Nawet najbardziej bezstronny sędzia sportowy uzna, że w starciu z
człowiekiem, większość owadów ma nikłe szanse przeżycia. Gdy coś nam zabrzęczy
w ciszy pokoju, w ruch idą kapcie, gazety, a czasem i cięższa amunicja.
Niemal codzienne opady deszczu,
nikomu nie wychodzą na zdrowie. Jednak to, co dla ludzi stanowi zaledwie
niedogodność, z którą radzą sobie za pomocą parasola, dla owadów jest prawdziwą
katastrofą. Dlatego chętniej niż w pogodne dni, szukają schronienia pod naszymi
dachami. Uchylone okna, zapraszają z iście polską gościnnością wszelkie
fruwające, chodzące, obyte z obecnością człowieka i te najbardziej płochliwe małe
stworzenia – krótko mówiąc, całą robaczywą społeczność żyjącą tuż obok. I tu
pojawia się problem dla obu stron. Z wyjątkiem bohaterek opowieści o wampirach,
nikt nie lubi być gryziony. Nic więc dziwnego, że wciąż drzemie w nas
atawistyczny lęk przed kąśliwym komarem i natrętną muchą. Lecz, czy wszystko co
spaceruje po ścianie, albo krąży pod kloszem lampki nocnej, to od razu straszliwy
krwiopijca, lub roznosicielka bakterii? Świat owadów jest zdecydowanie
bogatszy, choć większość z nas potrafi wymienić maksimum kilkanaście gatunków
tych zwierząt. Oczywiście, nikomu przy zdrowych zmysłach, nie przyszłoby do
głowy morderstwo motyla, czy biedronki, chociaż te ostatnie też potrafią
dokuczyć. Ale zwykła ćma ze swoim niepozornym pięknem, którego często nie mamy
czasu, lub też zwyczajnie nie chcemy dostrzec, musi niejednokrotnie liczyć na
nasze ułaskawienie. Bo wystarczy tylko szklanka i kartka. Jasne, że trudniej
przykryć owada naczyniem, wsunąć pod spód kawałek papieru i wynieść taką
kapsułę ratunkową na zewnątrz. Łatwiej profilaktycznie walnąć robala tym, co ręka
pochwyci. Lecz może się wtedy okazać, że zgładziliśmy zupełnie niepotrzebnie
pożytecznego złotooka, albo zamiast osy, czy znienawidzonej muchy – młodą
pszczołę. A nawet takiej musze, spróbujmy po prostu otworzyć okno. Niech sobie
wraca tam, skąd przyszła. Ostatecznie wpadła tylko na chwilę i nie po to, by
nas zjeść.
PS. Bez względu na to, co się u mnie dzieje, od tego bloga trudno zrobić sobie choćby dwutygodniowy urlop ;-) Wygrzebałam ten stary felieton z mroków mego kompa po wczorajszej sytuacji w pracowni ceramicznej... Tam, w pudełku, pośród koronkowych szablonów znalazłam małego pająka. Z góry uznałam, że większe szanse na przeżycie tej ciepłej jesieni ma na zewnątrz, niż w sali pośród ludzi. Ogłosiłam znalezisko, parę pań pisnęło i odsunęło się jak przed tarantulą, a jedna "wspaniałomyślnie" chciała dokonać egzekucji.
- Myślałam, że się boicie - odparła, widząc mój protest.
- Być może - przyznałam - Ale to jeszcze nie powód by mordować żywą istotę.
Pająk ostatecznie wylądował na trawniku pod drzewem.
ha, ja często właśnie w ten sposób "wyganiam"
OdpowiedzUsuńowady z pomieszczenia, coby nie zraziły do siebie
ludzkości a same jednakowoż ocalały :)
kilka razy z tramwaju czy autobusu czym miałam
pod ręką "łapałam" i za drzwi - ostatnio wyjmowałam
z włosów pani w pojeździe - Pani godnie przeczekała
procedurę wyłuskiwania owada z fryzury ;P
Serce rośnie, gdy się czyta takie relacje! :-D.
OdpowiedzUsuńI ja ostatnio, widziałam jak Pan siedzący w autobusie vis a vis mnie, zdjął delikatnie robala z szyby, kiedy autobus zbliżał się do przystanku. Głupio mi było, bo sama baranim wzrokiem patrzyłam na maleńkie zwierzę i zastanawiałam się, co to za gatunek?... Uznałam, że wyprowadzę n.n. owada dopiero na granicy Jabłonny i stolicy gdyż tam są lasy. Pan nie czekał, wyeksmitował delikatnie z uśmiechem jeszcze w Legionowie... ;-D.