piątek, 15 lutego 2019

Miały zostać zabite


Co myślę o fundacjach prozwierzęcych i tzw." adopcjach", już wiecie. Kilka lat temu, mimo szczerych chęci i prób zrozumienia zjawiska - fanatyczni pracownicy tych hojnie dotowanych przez zarządy miast instytucji, nie dali mi się polubić. Pewnie nie płaczą z tego powodu (ja też), ale niestety, nie udało im się również przekonać mnie, że faktycznie działają dla dobra zwierząt. A zwłaszcza, że zależy im na tym, by doświadczony, spragniony zwierzaka człowiek dał serce i dom, czworonogowi po przejściach.
Pisałam o tym. m.in. TUTAJ:

https://simran4.blogspot.com/2016/05/o-co-tu-tak-naprawde-chodzi-o-tym-jak.html#comment-form

Co gorsza, niektórzy tzw. "miłośnicy", sami fundują psu/kotu dodatkowe cierpienia, postawą daleką od empatii i szacunku do zwierząt.
Cóż, kilka lat minęło, ale nic się nie zmieniło...
Pod koniec grudnia, jeden z moich znajomych, znalazł w internecie tę oto śliczną, sunię:



Choć spojrzenie ma tak wymowne i dojrzałe, to zaledwie roczna małolata ;-)
Czy zginęła, czy jakiś bezdusznik ją wyrzucił - nie wiadomo. Została znaleziona i szybko zaadoptowana. Znajomi, doświadczeni psiarze, ocenili jednak, że młoda, albo niedawno miała dzieciaki, albo dopiero będzie matką. Badanie USG, wykazało, że faktycznie, ciąża jest, sztuk 4, stan dość zaawansowany. Zadzwonili do poprzednich, tymczasowych opiekunów suni z tą informacją.
Pracowniczka fundacji wykrzyknęła oburzona, że przecież trzeba zrobić zabieg! Nie szkodzi, że ciąża nie jest najmłodsza.
- Można to zrobić dzień przed porodem - stwierdziła KOBIETA.
Znajomy, zbulwersowany (do tej pory na szczęście nie miał do czynienia z podobnymi instytucjami, więc nie wiedział jakie reprezentują morale), oznajmił, że przecież suka nie wybaczy im tego czynu do końca życia. Do KOBIETY nie trafiały argumenty, że pieski będą miały nowe domy, a dla tych którym się nie poszczęści, też znajdzie się u nich miejsce.
- Przez pana pieski, inne z fundacji nie znajdą domów.
Znajomy wykazał sytuacyjną cierpliwość. Ja, jako kobieta zapytałabym tę osobę, czy zdobyłaby się na aborcję tydzień przed porodem, czy podobne działania zaleciłaby córce/siostrze, etc. Gdyby taki morderczy pogląd przedstawił mężczyzna, byłabym w stanie to jakoś zrozumieć.



Hipokryzja tej pani ma wiele twarzy...
Reasumując:
1.Gdyby fundacje faktycznie chciały mieć pod swoją opieką mniej zwierząt, uelastyczniłyby te fanatyczne reguły. Pozwoliłyby nowemu właścicielowi zdecydować samodzielnie, czy sterylizuje/kastruje własnego podopiecznego. Z wieloletniego doświadczenia powiem, że większość ludzi nawet bez totalitarnych nakazów woli pozbawić swoje czworonogi zdolności rozrodczych i nie martwić się w przyszłości szukaniem nowych domów dla ich potomstwa.
2. Bulwersujący jest też przymus brania zwierząt z fundacji i zakaz posiadania urodzonych we własnym domu. Obawiam się, że nawet Orwell by na to nie wpadł...
3. Fundacje pseudo - prozwierzęce nie miałyby racji bytu, gdyby władze miast przekazywały pieniądze na utrzymanie bezdomych czworonogów, (na karmę i opieką weterynaryjną), bezpośrednio - pełnosprawnym seniorom, czy ludziom samotnym, którzy chcieliby zaopiekować się bezpańskim psem lub kotem. Wielu emerytów marzy o posiadaniu zwierzaka, ale zwyczajnie ich na to nie stać. Niestety, wciąż jeszcze to nie jednostki, ale sprytne instytucje korzystają z naszych podatków.  

Młoda sunia miała to szczęście, że trafiła na dobrych Ludzi, szanujących uczucia i potrzeby zwierząt; dających im prawo do życia. Ludzi, którzy Ziemi nie traktują jak prywatny folwark.
Ostatecznie, w połowie stycznia, urodziła 3. dorodnych chłopaków i 3 urocze dziewuchy ;-) 








A przecież w imię czyjegoś kaprysu, miały zostać zlikwidowane, jak chwast na grządce, czy kornik w naszym ulubionym meblu... I nie sadysta zabiłby szczenięta, ale ktoś, kto podszywa się pod miłośnika zwierząt. To właśnie w tej historii jest NAJGORSZE.


środa, 6 lutego 2019

Mia i biały lew. Więcej niż kino familijne


Choć historia kończy się szczęśliwie, końcowy apel (w polskiej wersji językowej wygłasza go Martyna Wojciechowska) pozostawia w widzach niepokój: jeśli nic nie zrobimy w kwestii polowań na lwy, za 20 lat, będziemy oglądać te zwierzęta tylko w filmach i książkach.


„Mia i biały lew”, wykracza poza znany i sprawdzony schemat kina familijnego. Historia dziewczynki i drapieżnika, stanowi ważny głos we współczesnym, antropocentrycznym świecie. Kamera przez 3 lata rejestruje kolejne etapy życia tytułowego, białego lwa; w ciągu 100 minut filmu zmienia się fizycznie czworonożny aktor, dorasta też i główna bohaterka. Fabuła zaczyna się dość typowo. Mia, zagubiona i zbuntowana 11-latka nie umie odnaleźć się w nowej sytuacji, po tym jak jej rodzice przenoszą się z zatłoczonego Londynu do Afryki. Dziewczynkę nie interesuje dzika przyroda, a tym bardziej nie rozumie fascynacji swojego ojca farmą lwów, która doprowadziła całą rodzinę do wyjazdu na drugi kontynent. Nawet narodziny tak rzadkiego zwierzęcia, jak biały lew, nie od razu pozwolą zaakceptować Mii inne realia. Z czasem biały kociak - Charlie, staje się domową maskotką, a największym, bezkrytycznym uczuciem, obdarza go Mia. Czy jest w tym jakieś nadużycie, jak sugerowali koledzy w recenzji z weekendowej „Niecodziennej?”. Moim zdaniem - nie. Jeden nazwie czułości względem lwa i desperacki strzał oddany do ojca (bynajmniej nie niewinnego) „obłędem”, drugi uzasadni to specyfiką dzisiejszych czasów.  A te jak wiadomo dobitnie pokazują, że najbardziej drapieżnym gatunkiem jest… człowiek. Pierwsza część filmu, to klasyczny konflikt rodzinny, następnie widz staje się świadkiem niesamowitej, ponadgatunkowej przyjaźni dwojga młodych istot. W końcu musi jednak nastąpić pęknięcie. Zaniepokojeni o bezpieczeństwo córki rodzicie, postanawiają sprzedać Charliego. Dziewczynka zrobi wszystko, by do tego nie dopuścić. 



Autorzy scenariusza nie zdecydowali się tylko na gładką opowieść o przyjaźni człowieka z lwem, ale pokazali, choć w ostrożny sposób, bestialski mechanizm, kierujący dużą częścią farm i rezerwatów w Afryce. Tajemnicą poliszynela jest hodowla lwów, nie da ich ochrony, ale po to by z czasem trafiły do zagród, w których będą czekały aż bogaty turysta odda do nich śmiertelny strzał. Mia, idzie za głosem dziecięcego sumienia. Nie kryguje się, nie kalkuluje, nie układa z otoczeniem. Jeśli chce uratować Charliego, czeka ją długa, samotna wędrówka do granic rezerwatu. Czy jej postawa da nam coś do myślenia? 

Tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" z dn. 5.02.2019; nr 2246.

środa, 16 stycznia 2019

Kultura przesytu


Choć coraz bardziej spektakularnie walczymy z narastającą epidemią otyłości, czemu służą liczne poradniki, diety oraz potężny rynek cudownych suplementów, jednocześnie oswajamy ten stan na wielu płaszczyznach. Trudno się dziwić. Modne od pewnego czasu promocje: „Kup więcej za mniej”, z pewnością nie są sprzymierzeńcem redukcji wysokiej wagi.


Dane Instytutu Żywności i Żywienia są zatrważające: „Wg gromadzonych przez IŻŻ danych i opinii eksperckich, tempo wzrostu epidemii otyłości w Polsce nie zwalnia, a nawet przybiera na sile. Zjawisko to przeraża nas, lekarzy i dietetyków, zwłaszcza, że wzrost ten dotyczy także najmłodszych. Dlaczego stale przegrywamy? Czy jesteśmy naprawdę skazani na porażkę? Co musi się jeszcze zadziać, by wprowadzić powszechnie sprawdzone przez Instytut programy profilaktyki? Tym zagadnieniom poświęcimy IV Narodowy Kongres Żywieniowy – ogólnopolskie spotkanie ekspertów, praktyków i pasjonatów” – zapowiada Prof. dr. hab. Mirosław Jarosz, Dyrektor Instytutu Żywności i Żywienia, pomysłodawca wydarzenia, które odbędzie się w dniach 25-26 stycznia 2019 r.

Otyłość się opłaca?

Od kilku lat wmawia się społeczeństwom tyjącym, że narastającej epidemii otyłości nie można już pokonać. To zmiana strategii sprzed dekady, kiedy różne środowiska przekonywały nie tylko zainteresowanych, że odpowiednia dieta i ćwiczenia, nawet z najbardziej puszystych gabarytów, zrobią figurę modelki. Poniekąd ta nadzieja jeszcze drzemie w każdym z nas, kiedy sięgamy po różne reklamowane suplementy. Choć i w tym przypadku, zachowujemy coraz częściej konsumencką ostrożność… Pewnie dlatego producenci prześcigają się w fortelach, które mają wiarygodnie skłonić do kupna danego wyrobu - żonglują pojęciami, zacierają granice. Pod pretekstem ochrony wątroby, „przemycają” specyfik mający na celu redukcję tkanki tłuszczowej. Reklama gwarantuje spadek wagi jako… efekt uboczny. Rozchichotane panie ręczą za sukces, a co na to konsument? Konsekwentnie konsumuje. W 2017 r. padł w Polsce rekord sprzedaży tzw. wyrobów/substancji medycznych – wynosząc 4 mld zł. Co roku wzrasta o 8 %. Wiele z tych środków ma pomagać w redukcji zbędnych kilogramów. Jaki jest tego efekt, wystarczy porozmawiać z lekarzami. Z roku na rok zgłasza się do nich więcej pacjentów cierpiących na nadwagę i otyłość, a wraz z nimi – liczne choroby. Każdy z nich, przetestował cierpliwie przynajmniej jeden „wyrób medyczny”. Bez skutku.

Żywność w rozmiarze XXL

Każdy zgodzi się z tym, że nadwaga to problem współczesnej epoki. Ale zdania na temat, czy wynika, ona z jakości konsumowanego jedzenia, czy po prostu jego nadmiaru, są podzielone. Jedno jest pewne - co trzeci polski ośmiolatek, ma nadwagę lub otyłość. Badania dowodzą niezbicie, że ci, którzy spożywają kilka przekąsek w ciągu dnia, zjadają wraz z nimi ok. 1000 kcal więcej niż osoby żywiące się w sposób tradycyjny. Rocznie daje to ćwierć miliona niepotrzebnych kalorii na osobę. Sprawdza się stara, niezawodna metoda ograniczenia wagi, czyli mniejsze porcje. Ale jak to zrobić, skoro na każdej sklepowej półce spotykamy mleko w rozmiarze XXL, batoniki, większą paczkę z wędliną, czy chipsy? Te ostatnie same w sobie uważane są za żywność niezdrową i sprzyjającą nadwadze. Duże opakowania, dodatkowe gramy, to jeszcze połowa kłopotu. Ostatecznie nie wszystko trzeba zjeść na raz. Najbardziej negatywne efekty niosą te najnowsze marketingowe mody – kup więcej za mniej. I tak konsument staje przed nieuczciwym wyborem: Kup 4 opakowania, w cenie 3. Po szybkiej kalkulacji, z której wynika, że w takim układzie zachowamy kilka złotych więcej w portmonetce, bierzemy większą ilość, nawet jeśli nie damy rady tego zjeść. Oszczędność tylko pozorna, ale kolejni producenci żywności i sieci handlowe, bazując na naszej zachłanności, prześcigają się w podobnych promocjach.


Polubiliśmy otyłość?

Odzież w rozmiarze XXL, to już nie wszystko. Nawet ikona piękna, karykaturalnie szczupła i nienaturalna – lalka Barbie – otrzymała po raz pierwszy od 1959 r. tzw. ciało „curvy”. Pełne uda, masywny tułów niemal pozbawiony talii, zachwyciły zarówno dziewczynki, jak i kolekcjonerów. Wiele środowisk zakrzyknęło: Oto wreszcie mamy do czynienia z normalną, kobiecą figurą! W Polsce z problemem nadwagi lub otyłości zmaga się obecnie 67,3% dorosłych mężczyzn i 53% dorosłych kobiet. Na podstawie danych krajowych, przewiduje się wzrost występowania nadwagi lub otyłości - u 2/3 populacji nie dalej jak do 2030 r. Alarmującym jest fakt utrzymywania się tendencji wzrostu nadwagi i otyłości wśród polskich dzieci, zaliczanych od blisko 10 lat do najszybciej tyjących w Europie. Pulchne celebrytki i celebryci, to także jeden z dzisiejszych trendów. Już nie trzeba mieć filigranowej figury, by prezentować swoje wdzięki w telewizji, czy prasie kolorowej. W pewnym sensie nadwaga staje się trendy. Tym bardziej, że przecież ma być stanem nieredukowalnym i nieuniknionym we współczesnej kulturze przesytu. 

Liderzy wysypisk

Dowolny sklep wielkopowierzchniowy w sobotni wieczór. Rząd konsumentów stoi cierpliwie w długim ogonku do kasy. Głębokie wózki na kółkach, są wypełnione z górką. Zgrzewka napojów, zgrzewka mleka, słodycze, dwie siatki owoców, dziesięć serków, tyle samo jogurtów, stos paczkowanych mięs i wędlin. Wojna? Wesele? Nic z tych rzeczy. To tylko widmo niedzieli wolnej od handlu. Na świecie 793 miliony ludzi cierpi z powodu niedożywienia. Rocznie aż 12 mld zwierząt trafia do kosza, w tym 2 mld w krajach UE, tylko dlatego bo minął termin ich przydatności do spożycia. Zupełnie, jakby jakieś zwierzę żyło tylko po to, aby docelowo znaleźć się na wysypisku, a wraz z nim czyjś wysiłek i koszt włożony w hodowlę. Bezpowrotnie i niepotrzebnie traci się w ten sposób również wodę użytą w procesie produkcji. 88 mln ton – to ilość żywności, która marnuje się każdego roku w państwach Unii Europejskiej. Daje to 173 kg na osobę. Polska jeszcze 30 lat temu borykająca się ze stanem wszechstronnych niedoborów, znajduje się na piątym miejscu tej niechlubnej listy. Przed nami są: Estonia, Cypr, Belgia i Holandia. Warto o tym pomyśleć, zwłaszcza teraz w wirze świątecznych zakupów, by już za kilka dni, nie opróżniać lodówki z przeterminowanej żywności.   


Tekst, w wersji skróconej, ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie", numer 2224 - 10.01.2019

środa, 9 stycznia 2019

Bezsensowne marnotrawstwo


W niejednej kulturze, drzewo iglaste uważane jest nie tylko za symbol życia, ale też za oznakę trwałości. Tej coraz trudniej szukać w bogacącym się społeczeństwie. Mam wrażenie, że co roku jest gorzej. Całkiem zielone choinki, lądują w altanach śmietnikowych krótko po Sylwestrze. Już 3 stycznia znalazłam zwał zieloności przy mojej altanie. Kto wie, może wyrzucono je zaraz po noworocznej zabawie? Nie zaglądałam tam wcześniej...
Jaki jest sens kupna drzewka, które średnio rosło 10 lat, by w naszym mieszkaniu postało raptem kilka dni???
W czasach mojego dzieciństwa, (a do Matuzalema jest mi naprawdę daleko), choinkę rozbierano wtedy, gdy sypały się kolki i spadały z niej bombki. A i tak, robiło się to z żalem. Że już jest po świątecznej radości i okolicznościowym wystroju pokoju. Że się skończyło i znowu trzeba czekać. Żal było nawet dorosłym...


Mieszkam na osiedlu, gdzie metraż pomieszczeń jest spory. Nie umywa się do przedwojennych, warszawskich klitek, przydzielanych łaskawie w formie komunałek, w latach PRL-u. Trudno więc uzasadnić takie marnotrawstwo brakiem miejsca...  
 Świerki srebrzyste, widoczne na fotografiach, mogą stać swobodnie nawet w ciepłym mieszkaniu 3-4 tygodnie. Ich cena wynosi od 50 do 130 zł. A jednak - pierwsze nie zachęca do szacunku i troski, drugie nie zniechęca do marnotrawstwa.


wtorek, 27 listopada 2018

A w Legionowie wciąż śmierdzi i znika zieleń... LEGIONOWO miasto znikającej zieleni - część 9.


Od kilku już lat przedstawiam Wam ponury krajobraz 50-tysięcznej miejscowości podwarszawskiej. Mimo dużego potencjału wyjściowego, komunikacja wciąż niedomaga; nie ma też kina, ani obiecywanego od paru dekad szpitala. Ale nie o tym jest ten post.
Zanim Legionowo zasłynęło na całą Polskę z lokalnych układów mających swe korzenie w epoce PRL-u, i szowinistycznych wypowiedzi prezydenta, który kobiety dzieli na "zbyt ładne", albo "panie od seksu", miasteczko mogło poszczycić się rekordowym stopniem zaludnienia. Tutaj na 1 km kwadratowy, przypada blisko 4 tys. osób. To nie jedyny liczebny sukces Legionowa...
Ta najgęściej zaludniona gmina w Polsce, jest jednocześnie jedną z najbardziej zanieczyszczonych miejscowości w woj. mazowieckim. Ilość szkodliwych pyłów wżerających się w płuca mieszkańców, nie raz przekracza 400-500 % ustawowej normy. Nic więc dziwnego, że klepsydry na ogrodzeniu jedynego miejscowego cmentarza w 80 % obwieszczają o zgonach ludzi w wieku 57 - 67 lat. Jak to się ma do rzekomej rosnącej (ponoć) średniej życia? Obywatel po skończonej szkole podstawowej, bez użycia kalkulatora, odpowie sobie na to pytanie sam...


Wprawdzie miasto pilotuje i wspiera projekt wymiany pieców, to jednak czarne dymy wypełzające z kominów są nagminnym widokiem. Ekologiczna świadomość większości mieszkańców, waha się w granicach wiedzy kultur bardzo pierwotnych. Ponadto Straż Miejska w Legionowie albo zbyt łagodnie traktuje problem, albo zwyczajnie sobie z nim nie radzi. Tak, czy inaczej, powietrze w Legionowie jest śmiertelnie niebezpieczne... I po prostu - cuchnie.


Nie pomaga w tym rabunkowa gospodarka wprzężonych w komercyjny system deweloperów. Bezceremonialnie dogęszczają starsze osiedla, kradnąc lokatorom tlen i widok z okien. Za to SMLW - lokalny monopolista, nie dość, że pozwala na te praktyki, to jeszcze sama niszczy ostatnie skrawki unikalnej roślinności wydmowej, sadząc na terenach biologicznie czynnych bloki i szeregowe domki jednorodzinne. Na ogół bez miejsc parkingowych ;-)


O smogu, przynajmniej od 2. lat mówi się dużo. Pamiętna i haniebna Lex Szyszko, poczyniła w wielu miejscowościach Polski straty w drzewostanie na dziesiątki lat. Jak każde zło, mimowolnie przyniosła ze sobą dobro, budząc świadomość ekologiczną i myślenie przyszłościowe wśród naszych beztroskich Rodaków.
Niestety, ten optymistyczny stan ducha nie dotyczy legionowskich urzędników, (z przyczyn, które opisałam powyżej). Tu czas początku ery kominków inicjujących drastyczne osiedlowe rzezie - wciąż stoi w miejscu. Zazwyczaj wiosną, ale jeszcze częściej przed zimą, gdy potrzeba ogrzania domu, staje się koniecznością nadrzędną - w ruch idą piły spalinowe.
Każda gałąź wyrastająca  z pnia na wysokości ok. 3 metrów, musi zostać unicestwiona. Nic to, że traci pokrój drzewa, a osiedlowe dzieciaki - bezpowrotnie szansę radosnej wspinaczki danej ich rodzicom, dziadkom i pradziadkom...
Nieważne, że nikomu nie przeszkadza i nie zagraża: trzeba urżnąć!
Taki los spotkał m.in. moją ulubioną lipę pod oknem, która była bodaj ostatnim drzewem o naturalnym pokroju....



Akcje krajowe i lokalne, na rzecz dosadzania zieleni, zyskują coraz większą popularność w całym kraju. Z korzyścią dla zdrowia Polaków.
Podwarszawskie Legionowo postanowiło pójść pod przysłowiowy "prąd" i tak, jak 10-15 lat temu rąbać aż wióry lecą, wszystko co zielone.
W końcu, gdzie brak wiedzy i rozumu, tam wkracza prostacka przemoc... W myśl zasady: "chłop żywemu nie przepuści???"


wtorek, 11 września 2018

Drzewa dla Niepodległej Polski


Akcja łącząca ekologię i patriotyzm - 100 tysięcy drzew na 100-lecie niepodległości Polski - objęła kilkanaście miast w całym kraju. W Warszawie rozdano chętnym 11 tysięcy sadzonek w zamian za odpady nadające się do powtórnego przetworzenia.



W minioną niedzielę, w wielu miastach całej Polski, można było otrzymać sadzonkę drzewa krajowego: olszy, świerku, sosny, klonu jaworu, jarzębu i dębu szypułkowego. Warunkiem było przyniesienie 10 sztuk odpadów z trzech grup określonych w regulaminie akcji: butelek plastikowych, tzw. PET; puszek aluminiowych, oraz baterii paluszków i guzikowych. To całkiem nowa forma myślenia o patriotyzmie, zachęcająca nie tylko do pielęgnacji świadomości historycznej, ale także inspisująca do myślenia przyszłościowego, co szczególnie wyraża dbałość o środowisko naturalne Ojczyzny. Patronat Honorowy nad przedsięwzięciem, objął Prezes Rady Ministrów, Mateusz Morawiecki. Akcja została zorganizowana przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej wraz z Wojewódzkim Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Warszawie. Wydarzenie zostało wpisane w projekt „Niepodległa”.  Nie tylko dostarczenie wybranych odpadów uprawniało do odbioru sadzonki. Na miłośników zieleni, czekały też arkusze z quizem historyczno-ekologicznym. Jedną sadzonkę można było otrzymać za uzyskanie do 70% poprawnych odpowiedzi, dwie za wyższy wynik.
Ci, którzy zdecydowali się wziąć udział w quizie, mogli dowiedzieć się np. że lodówka zużywa 20% procent średniego dziennego zapotrzebowania na energię, a Tarnów jest pierwszym miastem, które w 1918 r. odzyskało niepodległość. Właśnie nad tymi pytaniami, uczestnicy zastanawiali się najdłużej.
Anna Mzyk, rzecznik prasowa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej zwróciła uwagę na walor edukacyjny quizu towarzyszącego wydarzeniu.
- Tu nie chodzi tylko o pokazanie swojej wiedzy, ale także o jej wyniesienie.  
W Warszawie zainicjowano 10 lokalizacji w których od godz. 10.00 do 16.00, można było zdobyć drzewo: Park Agrykola i Łazienki Królewskie, Park Skaryszewski, Plac Defilad (dwa stanowiska), Multimedialny Park Fontann (dwa stanowiska), Ogród Saski, Skwer Płyta Desantu, Park Górczewska. Do każdej jubileuszowej sadzonki, dołączano certyfikat i instrukcję sadzenia. W punkcie na Placu Defilad po przeszło godzinie akcji, rozdano przeszło 10 % drzewek. 




Największym zainteresowaniem cieszyły się sadzonki dębu, jarzębu, świerka i sosny.  Mimo dnia wolnego od handlu oraz towarzyszącej mu deszczowej aury, mieszkańcy stolicy i goście, entuzjastycznie podeszli do nowoczesnego świętowania 100-rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę. Niektórzy przynosili nawet po kilkadziesiąt baterii, czy butelek. 



Tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" - ("Dodatek Mazowiecki"), nr 2124 - 10.09.2018 

PS. Poniżej sadzonki, które zdobyłam za przywiezione osobiście do stolicy odpady. Gdzie znajdą swoje docelowe, godne miejsce - poinformuję Was niebawem ;-)  


wtorek, 28 sierpnia 2018

Paź Żeglarz na warszawskiej Białołęce


Pierwszy raz ujrzałam je jako mała dziewczynka na samym południu Bułgarii, tuż przy granicy z Turcją. Były większe niż motyle znane mi z sadu mego Pradziadka w sercu Mazowsza... Do połowy podstwówki widywałam je co lato na Bałkanach. Później los rozpisał inną trasę. W 1989 r. zobaczyłam duże, pasiaste motle na Mazurach, choć i wtedy i teraz nie jestem w stanie przysiąc, że były to Pazie Żeglarze, a nie Pazie Królowej.
Rok później, w 1990, na północy Europy, konkretnie w najcieplejsze ponoć w XX w. lato - zasadzamy się w stolicy Norwegii na ponad 2,5 miesiąca. Tam równiż przed oczami przemknął mi duży, żółto-czarny motyl o ostrych kształtach... To dopiero była sensacja!...

Już podczas studiów, gdy spacerkiem szłam warszawskim Nowym Światem, na 100 % zobaczyłam przelatującego dostojnie Pazia Królowej. W głowę zachodziłam, skąd to kruche piękno wzięło się w sercu stolicy, która cóż... zbyt przyjazna dla przyrody nie jest...
A jednak: wiele lat później, (miesiąc temu, konkretnie w upalne, wczesne popołudnie 24 lipca), kiedy wychodziłam z terenu plenerowego sklepu ogrodniczego - na pasie zieleni, przy bardzo ruchliwej białołęckiej ulicy, przysiadł duży motyl. Pas nie odznaczał się niczym szczególnym, ot zwykłe, nie koszone trawsko i trochę koniczyny.


Czy to bliskość centrum ogrodniczego pod chmurką z jego pełnym nektaru asortymentem, czy wynik rekordowo upalnego lata, zwabiła tego bardzo rzadkiego na polskim Mazowszu motyla - chyba nikt już nie odkryje. Tak, czy inaczej, owad wprawił mnie w osłupienie. Zakupione rośliny, postawiłam na środku alejki i wyjęłam z torby aparat fotograficzny. Krok po kroczku zaczęłam podchodzić do motyla. Pierwsze zdjęcia zrobiłam mu z daleka. Jak się okazało odfrunął tylko na chwilę.



Niespodziewanie powrócił za moment z drugiej strony, epatując przed obiektywem swoim egzotycznym urokiem.



Później, widziałam go jeszcze jak przeleciał nad samochodami - lekko i ufnie. Z przysłowiową "duszą na ramieniu", patrzyłam, czy któreś z rozpędzonych aut, nie zrobi małemu zwierzęciu krzywdy. Ale nie, nic takiego się nie stało. Paź, poszybował w bezchmurne niebo, a ja straciłam go z oczu...

Wydaje mi się, że winna jestem jeszcze kilka słów wyjaśnienia: dlaczego Białołęka?
Ta peryferyjna dzielnica na obrzeżach Warszawy przylegająca do lesistej Jabłonny, nadal kryje wiele obiektów architektonicznych i przyrodniczych z zamierzchłych lat. Częstym widokiem są więc ogromne stare drzewa, czy pozostałości sadów i ogrodów - drzewa owocowe.







Powyższe rosną m.in.: przy przystanku autobusowym w pobliżu Ratusza.

Dopóki mafie developerskie nie przerobią tej rozwijającej się, zielonej dzielnicy na jeden wielki plac budowy, dzikie zwierzęta znajdą tam swój azyl.