Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmieci spożywcze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmieci spożywcze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 czerwca 2018

UWAGA: Ściema!


Wpis ten, z dużym prawdopodobieństwem, doczeka się swojej kontynuacji ponieważ, sięgając z zasady po tzw. zdrową żywność, wciąż natykam się na tematycznych półkach, na takie kwiatki, jakie wybiórczo zaprezentuję poniżej... Asortyment żywności "bio", czy "eko", z miesiąca na miesiąc, zajmuje coraz więcej przestrzeni nawet w tanich supermarketach. Co szczególnie cieszy - to widok takich artykułów w naszych koszykach. Nic dziwnego, że w dobie epidemii raka, nie chcemy już dłużej być konsumentami śmieciowej żywności i czynnie wspomagać onko-biznesu.
Pamiętajmy jednak, że to, co wydaje się zdrowe z nazwy, nie zawsze jest całkiem zdrowe w praktyce. Dlatego proszę Was - nie ufajcie ślepo zachęcającym tytułom w stylu: "bez konserwantów". Czytajcie etykiety!!! 

Owocowa herbatka, którą kupiłam, by rozgrzać się i wzmocnić w trakcie trwania lutowej grypy. A, że z gorączką musiałam wyjść z domu, nie miałam siły, ani czasu na czytanie składu. Zaufałam nazwie, w której tkwiło bezpieczne niczym polisa na życie słówko :"bio". 


To był błąd. Zdrowotna herbatka zawiera rakotwórczy kwas cytrynowy - E 330, który w krajach starej UE, jest już dawno zakazany. Zerknijcie pod tag "śmieci spożywcze", a znajdziecie wpisy na temat tego uniwersalnego destruktora. Dredy stają mi dęba na głowie, gdy pomyślę, ile tego świństwa zjadłam w swym nie tak krótkim już życiu, w tych latach, w których nie czytałam jeszcze etykiet, a nawet, jeśli już to robiłam, nie miałam świadomości, co kryje się pod symbolami "E"... ;-(

O mega kuriozum, otarłam się w sklepie ze zdrową żywnością w moim miasteczku. Co, jak co, ale takie miejsca powinny być niczym zdrowotne sejfy - bezdyskusyjnie bezpieczne i budzące zaufanie. Cóż... Chcąc wzmocnić włosy i paznokcie, kupiłam sok tłoczony bezpośrednio z pokrzywy. Zapłaciłam i zanim schowałam butelkę do torby, zerknęłam na etykietę. Całkiem odruchowo. Choć na zewnątrz było + 40 stopni C, chyba ze złości i niedowierzania zrobiło mi się zimno. Płyn zawierał kwas cytrynowy!!!
Pan sprzedawca na moje zdziwienie odparł, że przecież, bez takiej konserwacji, sok zepsułby się po upływie doby. Burknęłam, że wieki temu wymyślono niezawodną metodę przedłużenia trwałości produktów spożywczych - PASTERYZACJĘ. Wymienił mi sok, na utrwalony techniką pasteryzacji, właśnie - firmy Polska Róża. Cena podobna, smak super i zero trucizny... Dobrze, że był wybór, w przeciwnym razie musiałabym zasuwać po pokrzywę do naszego lasu ;-S

niedziela, 5 czerwca 2016

ZDROWO ZNACZY ŚWIADOMIE


Zgromadzone jesienią zapasy jabłek, marchwi, kapusty, buraków, czy ziemniaków, zaczynają już tracić niektóre wartości odżywcze. A my zmęczeni monotonnym jadłospisem, rozglądamy się łakomie za nowalijkami. Czy jednak jest to właściwy krok w kierunku naszej witalności?

                                   KONSUMUJ Z UMIAREM
Niestety, szklarniowe warzywa mimo dorodnego wyglądu, nie są wcale tak zdrowe, jak można by się spodziewać. Względem tych gruntowych, mają mniej wyrazisty smak, ale ich największym mankamentem jest wysoka zawartość azotanów na skutek intensywnego nawożenia. Przekroczenie dozwolonych norm w zastosowaniu nawozów sztucznych ze związkami azotu, jest niemal nagminnym zjawiskiem, a rośliny pobierają tyle składników, ile dostarczy im człowiek. Najwięcej ich występuje w młodej rzodkiewce, marchewce i sałacie. Skutki dla konsumenta bywają więc opłakane: mogą doprowadzić do zatrucia, a w przypadku długotrwałego spożywania nadmiaru związków azotu, wywołują raka żołądka. Oczywiście nie dotyczy to plonów z upraw ekologicznych, ale są one wciąż kroplą na rynku i mają 2 – 3 razy wyższą cenę. Dlatego ja jeszcze cierpliwie czekam na warzywa gruntowe i nadal w dużej mierze korzystam z tych ubiegłorocznych, ostrożnie dozując nowe.
Jeżeli już decydujemy się na zakup nowalijek, musimy pamiętać by nie przechowywać ich w lodówce w foliowych torebkach ponieważ wytwarzająca się w takim opakowaniu wilgoć przyspiesza przemianę azotynów w rakotwórcze nitrozoaminy.
                                              
ZBĘDNE BONUSY
Popularne na rynku gotowe surówki zrobione są jeszcze wprawdzie z jesiennych warzyw, ale zawierają dodatki, które żywności wszak zdrowia nie dodają – głównie E 211 i E 330.
Benzoesan sodu (E211) jest stabilizatorem i konserwantem. W czasach, gdy metody konserwacji żywności, wyszły poza ramy przyjaznej konsumentowi pasteryzacji, procesowi mrożenia, czy wędzenia, spotykamy ten bonus nieomal w każdym produkcie, wymagającym przedłużenia jego przydatności do spożycia. A więc w: serach, majonezach, przetworach owocowo – warzywnych, konserwach rybnych, napojach gazowanych, margarynach. W celach spożywczych pozyskuje się go sztucznie. Wiemy o nim tyle, że jest dozwoloną substancją, choć działa drażniąco na śluzówkę żołądka i powoduje reakcje alergiczne. Dlatego proponowałabym go unikać tym bardziej, że w połączeniu z witaminą C – kwasem askorbinowym (E300), może tworzyć rakotwórczy benzen.
Jednoznacznie negatywną plagą dzisiejszego przemysłu spożywczego jest powszechne występowanie „kwasku cytrynowego”(E330). Choć liczne środowiska lobbystów bagatelizują wpływ na nasze zdrowie tego dodatku, istnieje wiele dowodów na jego szkodliwość. Ponieważ nie jest on konserwantem, znajdziemy tego rakotwórczego destruktora, zarówno w soczku dla naszej pociechy, jak i w słodyczach czekoladowych. Natkniemy się na niego tym bardziej w uważanej za zdrową… surówce. E330 stosowany masowo w przemyśle spożywczym, jest syntetyczną substancją uzyskiwaną przez fermentację cukru za pomocą Aspergillus Niger - szkodliwej dla zdrowia pleśni. Z punktu widzenia kosztów produkcji fenomen popularności kwasku, daje do myślenia, ponieważ naturalny kwas askorbinowy, jest składnikiem znacznie tańszym.

ORZEŹWIAJĄCA SURÓWKA BEZ SZKODLIWYCH DODATKÓW
(Porcja dla 3 osób)

Składniki podstawowe: 1/2 główki sałaty lodowej
1 i ½ soczystego jabłka (np. Ligol)
1 średniej wielkości marchew
1 i ½ średniego ogórka kiszonego
1 i ½ stołowej łyżki rodzynek
1 łyżeczka łuskanych pestek ze słonecznika
½ pęczka natki pietruszki
Sos:
1 – 1 i ½ łyżeczki soku wyciśniętego z cytryny (wedle uznania)  
1 i ½ łyżki stołowej oleju rzepakowego
½ łyżeczki słodkiej papryki mielonej
1/3 łyżeczki curry
1/3 łyżeczki czosnku granulowanego
Sól do smaku (pamiętajmy jednak o słonych ogórkach!)

Sałatę kroimy w cieniutkie paski, długie lub krótkie, w zależności od preferencji smakowych. Płuczemy na sitku, odstawiamy by odciekła. Marchew obieramy i ścieramy na tarce o dużych oczkach. Obrane jabłka mam zwyczaj ścierać zarówno na tarce o dużych oczkach, jak i szatkownicy. W proporcjach ok. 50/50. To samo dotyczy ogórków. W przypadku takiej mieszanki spożywczej jak surówka, różnorodna wielkość składników urozmaica kompozycję smakową. Dodajemy posiekaną natkę; w całości rodzynki i pestki. Mieszamy. Zalewamy olejem i sokiem z cytryny. Dodajemy przyprawy, mieszamy i odstawiamy na 3 godziny. W tym czasie warto jeszcze zamieszać całość kilkakrotnie, aby warzywa puściły sok, wszystkie składniki sosu zawiązały się, a pestki i rodzynki nabrały miękkości. W trakcie tego procesu, sałata stanie się szklista i bardzo delikatna w smaku. Surówkę można też śmiało przechować w lodówce na następny dzień. Będzie wtedy jeszcze delikatniejsza i bardziej soczysta. Idealnie smakuje zarówno z ziemniakami jak i z różnymi rodzajami kasz. Jest wyśmienitym dodatkiem do ryb oraz mięsa.
                                   
ILE ZAPŁACĘ, CO ZYSKAM?
Szacowany koszt składników o tej porze roku (w zależności od miejsca zakupu i producenta):
Główka sałaty lodowej: 3 – 4 zł.
1 marchew: ok. 30 gr.
2 ogórki kiszone: ok. 60gr.
2 jabłka: ok.80 gr.
Pęczek natki: 1,50 – 2 zł.
Opakowanie wymienionych przypraw o masie 20 – 30g: 69 gr – 2 zł (w zależności od firmy)
Najmniejsze opakowanie rodzynek i pestek w zależności od marki produktu: 1 – 3 zł.
Wartości zdrowotne: Ogórki, oczywiście najbardziej wartościowe są te, które ukisimy samodzielnie, albo kupimy je u zaufanego dostawcy - to naturalny probiotyk, podnoszący odporność organizmu i poprawiający trawienie. Podczas procesu kiszenia zwiększa się zawartość witamin: B2, B3, B6, B12, PP. Wpływają one pozytywnie przede wszystkim na nasz układ nerwowy. Surowa marchew zawiera w sobie takie bogactwo witamin (m.in.: C, K) i minerałów (m.in.: potas, wapń, fosfor, magnez, sód), że uznawana jest wprost za warzywo lecznicze. To jedno z największych źródeł beta – karotenu, (prowitaminy A), który korzystnie wpływa na funkcjonowanie wzroku, kondycję skóry i systemu immunologicznego; może obniżyć występowanie niektórych nowotworów. Zawarte w marchwi pektyny, przeciwdziałają miażdżycy. Jabłka są skarbnicą większości witamin, a także błonnika roślinnego i pektyny. Ze względu na niską wartość w indeksie glikemicznym, ich spożycie zaleca się osobom chorym na cukrzycę. Natka pietruszki wzmacnia i oczyszcza organizm – 1. jej łyżka pokrywa dzienne zapotrzebowanie na wit. A i C.  Niskokaloryczna sałata lodowa w porównaniu z innymi rodzajami tego warzywa jest dość uboga w składniki odżywcze. Za to ma wysokie walory smakowe i długo zachowuje świeżość w lodówce.        
      
 (Powyższy tekst napisałam dla Gazety Polskiej Codziennie, 03/06/2016)

            

wtorek, 29 marca 2016

DZIECKU ODMÓWISZ? Tak, jeśli chcę by było zdrowsze!


Od czasu do czasu pojawiają się szkodliwe i po prostu idiotyczne kampanie reklamowe różnych produktów. Media wszystko uniosą, niczym dawny papier, a dzieci i ryby, jak wiadomo w naszej kulturze – „głosu nie mają”. Dlatego od lat karpie muszą posiadać swojego rzecznika w okresie przedświątecznym, który wykrzyczy za nie argumenty o bezsensownym cierpieniu. Wbrew pozorom gorzej jest z dziećmi. Czemu? Bo to największa grupa  konsumencka tzw.: „śmieciowej żywności”. Owszem, coś się robi, by jak najmniej tego paskudztwa zapełniało szkolne sklepiki, ale to wciąż maleńka kropla w zalewie przesłodzonych i naszpikowanych truciznami pseudo spożywczych ścieków. Zajrzyjmy więc do sklepowych koszyków małoletnich klientów, wsłuchajmy się w ich prośby o 2 złote na batonik, lub sztucznie zabarwiony napój gazowany… I jeśli ktoś z nas ma więcej przysłowiowego oleju w głowie, czyli zdaje sobie sprawę ze szkodliwości powyższych (a takich osób na szczęście jest coraz więcej), niech wie, że do niego odnosi się hasło kampanii wafelków „Grześki”. „DZIECKU ODMÓWISZ?” z jego potępiającą wymową (bo przecież jak można odmówić czegokolwiek naszej najdroższej pociesze?!), apeluje do serc tych rodziców, którzy kierują się rozsądkiem i myślą perspektywicznie o zdrowiu swoich potomków. 


Dawno już nie słyszałam podobnej głupoty – mniej więcej od czasu liceum i przełomu studiów. Wtedy to właśnie, pojawiła się w telewizji polskiej kampania reklamowa pewnych cukierków. Reklama zaczynała się mniej więcej od takich słów: „ Jeśli najbardziej kochasz swoje dziecko…”. Konkluzja? Musisz kupić mu słodycze określonej firmy, w przeciwnym razie nie kochasz, lub kochasz nie dość mocno. Tylko z pomocą cukierków, udowodnisz siłę swoich uczuć. Bez względu na to, czy skład słodkości jest szkodliwy dla zdrowia, czy neutralny. Liczy się target.!  
Te same środki stylistyczne, zostały użyte w reklamie produktu Goplany. Bezczelna manipulacja naszymi emocjami i tradycyjne już dzisiaj przewartościowanie tego, co uniwersalnie dobre z tym, co szkodliwe.
Czego nie powinniśmy według producenta odmawiać naszym maluchom? Przeczytajcie sobie poniższy skład:


Ja podkreślę tylko totalnie niepotrzebny dodatek E476, składnik mający na celu „poprawę konsystencji słodyczy na bazie czekolady”. Nie będę wchodziła w szczegóły chemiczne – czym jest i jak się to otrzymuje; zainteresowani znajdą stosowne opisy w Internecie. Jedno jest pewne: kiedyś czekolada była poprawnie smaczna i bez „E”. Co jeszcze? E476 używane jest w produkcji czekolad i wyrobów czekoladowych tańszych marek. Jak macie cierpliwość, przejrzyjcie asortyment na marketowych półkach, a się przekonacie.  
Węglan amonu, czyli E503 (związek syntetyczny), choć powszechnie uważany za nieszkodliwy w małych dawkach, może wywołać alergiczną wysypkę. Ciekawostki? Wykorzystywany jest także m.in.: przy produkcji płynów do trwałej ondulacji, środków gaśniczych i w przemyśle farbiarskim. Prawda, że wafelek mógłby spokojnie obejść się bez tego chemicznego bonusu?

I oczywiście sacharoza do potęgi! Moja recenzja jest bezlitosna (bo przecież musiałam to niestety zjeść przed napisaniem posta) - z wyjątkiem cukru, trudno dopatrzyć się innego smaku w omawianym produkcie. Owszem, wafelek trzeszczy w zębach i czekolada rozpływa się w palcach, ale dominuje masakrująca podniebienie słodycz. W przeciwieństwie do innych rodzajów „Grześków”, ten jest… trudny do przełknięcia.

Ponieważ próchnica zębów u polskich 6 – latków przekroczyła 85%, a wśród 18 – latków, aż 95% i skoro stale przybywa nowych zachorowań na cukrzycę u nieletnich, na pytanie Goplany: „DZIECKU ODMÓWISZ?”, odpowiem: „TAK, OCZYWIŚCIE!”.     

piątek, 4 marca 2016

Krótki żywot zdrowych batoników. Nickal, Vilvi.


Uff, nareszcie! Nie tylko jadalne, ale też smaczne. Niby nic w tym nadzwyczajnego, lecz kiedy jeszcze doda się fakt, że opisywany artykuł jest autentycznie nieszkodliwy, a nawet zdrowy, odkrywamy spożywczego Świętego Graala!
W zalewie paskudztwa, które serwuje nam każdy sklep spożywczy i jeszcze okrutnie lansuje tę truciznę tuż przy kasie, co by klient w ostatniej chwili skusił się na batonik, choć w założeniu słodki to napchany nie wiem po co kwaskiem cytrynowym, albo zasilony niejadalnym „E” -  produkt niewinny jak Dziewica Orleańska, czyli batonik z twarożku, postawił moje i tak spore oczy na przysłowiowych słupkach.
Późną jesienią minionego roku w sieci supermarketów Carrefour, odkryłam 2 rodzaje czegoś, co zelektryzowało moje podniebienie. Coś, jak sernik na zimno oblany gorzką czekoladą – jeden z makiem (Vilivi), drugi bez (Nickal).






Delicja! – co skonstatowałam wraz z koleżanką. A do tego normalne ceny 1,69, 1,99. No i jeszcze zawartość autentycznie sycąca. W przypadku Vilvi na uwagę zasługuje też opakowanie: dopracowane i oryginalne na dzisiejszym przejaskrawionym rynku. Takie i domowe z tą kratką i ciut vintage – po prostu ciepłe w odbiorze.


Nickal miał jeszcze wersje owocowe, ale ja wybrałam waniliowy i jego mogę z czystym sumieniem polecić… Oczywiście, jeśli będziecie mieli szczęście i gdzieś jeszcze znajdziecie te słodkie, serowe przekąski.
Nie mam pojęcia, czy byłyśmy odosobnione w naszych zachwytach. Nie zdążyłam też w porę napisać o tej smakowitej nowince. Od 2 miesięcy na próżno szukam zdrowych batoników na sklepowych półkach.

Za to nie mam problemu z natknięciem się na komercyjnego truciciela znanego koncernu, wsysającego kolejne marki. Słodycz złamana kwaskiem cytrynowym, nie czyni z Karmelio czegoś, po co jeszcze kiedykolwiek sięgnę. No, chyba, że na pustyni po 3 – dniowej głodówce…  



Zainteresowanych inną tematyką, zapraszam też TUTAJ:


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

ZASŁODZENI NA ŚMIERĆ


Jedno niewinne pytanie, a spowodowało całe śledztwo:
- Czemu nie ma dziś żadnej krajanki śledziowej?
- Przyszło lato więc klienci nie kupują. Zapotrzebowanie na ryby jest zawsze zimą – usłyszałam w odpowiedzi.  

Mięsa lądowego nie jadam od tak dawna, że daty tej poszukuje się już w archiwach, ale śledziem, czy makrelą nie pogardzę. Niestety, póki co, muszę zmienić menu. Żywieniową reorganizację, postanowiłam wykorzystać czynnie i  przyjrzeć się temu, co klienci zawsze biorą, skoro ryba nie bierze.  I tak, bezwstydnie przez wiele dni, zapuszczałam żurawia do koszyków. Skutek mógł doprowadzić do rozstroju żołądka od samego tylko patrzenia. I bez wątpienia przyprawiał o wizualną nudę. Od maleńkiego sklepiku osiedlowego, po duży supermarket, nasze koszyki wypełniają góry produktów, które żywnością są tylko z nazwy. Większość z nich, to artykuły pierwszej potrzeby takie jak: piwo, wielobarwne napoje gazowane, zwały batoników, wafelków i innego przesłodzonego paskudztwa, od którego zęby pragną wywędrować z jamy ustnej. Zwłaszcza dzieci gustują w ciągnących i klejących się formach, złożonych w połowie z syntetycznych dodatków. Kiedy widzę na etykietach te siarczyny i glutaminiany sodu , azotyny i azotany, błękit patentowy oraz wiele innych o nazwach, których odczytanie przeciętnemu Czytelnikowi z pewnością nie uda się za pierwszym razem, a które tak niewinnie kryją się za literką „E” – myślami wracam do akademickiej pracowni chemicznej. Ale co to ma wspólnego z żywnością? A co gorsza, nie tylko tzw.: „niezdrowe artykuły” raczą nasz układ trawienny niechcianymi gratisami. Te pozornie „normalne”, jak jogurty, czy serki , też pękają w szwach od nadmiaru składników, które nie musiały się w nich znaleźć. Długo też trzeba szukać tych bez dodatku monstrualnej ilości cukru i syropu glukozowego, determinującego każdy jeden smak. Sacharozę, która dostarcza organizmowi jedynie puste kalorie, znajdziemy niestety niemal wszędzie. Zawsze mamy, oczywiście wybór, co i w jakich ilościach kupić, ale coraz częściej staje się on prawdziwą sztuką.   



środa, 25 marca 2015

IDIOCI na własne życzenie


Nim się obejrzałam, marzec minął półmetek, a ja nadal nie zrobiłam rozsady aksamitek. Gorączkowo zaczęłam rozglądać się plastikowymi pojemniczkami z lat ubiegłych i doszłam do wniosku, że musiałam je wyrzucić przed zimą. Miałam jeden po pieczarkach, postanowiłam więc kupić coś, co nie powinno mnie zabić, czyli surówkę w wymiarowym naczynku. A że spieszyłam się tego dnia i byłam zmęczona, z rozpędu chwyciłam coś takiego. I dopiero w porze kolacji, oczy stanęły mi na słupkach. 3,50 na ulicy nie leży, ale czy warto się truć???



Już dawno zamierzałam wprowadzić ten dział do mojego bloga. Gdy w najbliższym otoczeniu ludziom w każdym wieku zaczęło sypać się zdrowie, z widnokręgu znikał mi jeden po drugim i rzadko wracał, a Mama jako jedna z wielu stała się ofiarą postępującej epidemii raka, jeszcze intensywniej zaczęłam przyglądać się temu, co dzisiaj jemy. Bo nie ma co udawać, że tylko stres i zanieczyszczenia rujnują nam zdrowie, jak głosi obiegowa opinia, a więc czynniki, na które przeciętny Iksiński ma znacznie mniejszy wpływ, niżby chciał. Temat rzeka; napisano wiele prac popartych twardymi danymi, co na szczęście poszerzyło nam horyzont wiedzy, ale nie zmieniło ani trochę polityki „śmieciowej żywności” – zaznaczam, że jest to bardzo pojemny termin.
Dziś przyjrzę się z bliska tylko jednej truciźnie: E 330, znanej jako kwasek cytrynowy. Zważywszy na to, że występuje wszędzie – w sokach i jak widać surówkach, co uważam za absurd; napojach, słodyczach, przetworach, a nawet żywności dla dzieci, co należałoby nazwać imiennie „zbrodnią”, trudno nie tworzyć spiskowych teorii łączących kryzys finansowy, ponure prognozy gospodarcze na następne dziesięciolecia, z  ekspansją szkodliwych dodatków do powszechnie konsumowanej żywności.


Kwasek cytrynowy, choć posiada tak niewinnie brzmiącą nazwę, nie ma nic wspólnego z cytrynami. Ten stosowany masowo w przemyśle spożywczym, jest syntetyczną substancją, otrzymywaną przez fermentację cukru za pomocą Kropidlaka czarnego (Aspergillus Niger – bardzo powszechna, szkodliwa dla zdrowia pleśń, zanieczyszczająca żywność; już przygotowując się do olimpiady biologicznej w podstawówce usłyszałam, że nawet najmniejsza oznaka tej pleśni na pokarmie, dyskwalifikuje całość pod względem zdrowotnym). Żywieniowcy grzmią w panice – wyrzucajmy skażone plamką kropidlaka owoce, czy pieczywo, bo całość jest już zainfekowana, a to stanowi czynnik karcynogenny! I co? Z czystym sumieniem poprawimy soczkiem np. firmy Melly, czy zakąsimy prezentowaną tu „królewską”. Nawet w herbacie malinowej znalazłam kwasek cytrynowy. Po jakie licho – pytam?!      
Groteskowe, że zamiast wybrać do konserwacji żywności tani, zdrowy kwas askorbinowy, czyli witaminę C, od 20. lat sypiemy coraz więcej groźnej trucizny, która w tabeli szkodliwości dodatków żywnościowych, opisana jest jako „rakotwórcza”. I tak, badania sobie, producenci do spółki z wydającym zezwolenia establishmentem – sobie.
Może dlatego, że oprócz wspomnianych działań, mamy jeszcze udokumentowane „naruszenie przewodnictwa elektrochemicznego w pracy komórek mózgowych”. Przekładając na polski oznacza to, że reakcje chemiczne w naszym mózgu, ulegają zmianie.

Patrząc na postępujące głupienie świata, rozpoczynające się od tych na szczycie, a kończące na naszym sąsiedzie, któremu nagle zaczyna przeszkadzać drzewo za oknem, czy dziecko za ścianą, za to nie przeszkadza mu likwidacja kolejnego kina (kultura), czy targowiska (miejsce pracy), należy samodzielnie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy kwasek cytrynowy ma jakiś udział w masowym idioceniu? ;-)