto Jest Nasze, które opracowało zbiór 5. reguł dla użytkowników e-hulajnóg oraz tzw. dekalog operatora, zwraca uwagę na wyniki badań nad relacją prędkości do natężenia obrażeń.
- Dlatego postulujemy o fabryczne ograniczenie prędkości do 20 km/h, którego usunięcie w jakikolwiek sposób, np. poprzez zmianę oprogramowania, stanowić będzie przestępstwo zgodnie z art. 306 KK, oraz bezwzględne ograniczenie prędkości do 7 km/h na chodnikach.



Niemieckie rozwiązania
U naszych zachodnich sąsiadów, dyskusje na temat elektrycznych hulajnóg, nie milkną. Dotyczą one zarówno teraźniejszości jak i przeszłości. Zanim pojazdy te pojawiły się na drogach rowerowych, musiały zostać oficjalnie dopuszczone do ruchu. Przed rozporządzeniem z dn. 15 czerwca 2019 r. można było jeździć nimi wyłącznie po prywatnych drogach i placach. Wykluczono możliwość poruszania się po chodnikach i deptakach, a maksymalną prędkość elektrycznych jednośladów, ustalono na 20 km/h. Pierwotnie niemieckie Ministerstwo Transportu, proponowało, aby hulajnogi poruszały się po chodnikach z prędkością do 12 km/h, ale odstąpiono od tego pomysłu. Po pierwszych poważnych wypadkach, niektórzy operatorzy zapowiedzieli wprowadzenie automatycznego ograniczenia prędkości jednośladów do 5–6 km/h na obszarze wykorzystywanym przez hulajnogi i pieszych. Minimalny wiek użytkownika hulajnogi, powinien wynosić 14 lat, a sam pojazd musi posiadać dzwonek i ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej. Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze, opierając się na doświadczeniach innych państw, własnych obserwacjach oraz sygnałach od mieszkańców, przygotowało swoje propozycje dla Ministerstwa Infrastruktury.


Polskie rozwiązania
MJN, postuluje m.in.: aby za korzystanie z przestrzeni publicznej w ramach działalności komercyjnej firmy wynajmujące hulajnogi, płaciły 8 zł dziennie za każdy zarejestrowany pojazd. Ta opłata trafi do budżetu zarządcy drogi i pokryje koszty obsługi systemu przez władze samorządowe. Samorządy mogą samodzielnie ustalić dzienną stawkę za pozostawienie hulajnogi na wynajem w przestrzeni publicznej do wysokości 0,5% płacy minimalnej za każdy pojazd. Operatorzy muszą posiadać podmiot zarejestrowany w Polsce (w formie spółki lub oddziału przedsiębiorcy z siedzibą w UE). Operatorem może być tylko podmiot o odpowiedniej wiarygodności finansowej. Obowiązkowa fiskalizacja (VAT) oraz rejestracja transakcji dotyczących wynajmu na terenie RP – rachunek lub faktura. Obowiązkowy rejestr hulajnóg na wynajem zapewni przejrzystość działania operatorów. Świadczenie usług wyłącznie w oparciu o maksymalnie 12-miesięczną umowę regulującą jakość usług zawieraną z władzami samorządowymi, której złamanie byłoby obarczone karami umownymi oraz możliwością natychmiastowego rozwiązania. To tylko niektóre z rozwiązań proponowanych przez Miasto Jest Nasze. Na ich podstawie widać, o czym zapomniały osoby zezwalające na użytkowanie hulajnóg w polskich miastach. A braki od strony prawnej, skutkują niezasłużonym uprzywilejowaniem nowego środka transportu. Narażają też na niebezpieczeństwo ludzkie życie. Czas to zmienić.


Tekst ukazał się w Tygodniku "Idziemy", dn. 3 września 2019 r. (36/2019)

środa, 11 września 2019

Pomalowane przez Matkę Naturę - Zmrocznik wilczomleczek


Długo mnie tu nie było. Z różnych względów. Ale nie biję się w piersi, bo z moim blogiem, czy bez - Człowiek i tak gotuje Ziemi piekło.
Choć temat ekologii jest ostatnio "trendy", patrzę na to, co się dzieje wokół mnie, słucham o tym, co dzieje się na innych kontynentach i ... ręce mi opadają. Czy jest sens pisać cokolwiek (nie tylko na blogach, bo takie same smutne refleksje mam względem prasy), skoro Człowiek - jego narastająca chciwość i zanikająca odpowiedzialność - nie dają wielkiej nadziei na mądre zmiany w naszym rozumieniu wspólnego dobra, jakim jest Ziemia?



Dlatego dziś, by nie zadręczać się tym, czego nie mogę (póki co) zmienić - coś lżejszego. Fotograficzny plon pewnego sierpniowego popołudnia...


W środku lasu, tuż przy drodze spotkałam pokaźne stadko (7 sztuk) pstrokatych gąsiennic. Ich gabaryty, były  trudne do przeoczenia ;-)



Poruszały się szybko i jeszcze szybciej pochłaniały na mych oczach... wilczomlecz. Nic dziwnego. Miałam szczęście spotkać pięknie pomalowane przez Matkę Naturę -  gąsiennice Zmrocznika Wilczomleczka (Hyles euphorbiae)! Ten efektowny wieczorny, różowo - oliwkowy motyl, latający od połowy maja do połowy lipca, w Polsce jest wciąż dość pospolity. Jego gąsiennice żerują od lipca do września, (nie tylko na różnych gatunkach wilczomlecza, ale też fuksji) i przepoczwarzają się w październiku. Poczwarki zimują na ziemi lub w ziemi, do maja.


Czyż Zmroczniki w tej postaci, nie są piękne? Kto z nas potrafiłby wymyślić te barwy i wzory? ;-).....

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Tak ginie Ziemia.../The Earth = The End. Proszę, PRZEKAŻ ten link dalej.


W ciągu ostatnich 27 lat, ubyło blisko 80 % owadów latających w ... niemieckich parkach narodowych. Wobec tego aż strach pomyśleć, co dzieje się w dużych miastach. 

W Polsce nikt nie prowadzi tak długotrwałych obserwacji, ale wiadomo, że liczba pszczół, co roku - drastycznie spada. 

Żaden kolejny rząd nie dostrzega problemu.  

Co gorsza, naukowcy nie odkryli jeszcze przyczyny. Nie wiadomo więc, czy winne jest temu stosowanie pestycydów, czy monokultury rolnicze, dające pszczołom jednorodną i krótkotrwałą bazę pożytkową.

Jeszcze bardziej niepokoi fakt, że masowo giną również gatunki uważane za pospolite...


Od początku XXI w. ubyło przeszło 5 razy więcej przestrzeni zalesionej świata, niż wynosi powierzchnia Polski. Lasy niszczone są nie tylko w wyniku działalności gospodarczej Człowieka...




... giną także na skutek wojen i katastrof naturalnych. 

Marcowe wichury, również w mojej miejscowości w centrum Polski, wyrwały wiele potężnych drzew z korzeniami.


Statystyczny Polak produkuje 312 kg odpadów rocznie. W dalszym ciągu wyrzucamy śmieci do lasu. Wywozimy je z naszych domów i rzucamy spontaniczne podczas spacerów.  





W trakcie wędrówki, 2 tygodnie temu, z trudem wypatrzyłam w lesie kilka kęp fiołków i cebulicę syberyjską. Za to co chwilę musiałam omijać szklaną i aluminiową "galerię procentów".  


Polscy deweloperzy coraz chętniej zagarniają tereny zielone pod swoje inwestycje. Im gęściej, tym lepiej, bo większy zysk. I tak powstają bezdrzewne osiedla, przypominające historyczne getto warszawskie, w latach okupacji niemieckiej. Bez skwerów z ławkami i placów zabaw dla dzieci. Budynki stawiane są tak blisko siebie, że z okna widać, co dzieje się w mieszkaniu sąsiada. Ale najuboższy nie będzie stawiał wymagań. Kupi, co dają, byle mieć własne 4 ściany.   

Polskie prawo budowlane, jako jedyne w Europie, tak chętnie sprzyja... bezprawiu budowlanemu. Znikają nawet kolejne  tzw. "kliny napowietrzające" duże miasta.

Jakość powietrza w Polsce, jest najgorsza spośród wszystkich krajów europejskich.

Co roku w Polsce umiera blisko 50 tys. osób na skutek złej jakości powietrza.
To prawie tyle samo, ile liczy miasto, w którym mieszkam...




Ostatnie skrawki łąk w Jabłonnie (woj. mazowieckie). Całość sprzedano pod inwestycje mieszkaniowe i handlowe przez Państwową Akademię Nauk. 








Fiołek polny, zwany też bratkiem polnym, dzikim bratkiem (Viola arvensis) - to jednoroczna, lub dwuletnia roślina, wciąż jeszcze popularna w Europie. Małe jej siedlisko odkryłam na wąskim pasie zieleni przy przejściu dla pieszych, pomiędzy zabudowywanymi łąkami, a supermarketem OBI  w Jabłonnie, blisko tydzień temu. 


DZIŚ, 22 kwietnia ma miejsce kolejny Międzynarodowy Dzień Ziemi., którego celem jest promowanie postaw proekologicznych w społeczeństwach. Obchodzony jest w momencie równonocy wiosennej na półkuli północnej - analogicznie w dniu równonocy jesiennej na półkuli południowej. Czy dla kogoś ta data ma jeszcze jakieś znaczenie, czy też biernie pogodziliśmy się z własną zagładą i cierpieniem naszych dzieci? A może nawet w tej kwestii zabrakło nam elementarnej wyobraźni?...

piątek, 19 kwietnia 2019

Choć drzewa wycięto - budowa wieżowca ruszy nieprędko.


Wieżowiec bez centralnego ogrzewania

Choć drzewa wycięto, wiele wskazuje na to, że budowa wieżowca na legionowskim osiedlu Piaski, ruszy nieprędko. Mimo zmiany planów, inwestor wciąż ma problem z dopełnieniem wszystkich niezbędnych formalności.  



Miał być duży, będzie jeszcze większy. Nie wiadomo tylko, kiedy powstanie. Według pierwotnego planu wieżowiec na Piaskach miał zawierać 78 mieszkań – aktualnie zaprojektowano ich aż 96. Ale już na przełomie lutego i marca br. wycięto na działce stare sosny. Plany budowy wieżowca na Piaskach, sięgają początku 2016 r. Kilka miesięcy wcześniej Agencja Mienia Wojskowego sprzedała w trybie przetargu działkę za kwotę 2 mln 600 tys. zł. W miejscu terenu zielonego i charakterystycznego budynku zwanego przez mieszkańców „okrąglakiem”, deweloper postanowił wybudować budynek usługowo mieszkalny.



W grudniu 2016 r. wystąpił po raz pierwszy o pozwolenie na budowę obiektu. Na spójnym architektonicznie osiedlu miał wyrosnąć wieżowiec z 8. kondygnacjami naziemnymi od strony ul. Piaskowej i 5. kondygnacjami od strony Al. Sybiraków. W budynku miało znajdować się 78 mieszkań i 6 lokali usługowych. Największe obawy mieszkańców wzbudziła jednak niedostateczna ilość planowanych dla tej inwestycji miejsc parkingowych – w garażu podziemnym, zaprojektowano ich zaledwie 50, zamiast wymaganych 132. Inwestor wprawdzie chciał część parkingu utworzyć na terenie oddalonym o 400 metrów, ale pomysł wywołał uzasadniony sprzeciw mieszkańców. Plany ostatecznie zostały zmienione i 6 września 2018 r. Starosta Legionowski zatwierdził nowy projekt oraz wydał zezwolenie na budowę. Z pytaniem, jak tym razem zostanie rozwiązana kwestia parkingów, zwróciliśmy się do Starostwa Powiatowego w Legionowie.
„Zgodnie z zapisami § 28 ust. 12 obowiązującego miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego miasta Legionowa, zatwierdzonego uchwałą nr XLI/492/2001 Rady Miasta Legionowo, ustala się 1,5 miejsca parkingowego na 1 mieszkanie dla budynków wielorodzinnych. W projektowanym budynku zaprojektowano 96 mieszkań. W związku z powyższym inwestor zaprojektował w garażu podziemnym 144 miejsca postojowe, które zapewnią obsługę mieszkańców projektowanego budynku mieszkalnego wielorodzinnego – poinformowała nas w pisemnej odpowiedzi Joanna Kajdanowicz, naczelnik wydziału kultury i promocji ze Starostwa Powiatowego w Legionowie.



Wiele wskazuje jednak na to, że nie wszystkie problemy zostały rozwiązane, o czym informują nas mieszkańcy. Przez działkę inwestora przebiega częściowo droga pożarowa do budynku Wspólnoty Mieszkaniowej z ul. Zegrzyńskiej 45. W części drogi pożarowej, która zawiera się w nieruchomości inwestora, znajduje się studzienka, do której odprowadzane są wody deszczowe z dachu budynku Wspólnoty Mieszkaniowej. Zarówno studzienkę, jak i drogę pożarową wraz z odwodnieniem wybudowano przed wytyczeniem aktualnych granic działek. Ponadto inwestor nadal nie otrzymał pozwolenia na podłączenie do sieci ciepłowniczej, co stanowi warunek konieczny w przypadku budynków wielorodzinnych. Jak i kiedy zostanie rozwiązany ten problem? Dodatek Mazowiecki, będzie przyglądał się rozwojowi sytuacji.



Tekst ukazał się w "GPC", nr 2298 - 08.04. 2019