poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Tak ginie Ziemia.../The Earth = The End. Proszę, PRZEKAŻ ten link dalej.


W ciągu ostatnich 27 lat, ubyło blisko 80 % owadów latających w ... niemieckich parkach narodowych. Wobec tego aż strach pomyśleć, co dzieje się w dużych miastach. 

W Polsce nikt nie prowadzi tak długotrwałych obserwacji, ale wiadomo, że liczba pszczół, co roku - drastycznie spada. 

Żaden kolejny rząd nie dostrzega problemu.  

Co gorsza, naukowcy nie odkryli jeszcze przyczyny. Nie wiadomo więc, czy winne jest temu stosowanie pestycydów, czy monokultury rolnicze, dające pszczołom jednorodną i krótkotrwałą bazę pożytkową.

Jeszcze bardziej niepokoi fakt, że masowo giną również gatunki uważane za pospolite...


Od początku XXI w. ubyło przeszło 5 razy więcej przestrzeni zalesionej świata, niż wynosi powierzchnia Polski. Lasy niszczone są nie tylko w wyniku działalności gospodarczej Człowieka...




... giną także na skutek wojen i katastrof naturalnych. 

Marcowe wichury, również w mojej miejscowości w centrum Polski, wyrwały wiele potężnych drzew z korzeniami.


Statystyczny Polak produkuje 312 kg odpadów rocznie. W dalszym ciągu wyrzucamy śmieci do lasu. Wywozimy je z naszych domów i rzucamy spontaniczne podczas spacerów.  





W trakcie wędrówki, 2 tygodnie temu, z trudem wypatrzyłam w lesie kilka kęp fiołków i cebulicę syberyjską. Za to co chwilę musiałam omijać szklaną i aluminiową "galerię procentów".  


Polscy deweloperzy coraz chętniej zagarniają tereny zielone pod swoje inwestycje. Im gęściej, tym lepiej, bo większy zysk. I tak powstają bezdrzewne osiedla, przypominające historyczne getto warszawskie, w latach okupacji niemieckiej. Bez skwerów z ławkami i placów zabaw dla dzieci. Budynki stawiane są tak blisko siebie, że z okna widać, co dzieje się w mieszkaniu sąsiada. Ale najuboższy nie będzie stawiał wymagań. Kupi, co dają, byle mieć własne 4 ściany.   

Polskie prawo budowlane, jako jedyne w Europie, tak chętnie sprzyja... bezprawiu budowlanemu. Znikają nawet kolejne  tzw. "kliny napowietrzające" duże miasta.

Jakość powietrza w Polsce, jest najgorsza spośród wszystkich krajów europejskich.

Co roku w Polsce umiera blisko 50 tys. osób na skutek złej jakości powietrza.
To prawie tyle samo, ile liczy miasto, w którym mieszkam...




Ostatnie skrawki łąk w Jabłonnie (woj. mazowieckie). Całość sprzedano pod inwestycje mieszkaniowe i handlowe przez Państwową Akademię Nauk. 








Fiołek polny, zwany też bratkiem polnym, dzikim bratkiem (Viola arvensis) - to jednoroczna, lub dwuletnia roślina, wciąż jeszcze popularna w Europie. Małe jej siedlisko odkryłam na wąskim pasie zieleni przy przejściu dla pieszych, pomiędzy zabudowywanymi łąkami, a supermarketem OBI  w Jabłonnie, blisko tydzień temu. 


DZIŚ, 22 kwietnia ma miejsce kolejny Międzynarodowy Dzień Ziemi., którego celem jest promowanie postaw proekologicznych w społeczeństwach. Obchodzony jest w momencie równonocy wiosennej na półkuli północnej - analogicznie w dniu równonocy jesiennej na półkuli południowej. Czy dla kogoś ta data ma jeszcze jakieś znaczenie, czy też biernie pogodziliśmy się z własną zagładą i cierpieniem naszych dzieci? A może nawet w tej kwestii zabrakło nam elementarnej wyobraźni?...

piątek, 19 kwietnia 2019

Choć drzewa wycięto - budowa wieżowca ruszy nieprędko.


Wieżowiec bez centralnego ogrzewania

Choć drzewa wycięto, wiele wskazuje na to, że budowa wieżowca na legionowskim osiedlu Piaski, ruszy nieprędko. Mimo zmiany planów, inwestor wciąż ma problem z dopełnieniem wszystkich niezbędnych formalności.  



Miał być duży, będzie jeszcze większy. Nie wiadomo tylko, kiedy powstanie. Według pierwotnego planu wieżowiec na Piaskach miał zawierać 78 mieszkań – aktualnie zaprojektowano ich aż 96. Ale już na przełomie lutego i marca br. wycięto na działce stare sosny. Plany budowy wieżowca na Piaskach, sięgają początku 2016 r. Kilka miesięcy wcześniej Agencja Mienia Wojskowego sprzedała w trybie przetargu działkę za kwotę 2 mln 600 tys. zł. W miejscu terenu zielonego i charakterystycznego budynku zwanego przez mieszkańców „okrąglakiem”, deweloper postanowił wybudować budynek usługowo mieszkalny.



W grudniu 2016 r. wystąpił po raz pierwszy o pozwolenie na budowę obiektu. Na spójnym architektonicznie osiedlu miał wyrosnąć wieżowiec z 8. kondygnacjami naziemnymi od strony ul. Piaskowej i 5. kondygnacjami od strony Al. Sybiraków. W budynku miało znajdować się 78 mieszkań i 6 lokali usługowych. Największe obawy mieszkańców wzbudziła jednak niedostateczna ilość planowanych dla tej inwestycji miejsc parkingowych – w garażu podziemnym, zaprojektowano ich zaledwie 50, zamiast wymaganych 132. Inwestor wprawdzie chciał część parkingu utworzyć na terenie oddalonym o 400 metrów, ale pomysł wywołał uzasadniony sprzeciw mieszkańców. Plany ostatecznie zostały zmienione i 6 września 2018 r. Starosta Legionowski zatwierdził nowy projekt oraz wydał zezwolenie na budowę. Z pytaniem, jak tym razem zostanie rozwiązana kwestia parkingów, zwróciliśmy się do Starostwa Powiatowego w Legionowie.
„Zgodnie z zapisami § 28 ust. 12 obowiązującego miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego miasta Legionowa, zatwierdzonego uchwałą nr XLI/492/2001 Rady Miasta Legionowo, ustala się 1,5 miejsca parkingowego na 1 mieszkanie dla budynków wielorodzinnych. W projektowanym budynku zaprojektowano 96 mieszkań. W związku z powyższym inwestor zaprojektował w garażu podziemnym 144 miejsca postojowe, które zapewnią obsługę mieszkańców projektowanego budynku mieszkalnego wielorodzinnego – poinformowała nas w pisemnej odpowiedzi Joanna Kajdanowicz, naczelnik wydziału kultury i promocji ze Starostwa Powiatowego w Legionowie.



Wiele wskazuje jednak na to, że nie wszystkie problemy zostały rozwiązane, o czym informują nas mieszkańcy. Przez działkę inwestora przebiega częściowo droga pożarowa do budynku Wspólnoty Mieszkaniowej z ul. Zegrzyńskiej 45. W części drogi pożarowej, która zawiera się w nieruchomości inwestora, znajduje się studzienka, do której odprowadzane są wody deszczowe z dachu budynku Wspólnoty Mieszkaniowej. Zarówno studzienkę, jak i drogę pożarową wraz z odwodnieniem wybudowano przed wytyczeniem aktualnych granic działek. Ponadto inwestor nadal nie otrzymał pozwolenia na podłączenie do sieci ciepłowniczej, co stanowi warunek konieczny w przypadku budynków wielorodzinnych. Jak i kiedy zostanie rozwiązany ten problem? Dodatek Mazowiecki, będzie przyglądał się rozwojowi sytuacji.



Tekst ukazał się w "GPC", nr 2298 - 08.04. 2019

piątek, 15 lutego 2019

Miały zostać zabite


Co myślę o fundacjach prozwierzęcych i tzw." adopcjach", już wiecie. Kilka lat temu, mimo szczerych chęci i prób zrozumienia zjawiska - fanatyczni pracownicy tych hojnie dotowanych przez zarządy miast instytucji, nie dali mi się polubić. Pewnie nie płaczą z tego powodu (ja też), ale niestety, nie udało im się również przekonać mnie, że faktycznie działają dla dobra zwierząt. A zwłaszcza, że zależy im na tym, by doświadczony, spragniony zwierzaka człowiek dał serce i dom, czworonogowi po przejściach.
Pisałam o tym. m.in. TUTAJ:

https://simran4.blogspot.com/2016/05/o-co-tu-tak-naprawde-chodzi-o-tym-jak.html#comment-form

Co gorsza, niektórzy tzw. "miłośnicy", sami fundują psu/kotu dodatkowe cierpienia, postawą daleką od empatii i szacunku do zwierząt.
Cóż, kilka lat minęło, ale nic się nie zmieniło...
Pod koniec grudnia, jeden z moich znajomych, znalazł w internecie tę oto śliczną, sunię:



Choć spojrzenie ma tak wymowne i dojrzałe, to zaledwie roczna małolata ;-)
Czy zginęła, czy jakiś bezdusznik ją wyrzucił - nie wiadomo. Została znaleziona i szybko zaadoptowana. Znajomi, doświadczeni psiarze, ocenili jednak, że młoda, albo niedawno miała dzieciaki, albo dopiero będzie matką. Badanie USG, wykazało, że faktycznie, ciąża jest, sztuk 4, stan dość zaawansowany. Zadzwonili do poprzednich, tymczasowych opiekunów suni z tą informacją.
Pracowniczka fundacji wykrzyknęła oburzona, że przecież trzeba zrobić zabieg! Nie szkodzi, że ciąża nie jest najmłodsza.
- Można to zrobić dzień przed porodem - stwierdziła KOBIETA.
Znajomy, zbulwersowany (do tej pory na szczęście nie miał do czynienia z podobnymi instytucjami, więc nie wiedział jakie reprezentują morale), oznajmił, że przecież suka nie wybaczy im tego czynu do końca życia. Do KOBIETY nie trafiały argumenty, że pieski będą miały nowe domy, a dla tych którym się nie poszczęści, też znajdzie się u nich miejsce.
- Przez pana pieski, inne z fundacji nie znajdą domów.
Znajomy wykazał sytuacyjną cierpliwość. Ja, jako kobieta zapytałabym tę osobę, czy zdobyłaby się na aborcję tydzień przed porodem, czy podobne działania zaleciłaby córce/siostrze, etc. Gdyby taki morderczy pogląd przedstawił mężczyzna, byłabym w stanie to jakoś zrozumieć.



Hipokryzja tej pani ma wiele twarzy...
Reasumując:
1.Gdyby fundacje faktycznie chciały mieć pod swoją opieką mniej zwierząt, uelastyczniłyby te fanatyczne reguły. Pozwoliłyby nowemu właścicielowi zdecydować samodzielnie, czy sterylizuje/kastruje własnego podopiecznego. Z wieloletniego doświadczenia powiem, że większość ludzi nawet bez totalitarnych nakazów woli pozbawić swoje czworonogi zdolności rozrodczych i nie martwić się w przyszłości szukaniem nowych domów dla ich potomstwa.
2. Bulwersujący jest też przymus brania zwierząt z fundacji i zakaz posiadania urodzonych we własnym domu. Obawiam się, że nawet Orwell by na to nie wpadł...
3. Fundacje pseudo - prozwierzęce nie miałyby racji bytu, gdyby władze miast przekazywały pieniądze na utrzymanie bezdomych czworonogów, (na karmę i opieką weterynaryjną), bezpośrednio - pełnosprawnym seniorom, czy ludziom samotnym, którzy chcieliby zaopiekować się bezpańskim psem lub kotem. Wielu emerytów marzy o posiadaniu zwierzaka, ale zwyczajnie ich na to nie stać. Niestety, wciąż jeszcze to nie jednostki, ale sprytne instytucje korzystają z naszych podatków.  

Młoda sunia miała to szczęście, że trafiła na dobrych Ludzi, szanujących uczucia i potrzeby zwierząt; dających im prawo do życia. Ludzi, którzy Ziemi nie traktują jak prywatny folwark.
Ostatecznie, w połowie stycznia, urodziła 3. dorodnych chłopaków i 3 urocze dziewuchy ;-) 








A przecież w imię czyjegoś kaprysu, miały zostać zlikwidowane, jak chwast na grządce, czy kornik w naszym ulubionym meblu... I nie sadysta zabiłby szczenięta, ale ktoś, kto podszywa się pod miłośnika zwierząt. To właśnie w tej historii jest NAJGORSZE.


środa, 6 lutego 2019

Mia i biały lew. Więcej niż kino familijne


Choć historia kończy się szczęśliwie, końcowy apel (w polskiej wersji językowej wygłasza go Martyna Wojciechowska) pozostawia w widzach niepokój: jeśli nic nie zrobimy w kwestii polowań na lwy, za 20 lat, będziemy oglądać te zwierzęta tylko w filmach i książkach.


„Mia i biały lew”, wykracza poza znany i sprawdzony schemat kina familijnego. Historia dziewczynki i drapieżnika, stanowi ważny głos we współczesnym, antropocentrycznym świecie. Kamera przez 3 lata rejestruje kolejne etapy życia tytułowego, białego lwa; w ciągu 100 minut filmu zmienia się fizycznie czworonożny aktor, dorasta też i główna bohaterka. Fabuła zaczyna się dość typowo. Mia, zagubiona i zbuntowana 11-latka nie umie odnaleźć się w nowej sytuacji, po tym jak jej rodzice przenoszą się z zatłoczonego Londynu do Afryki. Dziewczynkę nie interesuje dzika przyroda, a tym bardziej nie rozumie fascynacji swojego ojca farmą lwów, która doprowadziła całą rodzinę do wyjazdu na drugi kontynent. Nawet narodziny tak rzadkiego zwierzęcia, jak biały lew, nie od razu pozwolą zaakceptować Mii inne realia. Z czasem biały kociak - Charlie, staje się domową maskotką, a największym, bezkrytycznym uczuciem, obdarza go Mia. Czy jest w tym jakieś nadużycie, jak sugerowali koledzy w recenzji z weekendowej „Niecodziennej?”. Moim zdaniem - nie. Jeden nazwie czułości względem lwa i desperacki strzał oddany do ojca (bynajmniej nie niewinnego) „obłędem”, drugi uzasadni to specyfiką dzisiejszych czasów.  A te jak wiadomo dobitnie pokazują, że najbardziej drapieżnym gatunkiem jest… człowiek. Pierwsza część filmu, to klasyczny konflikt rodzinny, następnie widz staje się świadkiem niesamowitej, ponadgatunkowej przyjaźni dwojga młodych istot. W końcu musi jednak nastąpić pęknięcie. Zaniepokojeni o bezpieczeństwo córki rodzicie, postanawiają sprzedać Charliego. Dziewczynka zrobi wszystko, by do tego nie dopuścić. 



Autorzy scenariusza nie zdecydowali się tylko na gładką opowieść o przyjaźni człowieka z lwem, ale pokazali, choć w ostrożny sposób, bestialski mechanizm, kierujący dużą częścią farm i rezerwatów w Afryce. Tajemnicą poliszynela jest hodowla lwów, nie da ich ochrony, ale po to by z czasem trafiły do zagród, w których będą czekały aż bogaty turysta odda do nich śmiertelny strzał. Mia, idzie za głosem dziecięcego sumienia. Nie kryguje się, nie kalkuluje, nie układa z otoczeniem. Jeśli chce uratować Charliego, czeka ją długa, samotna wędrówka do granic rezerwatu. Czy jej postawa da nam coś do myślenia? 

Tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" z dn. 5.02.2019; nr 2246.

środa, 16 stycznia 2019

Kultura przesytu


Choć coraz bardziej spektakularnie walczymy z narastającą epidemią otyłości, czemu służą liczne poradniki, diety oraz potężny rynek cudownych suplementów, jednocześnie oswajamy ten stan na wielu płaszczyznach. Trudno się dziwić. Modne od pewnego czasu promocje: „Kup więcej za mniej”, z pewnością nie są sprzymierzeńcem redukcji wysokiej wagi.


Dane Instytutu Żywności i Żywienia są zatrważające: „Wg gromadzonych przez IŻŻ danych i opinii eksperckich, tempo wzrostu epidemii otyłości w Polsce nie zwalnia, a nawet przybiera na sile. Zjawisko to przeraża nas, lekarzy i dietetyków, zwłaszcza, że wzrost ten dotyczy także najmłodszych. Dlaczego stale przegrywamy? Czy jesteśmy naprawdę skazani na porażkę? Co musi się jeszcze zadziać, by wprowadzić powszechnie sprawdzone przez Instytut programy profilaktyki? Tym zagadnieniom poświęcimy IV Narodowy Kongres Żywieniowy – ogólnopolskie spotkanie ekspertów, praktyków i pasjonatów” – zapowiada Prof. dr. hab. Mirosław Jarosz, Dyrektor Instytutu Żywności i Żywienia, pomysłodawca wydarzenia, które odbędzie się w dniach 25-26 stycznia 2019 r.

Otyłość się opłaca?

Od kilku lat wmawia się społeczeństwom tyjącym, że narastającej epidemii otyłości nie można już pokonać. To zmiana strategii sprzed dekady, kiedy różne środowiska przekonywały nie tylko zainteresowanych, że odpowiednia dieta i ćwiczenia, nawet z najbardziej puszystych gabarytów, zrobią figurę modelki. Poniekąd ta nadzieja jeszcze drzemie w każdym z nas, kiedy sięgamy po różne reklamowane suplementy. Choć i w tym przypadku, zachowujemy coraz częściej konsumencką ostrożność… Pewnie dlatego producenci prześcigają się w fortelach, które mają wiarygodnie skłonić do kupna danego wyrobu - żonglują pojęciami, zacierają granice. Pod pretekstem ochrony wątroby, „przemycają” specyfik mający na celu redukcję tkanki tłuszczowej. Reklama gwarantuje spadek wagi jako… efekt uboczny. Rozchichotane panie ręczą za sukces, a co na to konsument? Konsekwentnie konsumuje. W 2017 r. padł w Polsce rekord sprzedaży tzw. wyrobów/substancji medycznych – wynosząc 4 mld zł. Co roku wzrasta o 8 %. Wiele z tych środków ma pomagać w redukcji zbędnych kilogramów. Jaki jest tego efekt, wystarczy porozmawiać z lekarzami. Z roku na rok zgłasza się do nich więcej pacjentów cierpiących na nadwagę i otyłość, a wraz z nimi – liczne choroby. Każdy z nich, przetestował cierpliwie przynajmniej jeden „wyrób medyczny”. Bez skutku.

Żywność w rozmiarze XXL

Każdy zgodzi się z tym, że nadwaga to problem współczesnej epoki. Ale zdania na temat, czy wynika, ona z jakości konsumowanego jedzenia, czy po prostu jego nadmiaru, są podzielone. Jedno jest pewne - co trzeci polski ośmiolatek, ma nadwagę lub otyłość. Badania dowodzą niezbicie, że ci, którzy spożywają kilka przekąsek w ciągu dnia, zjadają wraz z nimi ok. 1000 kcal więcej niż osoby żywiące się w sposób tradycyjny. Rocznie daje to ćwierć miliona niepotrzebnych kalorii na osobę. Sprawdza się stara, niezawodna metoda ograniczenia wagi, czyli mniejsze porcje. Ale jak to zrobić, skoro na każdej sklepowej półce spotykamy mleko w rozmiarze XXL, batoniki, większą paczkę z wędliną, czy chipsy? Te ostatnie same w sobie uważane są za żywność niezdrową i sprzyjającą nadwadze. Duże opakowania, dodatkowe gramy, to jeszcze połowa kłopotu. Ostatecznie nie wszystko trzeba zjeść na raz. Najbardziej negatywne efekty niosą te najnowsze marketingowe mody – kup więcej za mniej. I tak konsument staje przed nieuczciwym wyborem: Kup 4 opakowania, w cenie 3. Po szybkiej kalkulacji, z której wynika, że w takim układzie zachowamy kilka złotych więcej w portmonetce, bierzemy większą ilość, nawet jeśli nie damy rady tego zjeść. Oszczędność tylko pozorna, ale kolejni producenci żywności i sieci handlowe, bazując na naszej zachłanności, prześcigają się w podobnych promocjach.


Polubiliśmy otyłość?

Odzież w rozmiarze XXL, to już nie wszystko. Nawet ikona piękna, karykaturalnie szczupła i nienaturalna – lalka Barbie – otrzymała po raz pierwszy od 1959 r. tzw. ciało „curvy”. Pełne uda, masywny tułów niemal pozbawiony talii, zachwyciły zarówno dziewczynki, jak i kolekcjonerów. Wiele środowisk zakrzyknęło: Oto wreszcie mamy do czynienia z normalną, kobiecą figurą! W Polsce z problemem nadwagi lub otyłości zmaga się obecnie 67,3% dorosłych mężczyzn i 53% dorosłych kobiet. Na podstawie danych krajowych, przewiduje się wzrost występowania nadwagi lub otyłości - u 2/3 populacji nie dalej jak do 2030 r. Alarmującym jest fakt utrzymywania się tendencji wzrostu nadwagi i otyłości wśród polskich dzieci, zaliczanych od blisko 10 lat do najszybciej tyjących w Europie. Pulchne celebrytki i celebryci, to także jeden z dzisiejszych trendów. Już nie trzeba mieć filigranowej figury, by prezentować swoje wdzięki w telewizji, czy prasie kolorowej. W pewnym sensie nadwaga staje się trendy. Tym bardziej, że przecież ma być stanem nieredukowalnym i nieuniknionym we współczesnej kulturze przesytu. 

Liderzy wysypisk

Dowolny sklep wielkopowierzchniowy w sobotni wieczór. Rząd konsumentów stoi cierpliwie w długim ogonku do kasy. Głębokie wózki na kółkach, są wypełnione z górką. Zgrzewka napojów, zgrzewka mleka, słodycze, dwie siatki owoców, dziesięć serków, tyle samo jogurtów, stos paczkowanych mięs i wędlin. Wojna? Wesele? Nic z tych rzeczy. To tylko widmo niedzieli wolnej od handlu. Na świecie 793 miliony ludzi cierpi z powodu niedożywienia. Rocznie aż 12 mld zwierząt trafia do kosza, w tym 2 mld w krajach UE, tylko dlatego bo minął termin ich przydatności do spożycia. Zupełnie, jakby jakieś zwierzę żyło tylko po to, aby docelowo znaleźć się na wysypisku, a wraz z nim czyjś wysiłek i koszt włożony w hodowlę. Bezpowrotnie i niepotrzebnie traci się w ten sposób również wodę użytą w procesie produkcji. 88 mln ton – to ilość żywności, która marnuje się każdego roku w państwach Unii Europejskiej. Daje to 173 kg na osobę. Polska jeszcze 30 lat temu borykająca się ze stanem wszechstronnych niedoborów, znajduje się na piątym miejscu tej niechlubnej listy. Przed nami są: Estonia, Cypr, Belgia i Holandia. Warto o tym pomyśleć, zwłaszcza teraz w wirze świątecznych zakupów, by już za kilka dni, nie opróżniać lodówki z przeterminowanej żywności.   


Tekst, w wersji skróconej, ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie", numer 2224 - 10.01.2019

środa, 9 stycznia 2019

Bezsensowne marnotrawstwo


W niejednej kulturze, drzewo iglaste uważane jest nie tylko za symbol życia, ale też za oznakę trwałości. Tej coraz trudniej szukać w bogacącym się społeczeństwie. Mam wrażenie, że co roku jest gorzej. Całkiem zielone choinki, lądują w altanach śmietnikowych krótko po Sylwestrze. Już 3 stycznia znalazłam zwał zieloności przy mojej altanie. Kto wie, może wyrzucono je zaraz po noworocznej zabawie? Nie zaglądałam tam wcześniej...
Jaki jest sens kupna drzewka, które średnio rosło 10 lat, by w naszym mieszkaniu postało raptem kilka dni???
W czasach mojego dzieciństwa, (a do Matuzalema jest mi naprawdę daleko), choinkę rozbierano wtedy, gdy sypały się kolki i spadały z niej bombki. A i tak, robiło się to z żalem. Że już jest po świątecznej radości i okolicznościowym wystroju pokoju. Że się skończyło i znowu trzeba czekać. Żal było nawet dorosłym...


Mieszkam na osiedlu, gdzie metraż pomieszczeń jest spory. Nie umywa się do przedwojennych, warszawskich klitek, przydzielanych łaskawie w formie komunałek, w latach PRL-u. Trudno więc uzasadnić takie marnotrawstwo brakiem miejsca...  
 Świerki srebrzyste, widoczne na fotografiach, mogą stać swobodnie nawet w ciepłym mieszkaniu 3-4 tygodnie. Ich cena wynosi od 50 do 130 zł. A jednak - pierwsze nie zachęca do szacunku i troski, drugie nie zniechęca do marnotrawstwa.