niedziela, 2 kwietnia 2017
Przeszkadzało?
Wątpię. Łąki w Jabłonnie, z jednej strony pochłonęło ekspansywnie rozrastające się osiedle, z drugiej, zarastają je drzewa i krzewy. A jednak od przeszło 5. lat, mimo licznych zmian, to nadal moje ulubione miejsce spacerów i wypraw fotograficznych, gdy chcę uchwycić inny plener niż leśny. Mam też swoje zakątki i przyrodnicze obiekty do szybkiej fotografii. A raczej... miałam!
Groteskowe, że spośród tylu innych samosiejek o cienkich gałęziach, postanowiono zniszczyć akurat tę, którą najczęściej wykorzystywałam do lalkowych sesji o każdej praktycznie porze roku. Drzewo miało już pączki i budziło się do życia, ale od czasu wprowadzenia nowego prawa krajobrazowego, paradoksalnie zapanowało totalne bezprawie, niepojęta żądza cięcia wszystkiego, co ma gałęzie. I tak, nie obowiązuje ani zdrowy rozsądek, ani okres lęgowy ptaków. Piły w moich okolicach, chodzą permanentnie, zmieniając śliczne posesje w gołoborza, albo przydomowy las kikutów... Człowiek, kontra zieleń. Skoro nie mogę tego zmienić, staram się choć nie patrzeć. Głupota i agresja względem przyrody - w najgorszym wydaniu...
poniedziałek, 20 marca 2017
Z miłości do pszczół...
Dzięki pszczołom mamy 70 % produktów spożywczych na naszych stołach. Jeśli
one zginą, to w ciągu czterech lat, umrą
również ludzie. Marek Dudek z Chotomowa,
Prezes Stowarzyszenia Nasze Pszczoły, poświęcił
tym wyjątkowym owadom swoje życie. Własną miłość pragnie wpoić młodym ludziom,
a jednocześnie próbuje reaktywować dawne pszczelarstwo mazowieckie.
- Ile czasu żyje
pszczoła?
- W lecie do sześciu tygodni, pokolenie zimowe żyje do pół
roku, trutnie do trzech miesięcy, a królowa do pięciu lat. To oczywiście ogólny
model, ponieważ temat jest tak duży, że można poświęcić mu całą broszurę.
- Jak daleko sięga historia
pszczelarstwa na ziemiach Jabłonny i Legionowa?
- Pierwsze zapiski podają datę 1369. Wtedy to pszczelarze
dostarczyli do biskupstwa w Płocku kilkanaście donic miodu. To już 700 lat
udokumentowanego pszczelarstwa na tych terenach.
- Czym różniło się dawne
pszczelarstwo od obecnego?
- Na początku istniały barcie dziane, czyli drążone w
drzewach, które na wysokości piersi miały metr średnicy. Barcie umieszczało się
od 8 do 22 metrów
nad poziomem ziemi. Takie były wtedy bory i drzewa. Zagrożenie dla barci
stanowiły niedźwiedzie, dlatego bartnicy musieli stosować zabezpieczenia np. w
postaci kolców, przypominających te na dzisiejszych bronach polowych. Każdy bartnik
posiadał swój znak bartny, który przechodził z pokolenia na pokolenie. Około XV
w. zakazano dziania nowych barci, ponieważ było już znacznie mniej drzew;
dodatkowo występowało zagrożenie pożarowe. Pierwsze ule ogrodowe, czyli takie
jakie znamy po dziś dzień, pojawiły się dopiero w 1850r.
- Myśli Pan o
przywróceniu technik dawnego pszczelarstwa mazowieckiego…
- Dziś nie ma już
drzew o takich średnicach pnia i podobnej wysokości, ale można próbować tworzyć
barcie w klocach drewna. Wprawdzie to wymaga kilku tygodni pracy, lecz warto
próbować, ponieważ miód pozyskany w ten sposób ma całkiem inny smak. Szczególnie
na Kurpiach, ukierunkowują się na taki rodzaj pszczelarstwa. Obecnie szukam
środków na rozwój projektu.
- W ubiegłym roku, stworzył
Pan pasiekę edukacyjno-szkoleniową w Chotomowie. Do kogo adresowany jest ten
projekt?
- Ogród
miododajny i pasieka są to projekty Stowarzyszenia Sympatyków Pszczelarstwa Nasze Pszczoły. Działanie
kierujemy szczególnie do dzieci z klas III i IV, ale nie tylko. Warsztaty
prowadzimy także w przedszkolach i za słuchaczami uniwersytetu trzeciego wieku.
Inicjatywa już cieszy się dużym powodzeniem. Działka z pasieką, sąsiaduje
bezpośrednio z lasem oraz ze Szkołą Podstawową w Chotomowie. Pasieka ma uczyć
początkujących pszczelarzy wszystkiego, co niezbędne do założenia własnego ula
w przydomowym ogródku. Natomiast u dzieci i młodzieży ma kształtować
odpowiedzialność za środowisko, w którym żyjemy.
- Jakie ma Pan
najbliższe plany edukacyjne?
- 21 marca br, chcę zaprezentować warsztaty pszczelarstwa w
Niepublicznej Szkole Podstawowej im. Jana Pawła II w Legionowie. Przewiduję 3
bloki tematyczne po 45 minut. To będzie nietypowe spotkanie, jak na dzisiejsze
warunki, bez komputera i rzutnika. Podczas tych warsztatów, dzieci będą mogły
m.in. poznać szczegółową hierarchię panującą w ulu, zrozumieć relacje panujące
pomiędzy pszczołami, odegrać w drobiazgowy i przemyślany sposób scenki
rodzajowe na podstawie życia pszczół, nauczyć się sadzić kwiaty i skosztować
naszych pysznych miodów.
Tekst napisany na zamówienie "Gazety Polskiej Codziennie" - "Dodatek Mazowiecki", z dn. 18-19/03/2017.
niedziela, 26 lutego 2017
Wyrzuć nowe, kup nowsze
Język ekonomii, stał się uniwersalnym językiem mówienia o wszystkim. Opisuje klarownie, bez niuansów naszą relację
ze światem materialnym i niematerialnym. Każde działanie ma więc „opłacać się”,
„przynosić zysk”, „dać nam korzyść”. Na
takim gruncie narodziła się w ubiegłym roku kampania reklamowa jednej z sieci
handlowych, pod hasłem: „Wyrzuć stare, kup nowe”.
I co w tym złego? Teoretycznie
nic. Chyba, że „stare”, służy nam zaledwie od kilku miesięcy i robi to całkiem
dobrze, a my już zachłannie rozglądamy się za udoskonalonym modelem. Współczesny
człowiek coraz częściej pielęgnuje w sobie bezrefleksyjne przekonanie, że
najnowsze jest znacznie lepsze niż nowe. Kampanie reklamowe i sami sprzedawcy w
centrach handlowych zarzucają klienta wabiącymi sloganami: „opłaci się”,
„zaoszczędzi czas i energię elektryczną”. Buduje to w nas mimowolnie postawę
ciągłego przeliczania.
Niezdrowy apetyt
Historia reklamy w Polsce, sięga
XV wieku, ale dopiero w 1926r. uchwalono pierwszy akt regulujący działalność
reklamową. W latach ’30 XX w. pojawiła się w Polsce reklama prasowa i kinowa.
Sposób jej wyrazu, estetyka wizualna i językowa, oczywiście bardzo odbiegał od
dzisiejszych standardów. Ale cel pozostał jeden – wszelkimi akceptowalnymi
sposobami zachęcić konsumenta do zakupu. To nadrzędne posłannictwo reklamy nie
uległo zmianie przez wieki. Ewoluowały za to sposoby prezentacji, narodziły się
nowe miejsca, w których chcąc nie chcąc spotykamy reklamę. Zjawisko, które może
budzić pewne kontrowersje to fakt, że reklama coraz częściej generuje w sposób
sztuczny nie tylko nasze pragnienia i potrzeby, ale nakreśla nam „jedyny
słuszny” styl życia. Z jej przesłania wyłania się następujące credo: „Chcesz
być modny, zdrowy, zawsze uśmiechnięty – stosuj się do komunikatów
reklamowych”. Niestety za takim przekazem nie kryje się żadna filozofia, ani
faktyczna chęć podniesienia jakości życia, z wyjątkiem pobudzenia w nas niezdrowego
apetytu na zakupy. A im więcej konsumujemy, tym szybciej skłaniamy producentów
do doskonalenia technologii, motywujemy ich do kolejnych odkryć i wprowadzania
na rynek nowych artykułów.
Bubel się opłaci
Kiedyś miarą jakości danej firmy,
była trwałość jej produktów. Im dłużej funkcjonował zegarek, radioodbiornik,
czy zwykły czajnik, tym lepiej świadczyło to o wykonawcy. Ten swoją rzetelnością,
budował własną markę. Kilka razy w ostatnich latach zdarzyło mi się rozmawiać z
osobami zajmującymi się naprawami różnych sprzętów: od pralek, po komputery. Wszyscy
zgodnie przyznali, że obecnie umyślnie produkuje się rzeczy słabej jakości.
Współcześnie jedynie bardzo drogi
sprzęt zanosimy do serwisu. W samych, coraz mniej licznych punktach naprawy,
usłyszymy zazwyczaj, że szkoda czasu na reperację suszarki, lub czajnika
elektrycznego. Niejednokrotnie brak też części zamiennych i oczywiście taki
wysiłek zwyczajnie się nie opłaca, skoro można kupić nowe… Zatem i ludzkie
sentymenty wobec tak określonych reguł konsumpcji, muszą niejednokrotnie
powędrować wraz z zepsutą suszarką do kosza.
- Dziś liczą się wyłącznie rosnące słupki sprzedaży i
wdrażanie nowych technologii - zauważa pan Piotr (imię na prośbę rozmówcy
zostało zmienione), pracownik salonu popularnej sieci RTV/AGD - Sprzęt psuje
się średnio dwa do trzech miesięcy po upływie terminu gwarancji – potwierdza
pan Piotr – Pół biedy jeśli znajdzie się w Polsce części. Ale zazwyczaj jest
kłopot i najłatwiej wtedy kupić nowe. Zwłaszcza, że ceny ciągle idą w dół, a
mamy teraz korzystne możliwości zakupów na raty. Po 1989r. chyba wszyscy
zachłysnęli się możliwościami rynku. Osoby urodzone po tej dacie mają całkiem
inne podejście. Dla mojego nastoletniego siostrzeńca roczny smartfon to już
zabytek. Musi kupić nowy, żeby nie było towarzyskiego obciachu. Zresztą sprzęt
po paru miesiącach jest już porysowany i popękany.
Gdy
liczy się coś więcej…
Pan Adam zajmuje się sprzedażą
antyków przez internet. Jego ojciec prowadził kiedyś antykwariat w Warszawie.
- No, może to nie są takie całkiem antyki z definicji, bardziej
starocie, vintage, często zwykły PRL – wyjaśnia – Zwłaszcza na przedmioty z
tego ostatniego okresu, jest całkiem spore zapotrzebowanie, coraz więcej też
wypływa ich na aukcje internetowe. Są to głównie zabawki, sprzęt gospodarstwa
domowego, oświetlenie, ozdoby choinkowe, a nawet opakowania. Dużo ludzi zbiera
takie rzeczy, ale wiele osób chce po prostu przywołać lata dzieciństwa, czy
młodości. To jest etap, który każdy człowiek wspomina z sentymentem. Ponadto
wbrew temu, co się kiedyś mówiło, wiele przedmiotów codziennego użytku z
tamtego okresu, było solidnie zrobionych. Ponieważ prowadzę sprzedaż
internetową, trudno mi powiedzieć, w jakim wieku są moi klienci, ale
przypuszczam, że powyżej 40. roku życia. To jest ten czas, gdy zaczyna liczyć
się coś więcej niż pogoń za nowym. Do głosu dochodzą też osobiste emocje i chęć
nabycia czegoś oryginalnego, z jakąś historią.
Do takich zakupów trzeba dojrzeć, albo mieć jakiś cel:
kolekcję, potrzebę ochrony środowiska – na pewno są to zakupy wymagające od nas
wiedzy, świadomości. Przy kupowaniu nowinek technicznych, cały wysiłek myślowy
wykonuje za klienta sprzedawca w firmowym salonie, albo reklama w promocyjnej
gazetce. Starocie reklamy nie potrzebują.
Spodnie Jana
Aktualnie widać dwa ścierające
się trendy, które ogarniają coraz szersze przestrzenie codziennego życia w
społeczeństwach rozwiniętych, w tym także w Polsce: modę na minimalizm i masowo
produkowane nowinki, oraz powrót do sprawdzonych rozwiązań. W przypadku
aranżacji wnętrz, czy projektowania odzieży, ważną rolę zaczyna odgrywać recykling,
popularne stają się kursy renowacji. Jednocześnie kryzys ostatnich lat, uzmysłowił
ludziom, że stan posiadania, przerósł ich faktyczne potrzeby.
Pamiętam jak na początku lat ’90
ubiegłego wieku, norweski przyjaciel mojej rodziny, z dumą pokazał mi spodnie,
które nosił już od 20. lat. Jako ówczesna nastolatka, dopiero zaczynałam odkrywać
świat poza „żelazną kurtyną” i nie mogłam zrozumieć, czemu tak majętny człowiek
naprawia starą odzież, skoro stać go na nową. Ale on pamiętał kryzys lat
powojennych i wyniesiony z tamtych czasów, szacunek do przedmiotów. Nie
przekonał mnie wtedy argumentacją, że cierpliwie konserwując jedno, może zaoszczędzić
pieniądze na drugie. A przy okazji im mniej wyrzuca, tym bardziej dba o
środowisko. Do takich spostrzeżeń, musiałam dorosnąć sama.
Tekst napisany dla "Gazety Polskiej Codziennie" (nr 1645) z dn. 09.02.2017.
czwartek, 16 lutego 2017
Śmierdząca HIPOKRYZJA
Eureka! Odkrycie roku! Oto mamy groźny SMOG nad Polską. Media prześcigają się w zatrważających statystykach, strzelają dramatycznymi danymi. Najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu, a jeśli już - to w masce. Popyt matką podaży, więc radio donosi uczynnie, że masek nie ma już w hurtowniach... Co wobec tego? Zorganizujmy sąsiedzkie warsztaty i uszyjmy sobie sami... Na bilboardach zamiast wypromowanych gwiazdeczek seriali o niczym, coraz częściej rozpycha się głos prozdrowotnych kampanii społecznych: "Wymień piec", "Nie truj innych", "Widzisz - reaguj". Plakaty groteskowych postaci w gaz - maskach pojawiają się na słupach, w autobusach i sklepach. Na ulicach ludzie z twarzami schowanymi w chustach i szalach. Krótko mówiąc: Apokalipsa!
A ja ze zdumienia przecieram oczy. Za Legionowem mieszkam od kilku lat. To, co mnie uderzyło w nozdrza, już podczas pierwszej zimy po przeprowadzce, to... smród. Obrzydliwy, gęsty fetor przypominający trochę ognisko, a trochę spaliny z jakimś chemicznym dodatkiem. Najgorsze były mgliste, bezwietrzne dni, gdy to wszystko stało kilka metrów nad ziemią, uwięzione jak pod kopułą. Niczym w horrorze, przenikało przez szpary w oknach i drzwiach. Bardzo szybko nasiliły mi się problemy zdrowotne, alergia dokuczała jak nigdy wcześniej. Szczęśliwie pracowałam wtedy w stolicy. Z radością nie tylko odwiedzałam stare kąty, ale też paradoksalnie... dotleniałam się. Musiała być naprawdę wyjątkowo paskudna aura, żeby smog mi dokuczył, ale szczerze mówiąc nie pamiętam w Warszawie takiego smrodu, jaki przez pół roku atakował mnie w Legionowie. Gdy tylko autobus wjeżdżał do centrum miasta (blokowiska otaczają tutaj małe domki jednorodzinne ze wszystkich możliwych epok), za szybami robiło się szaro, a ludzie wewnątrz pojazdu zaczynali kasłać. Raz, na samym początku, zapomniałam zdjąć na noc z balkonu pranie. Rano każda rzecz śmierdziała tak, jakby przeleżała ten czas na stacji benzynowej...
Po co o tym piszę? Bo ówczesne władze miały to w dupie. Cuchnący problem (nie tylko) Mazowsza, nie istniał w społecznej, a tym bardziej w medialnej świadomości. A to nagle, proszę jak miło: ktoś poczuł i zauważył nareszcie po latach...
Do uzasadnionej wściekłości, doprowadza mnie dodatkowo sprawa oczywista. Oprócz kampanii nawołujących do wymiany pieców i nie palenia śmieciami - jak czuć, osiągającej na razie mizerne efekty - powinien zostać dołączony bezwzględny zakaz wycinek drzew w miastach. Tymczasem nowa Ustawa Krajobrazowa, zamiast oczekiwanej pomocy właścicielom prywatnych gruntów, tylko rozbudziła niezdrowe apetyty na drewno, nie korników bynajmniej...
Każdego dnia zmniejszają się zielone płuca miast, a wraz z nimi - pojemność naszych własnych.
poniedziałek, 6 lutego 2017
Więdnący zwyczaj
Dziś będzie przekornie... bardziej romantycznie, niż ekologicznie. Przed Walentynkami - w sam raz.
Nie tylko na pogrzebach gwiazd, rodziny zmarłych coraz częściej proszą uczestników
uroczystości o nie kupowanie kwiatów. W zamian, podają numer konta fundacji, hospicjum,
albo schroniska dla bezdomnych zwierząt. Piękne, wyparte przez praktyczne –
ulotne zastąpione trwałym...
Ze świadectw historycznych, dowiadujemy się, że
już Napoleon Bonaparte obdarowywał swoją żonę Josephine de Beauharnais bukiecikami
fiołków. Sam zwyczaj wręczania kwiatów, upowszechnił się w epoce
wiktoriańskiej, jako najbardziej akceptowalny sposób wyrażania uczuć. Ponieważ
kwiaty były nośnikiem konkretnych treści, przywiązywano dużą wagę do ich
koloru, wielkości oraz kompozycji wiązanki. W rytuale wręczania kwiatów damie,
nie było miejsca na najmniejszy przypadek. Nawet sposób wręczenia miał
określone znaczenie, zatem niezbędne stało się wydanie pierwszych podręczników opisujących
sztukę tworzenia bukietów.
Sushi zamiast kwiatów
W kulturze polskiej jeszcze do
niedawna kwiaty zajmowały szczególną rolę. Nie dość, że były wszechobecne w
poezji i sztuce, to jeszcze umilały naszą codzienność, podkreślały wyjątkowość
okazji. Także w trudnych okresach dziejowych, nie mogło ich zabraknąć na
ślubach, pogrzebach, imieninach, czy zwykłych randkach. Względy piękna i
etykiety nie pozwalały zamienić ulotnego, naturalnego uroku ciętych kwiatów, na
prezenty pragmatyczne, czy tym bardziej inne formy, np. datki na cele
dobroczynne. I choć bez wątpienia, czymś pozytywnym społecznie jest moda na
wspomaganie schronisk, hospicjów, rehabilitacji niepełnosprawnych dzieci, to
jednak żal, że w każdą dziedzinę współczesnego życia, wkradają się nieuchronne
zmiany. Motywem niektórych z nich jest zwykła kalkulacja – uważamy, że bardziej
opłaca się przynieść nowożeńcom kupon totolotka, a dziewczynę zaprosić na
sushi, niż zainwestować w nietrwały bukiet. Zyskamy też we własnych oczach,
pomagając innym. Jednakże pomoc jednym, wyklucza w tym przypadku wsparcie
drugich. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, by uzmysłowić sobie, ile kwiaciarń
znikło w ostatnich latach z pejzażu naszych osiedli, dzielnic i miast. Zmienia
się też podejście Polaków do niektórych świąt, nierozerwalnie związanych z
kwiatowymi prezentami. Dzień Kobiet, niesprawiedliwie obśmiewany i traktowany
jako relikt minionej epoki, rzadko już motywuje panów do zakupu kwiatów. Coraz
częściej, kreuje się też modę na nie obchodzenie imienin.
Znikające kwiaciarnie
Kwiaciarnia u zbiegu ulic Kruczej
i Al. Jerozolimskich, była we wszystkich swych odsłonach, ikoną warszawskiego
Śródmieścia. Wysmakowane dekoracje na wystawach przyciągały wzrok. Same z
siebie stanowiły ozdobę tego fragmentu stolicy. Od czasów dzieciństwa bardzo
chętnie kupowałam tam kwiaty cięte, doniczkowe i drobne upominki. Poczułam
osobisty żal, gdy na jej miejscu pojawiła się parę lat temu kolejna apteka.
Niedawno znikła mała kwiaciarnia z mojego osiedla, jedyna w tej okolicy. W
niewielkim pawilonie zasłonięto okna i wstawiono automaty do gier…
Pani Anna, z zawodu florystka, prowadziła
kwiaciarnię blisko dwie dekady. Dziś na miejscu salonu kwiatowego, znajduje się
pizzeria.
- Teraz oddycham z ulgą – stwierdza poważnie – Gdy patrzę na
moich znajomych z branży, mogę im tylko współczuć. Z roku na rok ciężej walczą
o utrzymanie się na rynku. Poszerzałam zakres działalności, ale i tak było
coraz gorzej. Na przykład w grudniu sprzedawałam ozdoby choinkowe i upominki,
ale później takie rzeczy pojawiły się w supermarketach. Tandetne, lecz tańsze,
więc mój asortyment nie miał dużych szans na sprzedaż. Pewne dni dużego zbytu
takie jak Dzień Babci, Dzień Matki, czy Dzień Nauczyciela, również przynosiły
coraz mniejszy zysk. Dzieciak z kieszonkowego kupi jeden kwiatek, dorosły
wiązankę w dużym sklepie znanej sieci. Dziesięć sztuk małych róż, za 10 złotych.
Cena skusi każdego, choć towar często nieświeży. Po co więc iść do kwiaciarni,
skoro można kupić bukiet razem z mrożonką na obiad i zgrzewką piwa?
Ponadczasowe róże i tulipany
Warszawska kwiaciarnia pani
Agnieszki jest miejscem wyjątkowym, całkiem innym od typowych salonów
kwiatowych. Usytuowana w zacisznej uliczce starego Śródmieścia, ma bajkową
atmosferę. Fantastyczny wystój wnętrza, prawie jak teatralna scenografia,
wzbudza zgodny zachwyt wszystkich klientów. Wyjątkowe są też bukiety, które komponuje
pani Agnieszka, z naturalnymi dodatkami w postaci szyszek, czy owoców róży. Artystyczna
oprawa sklepu oraz dodatkowe atrakcje takie jak upominki, bibeloty i oryginalna
biżuteria hand – made, nie chronią salonu kwiatowego przed kłopotami finansowymi.
- Można odnieść wrażenie, że ludzie już niczego nie obchodzą:
żadnych świąt, imienin, dni. Wolą wydać 50 zł na pizzę, niż na bukiet dla
ukochanej osoby. Zmienia się też popularność imion. W zapomnienie odchodzą
imiona typu: Jadwiga, Teresa, Bożena, bo starzeją się i odchodzą osoby, które
je noszą. Aktualne są imiona dzisiejszych czterdziestolatków, gdyż ludzie ci są
czynni zawodowo. Popularność zyskują: Oliwia, Patrycja, Kamila, Nina – wylicza pani
Agnieszka – Mały bukiet kosztuje 20 – 30 zł, natomiast duży, to koszt rzędu 50
– 60 zł. Dokładnie tyle samo, płaciło się kiedyś za mały.
Zmieniły
się też niektóre upodobania kwiatowe. Nie ma już popytu na kwiaty egzotyczne w
cenie 40 - 50 zł za sztukę, takie jak: strelicje, protee, banksje, czy
anturium. Nowym trendom i obyczajom, oparły się róże oraz tulipany.
Czekoladki na Dzień Nauczyciela
Pani
Jadwiga, emerytowana nauczycielka, z nostalgią wspomina lata swojej aktywności
zawodowej.
- Bywało, że w Dniu Nauczyciela przyjeżdżał po mnie syn, by pomóc mi
zabrać wszystkie kwiaty. Rano i po powrocie do domu, witał mnie zapach. Czułam
się, jak w rajskim ogrodzie. Pamiętam, raz dostałam rajstopy od uczennicy,
której tata pracował za granicą. To były zupełnie inne czasy. Teraz moje
młodsze koleżanki, otrzymują głównie bombonierki. Czasem uczniowie składają się
na jeden prezent w imieniu całej klasy. W ten sposób, znajoma dostała nowy
laptop. No, owszem, bardzo pożyteczny prezent! Ale widzi pani, kwiaty są takie piękne.
Ile utworów poświęcono im w epoce baroku? A czy ktoś napisze wiersz o
laptopie?... Tekst ukazał się w "GPC", nr 1599 z 15.12. 2016.
wtorek, 10 stycznia 2017
Jest dylemat…
Listopadowe, sobotnie popołudnie. Słońce szybko znika za drzewami. Las
wypełnia szarość. A jednak kilka metrów przed szlabanem, u wylotu drogi
pożarowej coś bieli się niepokojąco pośród mchu i igliwia. Papiery, czy torby
foliowe? Nie. To kupka martwych gołębi…
Wysłałam ostatni tekst i z ulgą
wyłączyłam komputer. Koniec pracy! Wyjrzałam za okno i skonstatowałam, że jest
jeszcze dość widno na spacer po lesie. Celowo wyjęłam z torby aparat
fotograficzny. Chciałam zwyczajnie odpocząć bez poczucia, że jestem w stanie
ciągłej gotowości, oczekiwania. Bo niby co może się wydarzyć podczas krótkiego
marszu dla rozprostowania kości?
Makabryczny widok sprawił, że zastygłam
- czegoś podobnego nie widziałam nigdy wcześniej. Sześć białych gołębi, w tym
jeden z czarnym deseniem na skrzydłach i jeden z brązowym, leżało na stosie w
niewielkim zagłębieniu terenu. Ptaki pozbawiono głów. Te rzucono obok
okaleczonych ciał. Krew ledwo zakrzepła. Prawdziwa rzeź niewiniątek… Wystukałam
w komórce numer do Straży Miejskiej. Opisałam zdarzenie, podałam adres
najbliższego budynku i po krótkim westchnieniu… usłyszałam, że mogę zgłosić to
na Policję, bo Straż Miejska nie prowadzi dochodzeń. O ile to możliwe,
skamieniałam jeszcze bardziej. Po pierwsze, dlaczego to ja mam dokonać
zgłoszenia? Czemu nie zrobi tego automatycznie Straż Miejska? A po drugie,
przypomniałam sobie perypetie moich przyjaciół – świadków różnych zdarzeń. Policja
wzywała ich kilkakrotnie w celu składania zeznań, zajmując czas i powodując
mimowolny stres. Czy mam siłę przechodzić przez podobne doświadczenia?
Ogarnęła mnie fala bezsilności. Przy
okazji uświadomiłam sobie też, jak niewiele wiem, na temat zachowania się wobec
podobnych zdarzeń i jak bardzo potrzebna jest szersza edukacja społeczeństwa.
Noc zapadała szybko, a wraz z nią narastała
moja niechęć do dzwonienia na Policję. Lecz konflikt sumienia powodował
dyskomfort, choć przecież nie ja zabiłam i nie ja w letni sposób zareagowałam
na zgłoszenie. A jednak, czułam się w jakiś sposób winna. Rano, w tym samym
miejscu, leżało już tylko kilka białych piórek. Chciałoby się powiedzieć:
zniknął dowód rzeczowy, nie ma dylematu.
piątek, 30 grudnia 2016
Korzenna sztuka smaku
Adwentowe oczekiwanie i to bardziej świeckie, wypełnione sprzątaniem,
kupowaniem prezentów, myślami o rodzinie bliższej, dalszej, nieobecnych. A
pomiędzy tymi dwoma biegunami rozciąga się przestrzeń sztuki kulinarnej. Zanim
doświadczymy rozkoszy podniebienia, przez wiele dni będzie otaczała nas ulotna
paleta intensywnych aromatów.
Pamiętam, że tak było co roku już
w połowie grudnia. Kiedy wracałam ze szkoły i wbiegałam na klatkę schodową
niedużej, secesyjnej kamienicy w Warszawie, co dzień kolejny zapach płynął
szparami w drzwiach z innego lokalu. Zaczynało się zawsze od bigosu, który
gotowała nasza dozorczyni. Krótko po nim, już na półpiętrze uderzał mnie aromat
kompotu śliwkowego mojej mamy, za którym z zamkniętymi oczami mogłam trafić
przed własne drzwi. Za jej fantastycznym piernikiem na bazie powideł
śliwkowych, do dziś ogromnie tęsknię… Dzień, dwa później, pachniało nawet na
strychu – z mieszkania każdej sąsiadki dochodziła inna, apetyczna woń.
„Pierny” znaczy pieprzny
Nazwa „piernik”, zaczęła być
używana na przełomie XV i XVI w, a pochodzi od przymiotnika „pierny”, czyli
pieprzny, ostry.
Znawcy historii kulinariów, szukają początków piernika już w
starożytności. Podobno pradziadkiem tego aromatycznego ciasta był miodownik z
pieprzem, o czym wspomina jedna z rzymskich książek kucharskich autorstwa
Apicjusza. Ale czasy się zmieniają, smaki też i miodownik na długie wieki
odszedł w zapomnienie… Słodkie ciasto, odkryli na nowo średniowieczni
benedyktyni, którzy odświeżyli starożytne receptury. Niebagatelny udział, miały
w tym wyprawy krzyżowe – ich efektem były m.in. duże ilości przypraw,
sprowadzane do Europy. Wraz z rozwojem miast, zaczynają pojawiać się
wyspecjalizowane cechy piekarskie, które korzystają z doświadczenia zakonników.
Można powiedzieć, że od tej chwili, piernik zostaje skazany na kulinarny
sukces.
Pierwotnie, korzenne ciasto, nie miało być tylko smakołykiem.
Gdy z zamorskich krain przywożono cynamon, imbir, goździki, kardamon, gałkę
muszkatołową, anyż i pieprz, czyli cały aromatyczny zestaw dziś kojarzący się
nieodłącznie z piernikiem, przyprawy te były narażone
na wilgoć i często pleśniały. Ktoś pomysłowy, upiekł ciastka wzbogacone konserwującymi
właściwościami miodu. W ten sposób powstały pierwsze twarde pierniki, które nie
znalazły wtedy wielu amatorów bezpośredniej konsumpcji – używano ich głównie
jako przyprawy do mięs.
Korzenna
historia Europy
Nazwa „piernikarz”,
pojawiła się po raz pierwszy w 1564r. Ze świadectw historycznych, można dowiedzieć
się, że dochody piernikarzy, znacznie przewyższały zarobki innych ciastkarzy. Kunsztowne
były też drewniane formy, w których wyciskano tzw. pierniki figuralne. Pierniczki
w XIV - wiecznych Niemczech miały formy zaprojektowane przez piekarzy artystów.
Nadawano im kształty postaci królów, rycerzy, czy motywów religijnych. Z XV -
wiecznych źródeł dowiadujemy się, że zakonnice z klasztoru w szwedzkiej
Vadstenie, jadły pierniki dla celów zdrowotnych.
Dziś Szwedzi zajadają się głównie
cienkimi, imbirowymi pierniczkami pepparkakor, do których zamiast miodu, dodają
syropu klonowego, albo buraczanego. Przechowywane w metalowej puszcze, z
biegiem czasu, stają się coraz bardziej kruche. Także i w moim domu przez kilka
lat, piekło się te mało skomplikowane ciasteczka, dopóki nie zafascynowało nas
coś innego. Kolejne, naprawdę proste w wykonaniu pierniczki, to niemieckie
lebkuchen. Miękkie, gotowe niemal od razu do spożycia, są przygotowywane w
okresie Bożego Narodzenia od czasów średniowiecza. W ich charakterystycznym
smaku, dominuje cytrusowy aromat, dzięki dodatkowi aż ¾ szklanki kandyzowanej
skórki pomarańczowej i cytrynowej. Równie wygodne z tego samego powodu, że
można upiec je dzień przed Wigilią są charakterystyczne holenderskie piernikowe
kuleczki kruidnoten z dodatkiem kakao.
Strucle z makiem, makowce, makowniki
Zawsze żałowałam, że nie było u
nas w domu tradycji robienia strucli makowej. Ten kulinarny brak,
rekompensowała mi przez dwie dekady, mama mojej przyjaciółki z dzieciństwa. Słodki
zapach witał mnie już w progu. A na kuchennym stole leżały rzędy złocistych,
wonnych, makowców, od których musiałyśmy
odganiać koty. Wilgotne rodzynki, soczyste orzechy i jedwabista masa makowa,
owinięta pulchnym biszkoptem, to smak, oraz doznanie, do których wracam myślami
z nostalgią…
Mak, w tradycji chrześcijańskiej był rośliną symbolizującą
urodzaj i płodność, a także spokojny sen. Gdy cierpliwie dotrzemy do świadectw
dokumentujących wierzenia ludowe, odkryjemy, że mak spożywany w Wigilię Bożego
Narodzenia, miał zapewnić szczęście, natomiast panny tarły mak, aby rychło
wyjść za mąż
Pochodzący z Węgier makowiec, to jedno z najbardziej rozpoznawalnych
dań wigilijnych w kuchni polskiej. Spotykam się z opiniami, że jest ikoną kulinarną
naszej części Europy. Szkoda zatem, że coraz częściej decydujemy się na szybką
podróbkę złapaną w promocji organizowanej przez popularne sieci handlowe,
zamiast samodzielnie poświęcić kilka godzin na próbę własnego wypieku.
Bardziej wykwintną wersją makowego ciasta, ale i mniej
popularną jest tort. Alternatywę dla makowca, zwłaszcza we wschodniej części
Polski stanowi bardzo słodka kutia.
Pepparkakor – prosty przepis
Być może znowu zrobię w tym roku kruche,
delikatne pepparkakor, ponieważ stęskniłam się za ich korzennym smakiem. Składniki:
150g syropu klonowego, lub
syropu z buraków
110g masła
100g cukru (najlepiej brązowego)
375g mąki
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki mielonych goździków
1/4 łyżeczki soli
1 duże jajko
110g masła
100g cukru (najlepiej brązowego)
375g mąki
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki mielonych goździków
1/4 łyżeczki soli
1 duże jajko
W garnuszku podgrzewam syrop, masło i cukier. Mieszam do
czasu aż kryształki całkowicie się rozpuszczą. Zdejmuję z ognia i odstawiam, by
ostygło. Do miski, lub dużego garnka, wsypuję mąkę, proszek do pieczenia,
przyprawy i sól. Zazwyczaj nie chce mi się przesiewać całości. W środku robię
wgłębienie i dodaję jajko razem z ostudzoną melasą. Zagniatam ręcznie, choć
ciasto jest mocno klejące i formuję je w kulę (można oprószyć odrobiną mąki).
Tak przygotowane chowam do lodówki na 2 godz. Następnie dzielę je na kawałki i
w miarę cienko rozwałkowuję. Wycinam za pomocą foremek i wkładam do piekarnika
rozgrzanego do temperatury 175
st . C. Piekę ok. 10 minut, do czasu aż brzegi zaczną się
rumienić. Smacznego!
Tekst napisany na zamówienie "GPC" nr 1603, 20.12.2016
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















