niedziela, 9 października 2016
Zdobyłam KOTA!
Czytaliście na łamach tego bloga o moich nieudanych próbach adopcji kota. Nieudanych dlatego, że organizacje pro zwierzęce zaparły się, by nie wydać czworonoga doświadczonemu miłośnikowi, jeśli pod karą sankcji (odebranie kota) nie zobowiąże się wysterylizować/wykastrować go w przewidzianym czasie. Ponieważ nie toleruję form bezdyskusyjnego przymusu, a kastrację niewychodzącego kota uważam za jego okaleczenie i jako dozgonny opiekun zwierzaka, chcę by była podyktowana moim wyborem - niestety nie pozwolono mi podarować kochającego domu stworzeniu po przejściach. Widać - lepszym dla niego jest tłok domu tymczasowego i wielomiesięczne czekanie na tego, który spełni wymogi "umowy adopcyjnej"... Gorzej dla niewielkiej istoty uzależnionej od ludzi, jeśli nikt taki się nie znajdzie...
OK. organizacje dopieściły własne, restrykcyjne ego, a ja - konfliktowe sumienie. Musiałam więc uzbroić się w cierpliwość i trafić na stosowne ogłoszenie w internecie: "Oddam kota". Interesował mnie podrośnięty kociak z odbiorem blisko domu. Marzenie stało się faktem 3 sierpnia! Po kilkudniowej obserwacji i wymianie sms - ów, wybrałam się w jeden z nielicznych gorących dni minionego lata, do sąsiedniej miejscowości na ogląd dziwnego stwora o barwie srebrnego lisa. I gdy już prawie dotarłam na miejsce... urwała się asfaltowa droga! Zapytany o konkretny adres mieszkaniec posesji pod lasem, z przekonaniem odesłał mnie, kilometr dalej w przeciwnym kierunku. Cóż, dopiero na miejscu dowiedziałam się, że wystarczyło wejść kawałek w las i skręcić w lewo, a pół godziny wcześniej znalazłabym się u celu! Po moim telefonie z okolic cmentarza (nie, nie umarłam po drodze, ale skonsternowana przydreptałam do punktu wyjścia ;-)), chwilę później przyjechała pani, która od samego początku chciała mnie dowieść do swego domu. Tłumaczyłam, że ta okolica to trasa mych niemal codziennych spacerów. Było mi głupio, że zabłądziłam tuż przed metą. Cóż - groteska codzienności: było iść do przodu, a nie pytać ludzi.
W domu pełnym zwierząt utknęłam na kilka godzin.
(Grafitowe koty to roiły się w mieszkaniu, to wyskakiwały za okno do ogródka. Trudno było uchwycić rodzinę w komplecie)
Cóż, wiedziałam, że bez kota nie wyjdę... A skoro zastanawiałam się parę dni nad tym konkretnym egzemplarzem, po co więc dokładać sobie i czworonogowi dzień kolejny? Decyzję o powiększeniu kocińca podjęłam już dawno. Serce miałam otwarte na każdy egzemplarz, który los postawiłby na mojej drodze (przekarmiona jestem od urodzenia syjamami i persami), choć marzył mi się klasyczny czarny, albo pasiasty. Nie potrafiłabym sumiennie odpowiedzieć, jaką barwę wolę... I nikt takiej odpowiedzi ode mnie nie wymagał. BelzeBub jest niemal czarny z wierzchu, po bokach ma delikatne pręgi, a brzuch o barwie popiołu przecinają wyraźne paski. Wymarzona hybryda!
Psy żegnały młodego domownika z czułością i powagą.
Dywka (Recydywa), powitała go z serdeczną troską.
Ona sama, wzięta z ogłoszenia w wieku 5 - 6 tygodni, została zaadoptowana ekspresowo przez bezdzietną Padlinkę. Ich szczęście, emocje, udokumentowałam na setkach fotografii.
Obie kotki: Dywa i Lina, nie zostały okaleczone (czyli bezsensownie wykastrowane/wysterylizowane) skoro nie wychodziły z domu. Niestety mam smutne doświadczenia, związane z tym tzw.: "zabiegiem". Większość moich okaleczonych kotek atakowała kocięta, bowiem automatycznie straciły instynkt macierzyński...
O tendencji do nadwagi nie wspomnę.
Nie chciało mi się parę dni temu przepychać słownie z moją panią weterynarz, do której przyniosłam Dywkę na przegląd i usłyszałam pytanie, czemu czteroletnia kotka jest jeszcze nie wysterylizowana?...
Co miałam do groma jasnego powiedzieć? Że kotki mojej Mamy z tego samego miotu - kastrowana i nie, przeżyły odpowiednio: 18 i pół roku i 19 lat? Że obie umarły ze starości? Że nie ma dowodów medycznych póki co, że kocica sterylizowana nie zejdzie na raka???...
Usłyszałam jeszcze, że to mit, iż kotka dla zdrowia powinna mieć raz w życiu kocięta. Że macierzyństwo nie ma znaczenia dla jej psychiki, ani kondycji.
Hmmm, proponuję porozmawiać z kobietami, które są matkami, i z tymi, którym z jakichś względów macierzyństwo nie było dane. Czy to naprawdę niczego w życiu nie zmienia? ;-)
Smutne, jak przedmiotowo jeden gatunek ssaka, traktuje drugi gatunek ssaka...
Nie miałam siły dyskutować, przekonywać, kiepsko się czułam tamtego dnia... Presji nienawidzę. I jak tak dalej pójdzie, będę zmuszona zmienić weterynarza. :-S.
Bub jest cudownym młodzieńcem. Bardzo żywym i kontaktowym. Komunikatywny, zdrowy psychicznie egzemplarz istoty czworonożnej. Dywa emanuje szczęściem. Jej oczy lśnią miłością macierzyńską. Nocami tuli się do mej głowy na poduszce i mruczy dopóki nie usnę. Choć jest ciepłą czułą kotką, nie zachowywała się tak przed otrzymaniem "synka" ;-)
Sprawdziła się stara reguła, że kotka lepiej dogada się z kotem niż z drugą kocicą. I, że dużo szybciej zaakceptuje kocię, jako nowego domownika, a nie dojrzałe zwierzę. Jak widać, u nas taka akceptacja nastąpiła natychmiastowo!
niedziela, 25 września 2016
ŚWIADOMĄ KUCHNIĄ W RAKA – część 3
Związek chorób nowotworowych z popularną żywnością to wciąż temat tabu,
mimo prowadzonych od lat statystyk. Przemysł spożywczy i farmaceutyczny rządzi
się swoją komercyjną logiką. Dlatego, dopóki nie zmieni się społeczne myślenie,
pacjent sam musi pogłębiać wiedzę na temat tego co je i jak to wpływa na jego
organizm.
Znany
seler, zwykła pietruszka…
Niektóre rodzaje pokarmów,
stanowią pożywienie nie tylko dla naszych organizmów, ale i dla nowotworów -
takie przykłady podawałam, w poprzednich dwóch częściach artykułu. Inne
natomiast, zawierają w sobie cenne związki antyrakowe o udowodnionym działaniu.
Część z nich omówiłam w poprzednim odcinku. Czemu więc nie możemy wyegzekwować
powyższej wiedzy od tych, którzy walczą o nasze zdrowie, czyli od lekarzy?
Sprzedaż produktów żywnościowych
o udokumentowanym działaniu prozdrowotnym, nie
zrównoważy kosztów wstępnej inwestycji włożonych w proces badawczy, więc
współczesna kultura medyczna, nauczyła się bagatelizować rolę zdrowego
żywienia w walkach z chorobami, nie
tylko nowotworowymi i preferować wyłącznie rozwiązania farmakologiczne. Dlatego
badania profesora Richarda Believau, od lat współpracującego z największymi
firmami farmaceutycznymi, niosą nadzieję na zmiany w podejściu do problemu. Dzięki
swoim doświadczeniom doktor wykazał, że apigenina, intensywnie występująca w
pietruszce i selerze, znacznie osłabiła proces tworzenia nowych naczyń
krwionośnych, potrzebnych guzowi rakowemu do rozwoju, w bardzo podobnym stopniu
jak jeden z zatwierdzonych leków onkologicznych.
Kurkuma
z historią
W Azji, już przed dwoma tysiącami
lat, odkryto silne działanie przeciwzapalne dobrze nam znanej kurkumy,
stanowiącej główny składnik popularnej przyprawy curry. Badania laboratoryjne
dowiodły, że zawarty w tym artykule spożywczym kurkumin ogranicza wzrost wielu
rodzajów raka, m.in.: wątroby, żołądka, jajników, okrężnicy, a także białaczki.
Dodatkowo, stymuluje komórki rakowe do obumierania. Nic dziwnego, że mieszkańcy
Indii, choć często w większym stopniu niż obywatele Zachodu narażeni na
działanie karcynogenów (czyli zewnętrznych czynników rakotwórczych), chorują
pięć razy rzadziej na raka piersi i dziesięć razy rzadziej na raka nerek. W
2005r. prof. Bharat Aggarwal jako pierwszy udowodnił, że kurkumin działa
przeciwko nowotworowi we wnętrzu komórek. Niestety, jeśli kurkuminu nie połączy
się razem z papryką i czarnym pieprzem (a w takiej postaci znamy go z mieszanki
curry), jest bardzo źle przyswajany przez układ trawienny, co odkryli tajwańscy
naukowcy. Warto także dodać do tych przypraw oliwy z oliwek, rzepaku, lub
siemienia. W ten sposób uzyskujemy gotowy sos do surówek, czy aromatyczny dodatek
do zup o sprawdzonym działaniu leczniczym. Jak widać starożytna kuchnia
indyjska, wyprzedziła współczesną naukę.
Zielona herbata – nie tylko napój
Należy też wspomnieć o innej
przyprawie, działającej jak silny środek przeciwzapalny i antyoksydant. Imbir,
bo o nim mowa, również zwalcza niektóre komórki rakowe, a dodatkowo ogranicza
powstawanie nowych naczyń krwionośnych. Napar z tej rośliny, zalecany jest dla
osób w trakcie leczenia onkologicznego, ponieważ pomaga pozbyć się nudności po
chemioterapii i radioterapii. Oprócz zmielonego dodanego do duszonych, lub
gotowanych jarzyn, można również pić go jako napój. Pokrojony w plasterki imbir,
moczymy we wrzątku od 10 do 15 minut.
EGCG, jest jednym z
najsilniejszych związków spożywczych przeciwdziałających powstawaniu nowych
naczyń krwionośnych, zasilających komórki nowotworowe, jednakże w procesie
fermentacji potrzebnym do wytworzenia czarnej herbaty, ulega zniszczeniu. Na
szczęście występuje w dużych ilościach w herbacie, która pozostała zielona.
Doktor Believau i jego zespół, przebadali w laboratorium medycyny molekularnej
w Montrealu skutki oddziaływania EGCG wyizolowanego z zielonej herbaty, na
kilka szczepów komórek nowotworowych. Dowiedli w ten sposób, że można znacznie
spowolnić rozwój białaczki, raka jamy ustnej, piersi, prostaty i skóry. Po
wypiciu dwóch – trzech filiżanek zielonej herbaty, krew jest wystarczająco
zasilona w EGCG. Dziwi więc brak tego napoju w szkolnych i szpitalnych
stołówkach…
Gorzka czekolada i zapomniane owoce
Tabliczka gorzkiej czekolady
(zawierająca ponad 70% kakao) ma prawie tyle samo związków spowalniających
wzrost komórek rakowych i ograniczających rozwój naczyń krwionośnych wokół
guzów, co prawidłowo zaparzona filiżanka zielonej herbaty. Indeks glikemiczny
jest znacznie mniejszy niż w przypadku konsumpcji białego chleba. Zaleca się
spożywanie 20 gramów
gorzkiej czekolady dziennie, za to zdecydowanie należy unikać czekolady
mlecznej, ponieważ mieszanie produktów mlecznych i kakao, niweczy korzystne
działanie jego molekuł.
Pęd codzienności i uwikłanie w
mechanizmy komercyjne współczesnego świata, spychają nas na margines rozsądku.
Zapominamy o tym, co sprawdzone w kwestii zdrowia – wyśmiewamy bezrefleksyjnie
wszystkie metody profilaktyczne i lecznicze, stosowane przez nasze prababcie. A jednak – truskawki, maliny, jagody, jeżyny
i żurawina, nie tylko wpływają korzystnie na cerę i ogólną kondycję. Zawarte w
nich czynniki, stymulują m.in.: mechanizmy eliminacji substancji
karcynogennych.
Cóż, przemysłowe lobby wciąż
wygrywają z przyszłościowym myśleniem i zdrowym rozsądkiem w kwestii… zdrowia.
Oby jak najkrócej!
Tekst napisany na zamówienie "Gazety Polskiej Codziennie" (24-25/09/2016)
środa, 21 września 2016
CZŁOWIEKA już tu NIE MA
Siatka trawy na nieuczęszczanym chodniku... Strzeliste, nieokaleczone topole, dziwnie zdrowe i solidne, gdy nikt nie wytyka im, że są tylko dendrologicznymi, niebezpiecznymi chwastami. Szkoda, że taka topola nie może przemówić i powiedzieć, jak bardzo niebezpiecznym chwastem jest CZŁOWIEK.
Przystanek na "słowo honoru", bardziej groźny niż spróchniałe drzewo. Skuteczny Anioł Stróż musi mieć tam swój posterunek.
Człowieka już tu nie ma... Co za ulga! Nikt nie przyjdzie z piłą, ani kosiarką. Póki co, można bezkarnie wić się i wysiewać, drążyć korzeniami ziemię, rozpychać pomiędzy kostką dawnego parkingu. Można żyć bujnym, roślinnym życiem, wolnym od bezkompromisowej, ekspansywnej obecności dwunoga... Jak miło, jak zielono!
(powyższe zdjęcia zrobiłam na warszawskim Żeraniu; poniżej już Białołęka)
Przyznam szczerze, że mocno nieswojo było mi robić zdjęcia pod tym balkonem. Z całym zamiłowaniem do budynków z historią i sympatią dla ich nowych, zielonych lokatorów, tutaj przydałaby się obecność człowieka i solidny remont zabytku, póki jeszcze nikt nie został wprasowany w chodnik...
wtorek, 13 września 2016
ŚWIADOMĄ KUCHNIĄ W RAKA - część 2
Badania produktów żywnościowych, spowalniających rozwój raka, pod
względem skali, nigdy nie dorównają badaniom leków. Zatwierdzenie leku
antynowotworowego w drodze doświadczeń, kosztuje do miliarda dolarów. Tyle, ile
wynosi zaledwie roczny zysk ze sprzedaży jednego z wielu specyfików, należący
do firmy będącej właścicielem patentu.
Ale tego, co dała nam natura, nie można opatentować, dlatego sprzedaż nie
zrównoważy kosztów wstępnej inwestycji.
Kilka dni temu, wysłuchałam
audycji, w której zaproszony gość, profesor onkologii, przez 50 minut
przedstawiał statystyki chorób nowotworowych i omawiał metody terapii. Dużą
część poświęcił podawaniu kuriozalnych przykładów pseudo – metod, proponowanych
przez szarlatanów. Niektórzy hochsztaplerzy zostali zdemaskowani nawet 30 lat
temu. Szkoda, że tego czasu antenowego, profesor nie przeznaczył na omówienie
choćby elementarnych produktów, które należałoby zredukować w codziennej diecie
i tych, które warto do niej wprowadzić, aby poprawić jakość własnego zdrowia.
Tematowi żywienia w chorobach nowotworowych, doktor poświęcił zaledwie 2
minuty, zapytany o to przez prowadzącego. Niestety, nie wymienił nawet jednego
składnika z nazwy…
W poprzedniej części skoncentrowałam
się na modyfikacjach naszego jadłospisu profilaktycznie i w chorobach
nowotworowych, pod kątem redukcji szkodliwych produktów. Przypomnę, że tym, co
należy zdecydowanie ograniczyć są biała mąka, cukier, nasycone tłuszcze
roślinne typu trans (występujące m.in. w rogalikach), żywność przetworzona z
syropem glukozowo – fruktozowym i dodatkami: E – 330 (kwasek cytrynowy), oraz E
– 621 (glutaminian sodu). Co w takim razie pozostało nam do jedzenia? Wbrew
pozorom, całkiem dużo.
Pomiędzy młotem, a kowadłem
Szkodliwe tłuszcze możemy
zastąpić oliwą z oliwek, ewentualnie olejem rzepakowym, olejem z siemienia, lub
masłem organicznym. Chleb wieloziarnisty, dziś już powszechnie dostępny w
większości sklepów, to obowiązkowa porcja zdrowia dla pacjentów, którzy nie
mają przeciwwskazań do jego spożywania. Trochę trudniej kupić pieczywo na
tradycyjnym zakwasie, ale to także się zmienia. Jest ono zdrowsze od wypiekanego
na drożdżach, które silnie podnoszą poziom cukru we krwi. Z tego samego powodu,
starajmy się biały ryż, zastąpić ryżem brązowym. Ponadto posiada on
wielokrotnie więcej witamin, składników mineralnych i błonnika. Dla przykładu,
zawiera o 219% magnezu więcej, niż popularny ryż biały. Ale brązowy ryż ma
krótszy okres przydatności do spożycia, więc cóż - z ekonomicznego punktu widzenia
jest mniej opłacalny, ponieważ może leżeć krócej na sklepowych półkach. Mięso i
jaja nie powinny być głównymi składnikami posiłku, lecz dodatkami. W raporcie
Światowego Funduszu Badań nad Rakiem z 2007r. zaleca się spożywanie najwyżej 500 gramów czerwonego
mięsa na tydzień. Oczywiście trudno osobie leczącej się onkologicznie, dla
której sama choroba jest dostatecznym szokiem, a terapia wyczerpująca, z dnia
na dzień przeprowadzić żywieniową rewolucję. Często, dostępne dziś metody
leczenia, szybciej pozbawiają pacjenta sił niż sam rak, choć pamiętajmy, że
skutki choroby nowotworowej to przede wszystkim postępujące wyniszczenie
organizmu, spowodowane niedożywieniem. Dlatego tak ważna jest odpowiednia
dieta, którą należałoby konsultować ze specjalistą. Niestety tego rodzaju
pomoc, o czym przekonałam się po raz kolejny rozmawiając z osobami leczącymi
się onkologicznie, rzadko można wyegzekwować od prowadzącego nas lekarza. W
dużej mierze wpływa na to mechanizm działania współczesnego rynku. Zarówno
lekarz, jak i pacjent stoją pomiędzy przysłowiowym młotem, a kowadłem. Ów „młot”,
to przemysł farmaceutyczny, działający zgodnie ze swoją bezrefleksyjną logiką,
oferujący wyłącznie rozwiązania farmakologiczne. „Kowadło” to przemysł
spożywczy, dbający o to, aby jak najmniej mówić i pisać o związkach chorób ze
spożywaną żywnością. A, że myślenie przyszłościowe wyszło dziś z mody i obie te
siły ekonomiczne pragną, by wszystko pozostało po staremu, pacjent sam musi
gromadzić informacje na temat tego, co je i jak to wpływa na jego organizm.
Udowodnione działanie warzyw
Oprócz pokarmów wymienionych
powyżej, dieta w chorobach onkologicznych, powinna przede wszystkim składać się
z warzyw. Ograniczę się do tych powszechnie występujących w Polsce takich jak, bogate
w karotenoidy: pomidory, marchew, dynia, cukinia, ziemniaki i buraki. Dla
przykładu, w 2006r., w Stanach Zjednoczonych, opublikowano wyniki badań na
grupie kontrolnej mężczyzn chorujących na raka. Udowodniono, że likopen zawarty w ugotowanych na wolnym ogniu
pomidorach z dodatkiem oliwy, przedłużył życie pacjentom spożywającym taki
posiłek minimum 2 razy w tygodniu. W czasie sześcioletniej obserwacji kobiet chorujących
na raka piersi okazało się, że te które jadły pokarmy bogate w karotenoidy,
żyły dłużej, od grupy jedzącej mniejsze ilości tych składników.
Dowiedzione działanie silnych
związków o działaniu antyrakowym, m.in.: blokującym tworzenie sieci naczyń
krwionośnych zasilających nowotwór złośliwy, mają różne rodzaje kapusty, w tym
brukselska, brokuły, kalafior. Aby nie zabijać cennych związków, nie gotujemy
kapusty i brokułów, ale dusimy krótko pod przykryciem lub smażymy, mieszając z
niewielką ilością oliwy z oliwek.
Nie zapominajmy też o głęboko zakorzenionych
w kuchni polskiej czosnku, cebuli i porze. Można je delikatnie podsmażyć i
dodać do duszonych warzyw, albo położyć na kanapkę. Jeśli pacjenci nie mają
indywidualnych przeciwwskazań, warto spożywać je na surowo jako dodatek do
chleba, czy surówki.
To zaledwie część pokarmów o
udowodnionym działaniu zarówno wspomagającym, jak i profilaktycznym w chorobach
nowotworowych.
Tekst w wersji skróconej ukazał się 8 września br. w "Gazecie Polskiej Codziennie".
czwartek, 8 września 2016
KRYĆ SIĘ, NADCHODZI CZŁOWIEK!
Pośród pierwszych zeschłych liści, sterczy oskarżycielsko w niebo
biały, ułamany trzon. Metr dalej leży czerwony, nakrapiany kapelusz. Nie dość,
że skopany brutalnie, to jeszcze z wyraźnym odciskiem podeszwy adidasa.
To nie dzik tędy szedł, ale
butny, dwunożny użytkownik lasu… Co roku bulwersuje mnie ten sam widok. Zryta
ściółka i wbite weń pety. Na środku kremowe kółeczko po wyciętym podgrzybku. To
on stał się pretekstem do zerwania warstwy mchu w promieniu przeszło metra. Bo,
a nuż gdzieś pod nim, rósł jego mniejszy, smakowity sąsiad? Człowiek złapał
trop i profilaktycznie zrobił kipisz. Co gorsza wokół tego pobojowiska walają
się stratowane grzyby niejadalne. Kopane z taką pasją, jakby wyrządziły grzybiarzowi
personalną krzywdę.
Czy to ich wina, że ten który szedł tędy wcześniej,
sprzątnął mu sprzed nosa wszystkie prawdziwki? Widać, euforia dla kasztanowego
kapelusza borowika, nie przekłada się na podziw dla karmelowego kapelusza
hełmówki, czy tego morelowego, z delikatnym deseniem, należącego do mleczaja
jodłowego. Wszak grzybiarz przyszedł tu jak na wyprzedaż do supermarketu. Z tą
różnicą, że nie musi uiszczać nawet najmniejszej opłaty za zebrane dobra. I
żadna obsługa sklepu nie zwróci mu uwagi za niewłaściwe zachowanie. Więc nie w
smak mu zachwyt nad tym, czego nie wykorzysta, nie w smak mu szacunek dla tego,
czego…nie posmakuje. Na szczęście weekend się skończył i do czasu następnego,
przyroda ma szansę odpocząć od człowieka.
Kultura korzystania z natury, to dla wielu nadal nowomodna
fanaberia. W końcu świat jest dla ludzi, a przyroda tym bardziej. Co się
dziwić, że biega sobie taki gość nieproszony, niewrażliwy na złożoną tkankę
lasu – przecież las nic mu zrobi. No, najwyżej kleszczem potraktuje, albo
komarem. Ale to jeszcze niczyich obyczajów nie złagodziło. Może te zmiękną dopiero około Wigilii, gdy owi bezmyślni
spacerowicze będą siekać suszone borowiki do świątecznej kapusty. I zamyślą się
na chwilę nad tym, co kopnęli brutalnie, rozdeptali bezmyślnie zamiast po
prostu, po ludzku… ominąć.
Tekst ukazał się w bieżącym (nr 9), wrześniowym numerze miesięcznika "Przyroda Polska". (940)
sobota, 3 września 2016
W CZTERY OCZY PRZY KRAWĘŻNIKU
Takiego spotkania się nie spodziewałam. Zresztą kto by się
spodziewał?... W upalny dzień czerwcowy pojechałam na obrzeża Jabłonny. Rozrastające
się ekspansywnie od kilku lat osiedle, rozpięte pomiędzy lasem, a malowniczymi
łąkami nie pochłonęło jeszcze całkowicie zasiedziałej na tym terenie flory i
fauny. Pasy zieleni oddzielające skromnymi prostokątami ciasne budownictwo, to
paleta naturalnych barw. Znajdziemy tam chyba wszystkie kwiaty porastające łąki
i leśne polany Mazowsza. Zaś jesienią wciąż można spotkać, wychylające się z
ziemi główki grzybów - zarówno jadalnych jak i tych, których piękno wypada
tylko podziwiać. Tym razem jednak pojechałam sfotografować pełnię kwitnienia
wyki ptasiej. Na naturalnych trawnikach, których mogą nam pozazdrościć uporządkowane
pedantycznie kraje zachodniej Europy, wił się w sposób nieokiełznany intensywny
fiolet! Z tą gęstą pokrywą kwiatową, krajobraz przypominał nieco wrzosowiska...
Powyższy tekst ukazał się w bieżącym, wrześniowym numerze miesięcznika "Przyroda Polska", a sama przygoda spotkała mnie w czerwcu, stąd takie połacie wyki, która najintensywniej kwitnie wczesnym latem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























































